Konkurs kryminalny


Cóż lepiej poprawia nastrój niż dobrze uknute morderstwo albo tropiący zbrodnię uroczy komisarz, przystojny detektyw czy dystyngowana starsza Pani?
Z tego powodu na dobry początek lata proponujemy konkurs kryminalny „Wakacje z morderstwem (literackim :))“. Zapraszamy do ciekawej prezentacji intrygujących zbrodni, czarnych charakterów lub obrońców prawa. Do wyboru, do koloru. Nie ma znaczenia, czy chwycił was za serce zatroskany losem świata Wallander, łakomczuch Montalbano, wzruszający Brunetti, ekscentryczny Herkules Poirot, zagadkowa Lisbeth, kontrowersyjny Eberhard Mock czy inteligenty Joe Alex… A może ktoś inny? Nie ma znaczenia motyw i technika zbrodni. Trucizna, sztylet, rewolwer… Wreszcie nie ma znaczenia, czy mordercą jest ona czy on…
Konkurs trwa od 2 do 30 czerwca 2011

Prace konkursowe należy umieszczać w komentarzach na dole strony.
Zobacz regulamin konkursu

 

 

Patroni:

 

 

Sponsorzy:

Kategorie: Partnerzy i wydarzeniaTagi: , Dodaj do ulubionych

178 odpowiedzi na Konkurs kryminalny RSS Komentarze (RSS)

  1. Doroszka pisze:

    Ale o co chodzi z tym konkursem? No że kryminalny… mnóstwo nagród… ale jakies zasady konkursu może? o co w nim chodzi? trzeba coś napisać? o czym konkretnie? nawet regulaminu konkursu szukałam, ale ni ma :( bo może jestem ślepawa nieco, ale nie widze, jako żywo!

  2. crooffca pisze:

    Gdzie jest dostępny regulamin konkursu?

  3. Maria Jelonek pisze:

    “Prostak i cham” mógłby pomyśleć ktoś, kto po raz pierwszy zetknął się z nadinspektorem Andrew Dalziel’em. Jednak poznawszy Andy’ego bliżej przekonamy się, że jego prostactwo jest w dużej mierze udawane celem zmylenia przeciwnika. Sam nadinspektor zaś, może i czasem chamski, obdarzony jest niezwykle jasnym umysłem zdolnym do rozpracowania wielu spraw oraz ostrym dowcipem niczym bicz smagającym podwładnych.

    • Matusiak "wiosenne porządki" pisze:

      Szybkie upinanie włosów i wciskanie trzewików w drodze do gabinetu stało się codziennością młodziutkiej Clarisy. Od czasu, gdy ojciec zostawił ją pod opieką pani Hudson, dziewczyna do późnej nocy ślęczała nad swoim idolem, rumieniąc się i wytrzeszczając oczy na widok co raz to nowych eksperymentów.. Uwielbiała odgłos skrzypiących drzwi i odór jaki wydobywał się z sanktuarium Holmesa. Dzisiejszy poranek różnił się jednak od wszystkich, które dotąd przeżyła w Londynie. Po raz pierwszy wchodząc do słynnego gabinetu na Baker Street nie zobaczyła pustych butelek po Burbonie klęczących przed Sherlockiem zatopionym we śnie. Nie zobaczyła także oburzonej na otaczający pomieszczenie bałagan pani Hudson., a co najważniejsze nie zobaczyła brudnego jak publiczny wychodek Holmesa. Cichutko stukając obcasami, pełna gracji weszła do gabinetu. Rozejrzała się po zadymionym alkierzu, zamiatając aksamitną suknią uświnione książki. Po paru minutach ciszy powietrze zgęstniało do konsystencji świątecznego puddingu, gdy nagle poczuła znajomą woń. Obróciła się na pięcie i o mało co nie uderzyła w detektywa.
      - Panno Watson, co to wszystko ma znaczyć?! Czy wie pani ile lat kształtowałem zawiłe korytarze skarbów…
      - Czyli śmieci
      - pamiątek…
      - bibelotów
      - oraz cennych zapisków
      - starych gazet
      - aby stworzyć perfekcyjny nieład, w którym wszystko ma swoje miejsce?
      - To ja się pytam Holmes. Co to ma być? Mieszkam tu trzy lata, co jak dobrze wiesz jest zasługą mego ojca i myślisz, że nie byłam zdziwiona wchodząc i widząc co się stało?
      - Ty nie wiesz? Paskudna mała żmijo!! Przesłuchałem nawet moje butelki, a zostało ich niewiele i nie dowiedziałem się niczego. Metodą dedukcji wyeliminowałem prawdopodobieństwo kradzieży.
      - słuchaj geniuszu, gdzie jest ciocia Hudson?
      - Jest tam gdzie ma być. Nie powinno cię to obchodzić.
      - Jak to nie powinno! Co z nią zrobiłeś?
      Widząc wściekłą Clarisę, Holmes po raz pierwszy dostrzegł w niej podobieństwo do ojca. W świetle z trudem przedzierającym się przez gęstą mgłę dymu papierosowego, młoda kobieta wyglądała wyjątkowo niekorzystnie. Szczupłą sylwetkę niemal przeszywały promienie słońca. Zawsze gładka cera wyglądała teraz jak świeżo przeorane pole. Holmes odwrócił wzrok, nie chcąc gorszyć swojej oblubienicy, jednak wrodzone chamstwo, nabyta złośliwość i wyssana z mlekiem matki wredota, nie pozwoliły mu zostawić tego bez komentarza.
      - Wiejska guwernantko jak ty wyglądasz? Przychodzisz do mojego domu z wizerunkiem bezdomnej kurtyzany i wydaje ci się, że dam ci spokój?
      - Spójrz na siebie, próżna świnio! Po raz ostatni pytam się gdzie jest PANI Hudson?
      „Pani”, takie drobne słówko potrafiło uderzyć w Holmesa z prędkością światła, zwichnąć mu szczękę, złamać trzy żebra i przetrzepać kieszenie, wysypując drobne na kokainę. Od tego słowa zaczęło zależeć jego „być albo nie być”. Zrozumiał, że nie ma szans z młodą Watsonówną. Poddał się nim doszło do rękoczynów.
      - Zamknąłem ją w kufrze.
      -Co? Ty ograniczony pastuchu, ona się udusi.
      - Spokojnie, wywierciłem otworki w wieku, może oddychać. Ale pomyśl, przecież nie mogłem jej wypuścić. Ta, ta… pedantyczna pokojówka zniszczyła mój gabinet, moje sanctum, spaliła mój Rzym i podejrzewam, że to ona morduje okoliczne praczki.
      - Skończony psychopata!! Wałkujemy tą sprawę dwa tygodnie i ty myślisz, że ciocia wybiła połowę praczek w mieście? O tak, pewnie nawet ma grafik: 5:35 zabić Hannę ( obok lodziarni), 6:00 nakryć do stołu… Holmes opanuj się, to niedorzeczne!
      Nagle kłótnię przerwał strzał dochodzący z półpiętra.

      • Magda pisze:

        Amelia Sachs i Lincoln Rhyme z książek Jeffreya Deavera to duet idealny. On – nieprzeciętnie inteligentny, po nitce do kłębka potrafi rozwikłać każdą zagadkę. Ona – w gorącej wodzie kąpana, spostrzegawcza, szalona i spontaniczna. Jest Jego oczami, nogami, nosem… Sparaliżowany policjant i jego asystentka, która z czasem staje się kimś więcej, to tylko jeden ze smaczków Deaverowych opowieści z dreszczykiem…
        Niesamowita łatwość, z jaką autor tworzy okoliczności morderstwa, każdy, na pozór banalny i nieprzydatny detal na którejś stronie powieści stać się może kluczowym elementem zwrotu akcji. Deaver wciąga czytelników coraz głębiej i głębiej w swój świat, umiejętnie balansując na granicy panicznego lęku i wszechogarniającej ciekawości “co będzie dalej”.
        Uwielbiam te chwile, gdy przed przewróceniem kolejnej stroniczki czuję, jak z przejęcia pocą mi się ręce. Wiem, że nie zasnę, dopóki nie doczytam do końca, szeroko otwartymi oczami, w których czai się lęk przemieszany z podziwem… Morderca czai się tuż obok, bezczelnie igra z policją, wystawia ich na próby, zostawia ślady tak ulotne, że tylko Lincoln i Amelia potrafią je odnaleźć. Złoczyńcy u Deavera lubują się w podkręcaniu spirali strachu, pojawiają się tam, gdzie policjanci, przechodzą obok, wtapiają w tłum, pozostając bystrymi obserwatorami… Wystawiają siły dobra na ciężkie próby, podstępnie i złowieszczo…
        Jeżeli lubisz dreszczyk na szyi, jeżeli chcesz przeczytać naprawdę świetną, błyskotliwą i trzymającą w niepewności do ostatniej kartki, literaturę sensacyjną, sięgnij po “kolekcjonera kości”, “Puste krzesło”, “Maga”, czy też “Zegarmistrza”. Tylko pamiętaj, zgodnie ze słowami Gargamela: “To są bajki dla tych, co się lubią bać…”

  4. rudaroksa pisze:

    Surowy skandynawski kraj zrodził niejednego nieprzeciętnego detektywa. Wybór więc trudny. Postawiłam na powściągliwego,budzącego respekt już swoją posturą. Inteligentnego obserwatora-potrafi poskładać w całość elementy układanki które na początku wydają się nam całkiem ze sobą niepowiązane. Nie strzępi na darmo języka za to doskonały z niego słuchacz. Samotny,ojciec jedynej córki. Jeśli myślicie że moim typem jest Wallander(nawiasem mówiąc też należy do moich ulubionych)to jesteście w błędzie. To inspektor Konrad Sejer który swą posturą wzbudza jakże zasłużony mu szacunek. Tak do końca nie jest sam ma przecież ukochanego mastiffa, który chyba jako jedyny widzi w nim po prostu dobrego człowieka.

  5. martarudnicka pisze:

    Mistrz Marcina Świetlickiego rozwiązuje tajemnice morderstwa zawsze mimochodem, jakby odganiał muchę krążącą mu nad obiadem, czy, co dużo prawdopodobniejsze, nad Jackiem Danielsem. Bo mistrza problem z alkoholem to nie jakieś tam sobie popijanie typowych bohaterów kryminałów, którzy zawsze okazują się przedziwnie zdolni do błyskotliwych przemyśleń i pozostają pomimo wszystko męscy, dzielni i wspaniali. Mistrz jest postacią zniszczoną życiem, w nieustannym ciągu alkoholowym, jego przemyślenia bardziej chlupoczą w delirycznych majakach niż płyną rwącym, bystrym strumieniem. Mistrz jest człowiekiem, którego nie da się ocalić, samotnym aż do bólu, żyjącym z boku, mijającym się z rzeczywistością o kilometry, wyobcowanym i do głębi smutnym. Świetlicki daje mu za jedyną towarzyszkę sukę. Z suką mistrz chodzi na spacery i to chyba jedyny stały i rzeczywisty element w jego życiu. Co mnie urzeka w tej postaci i w prozie Świetlickiego? Obrazowość każdego zdania, wysmakowane sformułowania, poetycki język. Każdy akapit to uczta dla miłośnika słowa, to przemyślany dobór porównań, nawet interpunkcja ma znaczenie. Wątek kryminalny nie jest tu najważniejszy, tylko właśnie charakterystyka postaci, sytuacji, otoczenia. Dzięki maestrii Świetlickiego czujemy wszystkimi zmysłami, ból mistrza jest naszym bólem, łączymy się z nim w beznadziei. Lektura Dwanaście, Trzynaście i Jedenaście to dla mnie nieustający pokłon dla talentu Marcina Świetlickiego. Bardzo mu za tę przyjemność dziękuję!

  6. W pewnym mieście, co się Ankh-Morpork zwie, błąkając się po uliczkach o wątpliwej czystości, zaznajamiając się z bytami, które niektórzy zwą śmietnikami, oraz suchą stopą przekraczając rzekę – toż to już w ogóle inna forma życia… więc w owym mieście miliona cudów, Niewidzialnego Uniwersytetu i Bóstw od Wszystkiego, natknąć się możecie na skrytobójcę.
    Oczywiście z papierami.
    Taki skrytobójca, któremu często patronuje po cichu i tak w ogóle, to “never ever”!!! sam Patrycjusz, ale wiecie, jemu to wolno zabijać, bo władzy wiele wolno… Bynajmniej skrytobójca z Ankh-Morpork, to nader sprawnie wyćwiczony i obdarzony mocami morderca. Fizycznie nader sprawny, 100% niewidzialny, obeznany z cichosza i “imanzicurt”! Ale i z kasą fiskalną.

    OTO czysty profesjonalizm.

    Zabiją Cię wyrafinowanie lub z finezją. Po staremu, nader nowocześnie, no jak chcecie… chyba, że uiściliście w Gildii Skrytobójców odpowiednią opłatę – wtedy proszę mieć zawsze kwit przy sobie, no ZAWSZE przepraszamy w razie pomyłki.
    Cóż, że po fakcie…

    Problemy z teściową, jakaś sprawa ze ściąganiem długów?
    U nas skrycie i zabójczo!!!
    Przyjdź, a z nami nie zgniesz… możliwe,
    aczkolwiek niezbyt pewne to hasełko!

    My Cię zabijemy skrycie!!!
    My Ci sprawnie odbierzemy życie!!!
    Ale jeśli chodzi o dodatki?
    To już Gildia Złodziei obrabia manatki!
    Więc jeżeli zginie Ci pewna kwota,
    to nie do nas nie te wrota.
    My zabijamy, nie okradamy
    my pewnością śmierci oddychamy!!!

    Tylko i wyłącznie im oddałabym swoją sprawę. Sprawę pewnej kobiety bez “dragon tatoo”. Ot wrzoda na dupsku, ale nie wiem czy Gildię Skrytobójców mają też i u nas. Może czasem lepiej nie wiedzieć? I wiecie, nie bać się każdego cienia. Nie przerażać się ogórkiem co nie śpiewa. Żyć w słodkiej niepewności! Nie wiem… Terry Pratchett wie na pewno :)

  7. Aleksandra Błazik pisze:

    Uwielbiam kryminały, ten dreszczyk emocji oraz to,że nigdy nie wiem co wydarzy się na kolejnej stronie książki. Moją ulubienicą oraz faworytką jest inspektor Joanna Piercy w autorstwie książek Priscilli Masters.
    Joanne poznajemy jako początkującą Panią detektyw, z której zdaniem nie liczy się za wiele osób, a koledzy z pracy wręcz wyśmiewają się z niej, twierdząc, że to nie praca i posada dla kobiety.
    Z biegiem czasu, z biegiem rozwiązywanych zbrodni przez Joannę widzimy, że wcale nie jest taka do niczego, zaczyna budzić respekt wśród kolegów oraz swojego szefa.
    Gdy wydaje się, że nie ma już wyjścia z sytuacji, że brakuje dowodów Joanna zawsze je znajduje, zawsze potrafi znaleźć klucz do rozwiązania zagadki zbrodni.
    Jest osobą strasznie sumienną w pracy, jest wręcz pracoholiczką, która całe swoje życie poświęca dla kariery zawodowej zaprzepaszczając życie prywatne.
    Uwielbiam ją za wszystko co robi, za to jaka jest oraz za to, że zawsze potrafi znaleźć rozwiązanie w sprawach beznadziejnych.
    Chciałabym być dokładnie taka jak Ona. Książki z Jej udziałem czytać bym mogła ciągle, choć znam je już na pamięć.

    Pozdrawiam.

  8. Aga Andrzejak pisze:

    Zwariowana, nadpobudliwa nastolatka? Nie, dojrzała kobieta kierująca się swoim sumieniem i bardzo niekonwencjonalnie interpretująca pojęcie dobra i zła. Pieekielnie inteligentna, skrzywdzona przez ludzi ale nadal zą ludzie którym ufa. Napewno już wiecie o kim mowa:). To Lisbeth Salander. haryzmatyczna postać, która nadaje całej historii ogromną dawkę energii i fantazji. Lisbeth nie jest jednoznaczna..Ani czarna ani biała. Dużo w niej barw pośrednich i dlatego jest tak znteresująca

  9. Chani pisze:

    Pra-potomek przedindoeuropejskiego ludu zwanego Lappami, potomek ludu Samów zamieszkujących Laponię. Podobnie jak wielu Skandynawów – ciężko uzależniony od papierosów i alkoholu. Arogant i agresywny cynik wiecznie balansujący na krawędzi swego departamentu. Któż to taki? Nikt inny jak Harry Hole wykreowany w chłodnym krajobrazie Norwegii przez swego pana i władcę, wszechmogącego autora – Jo Nesbø.

  10. inexperrectus pisze:

    Piąta rano. Krakowski Kazimierz zamienia się w bursztynową, bajeczną tkaninę. Maciek Messner od kilku godzin czuwa zawieszony pomiędzy jawą a snem. Pieszczący uszy odgłos delikatnie przekręcanych kluczy w soczyście naoliwionych zamkach żydowskich sklepików odsyła go do wyimaginowanego kraju wspomnień z dzieciństwa. Stukot pierwszych końskich kopyt, rozchodzące się jak senna fala zaspane głosy ziewających sklepikarzy… Maciek mocniej zaciska dłoń na ostrym jak brzytwa sztylecie, strząsa z siebie błogie znużenie, podciąga swoje zabliźnione ciało na skraj dachu i wlepia wzrok w niepozorny antykwariat. Podobnie jak trójka innych mężczyzn szukających legendarnego manuskryptu…

  11. chodzia pisze:

    Jego dusza jest jak ulice Edynburga, które przemierza niestrudzenie swoim wysłużonym saabem w pogoni za mordercami. Szara, doświadczona, pozbawiona nadziei, nadgryziona spróchniałym zębem czasu. John Rebus, inspektor edynburskiej policji nie jedno już widział i mało co jest w stanie go zadziwić.
    Otyły w skutek nieskrępowanego obżerania się smażonymi specjałami fast foodowej kuchni. Zapijający smutki i oblewający sukcesy szkocką whiskey w ilościach imponujących. Całymi dniami przesiadujący w mrocznym jak on sam Barze Oxford.
    Ostatni sprawiedliwy stawiający się najgorszym bandziorom, nie zważając na własną reputację, gwiżdżąc na niebezpieczeństwo. Doprowadzający do wściekłości wszystkich po równo:
    - przełożonych za nieustanną niesubordynację,
    - współpracowników za zachowywanie kluczowych informacji śledztwa dla siebie,
    - złoczyńców za to, że nigdy nie popuszcza,
    - własną rodzinę za to, że już dawno położył na niej krzyżyk.
    Jednak biedni i uciśnieni mogą zawsze liczyć na pomoc upartego inspektora Rebusa.
    A wszystko to w cieniu edynburskiego zamku, strzegącego dumnie miasta ze skalistego wzgórza. W potokach deszczu zalewającego wybrukowane, kręte uliczki kilka razy codziennie. W towarzystwie szarych, kamiennych, wiekowych budynków, za rogami których czają się krwawe, dramatyczne historie.
    John Rebus tylko czeka, żeby rozwiązać najbardziej zawiłe zagadki i za nic w świecie nie da się wysłać na emeryturę!

  12. Justyna Rojek pisze:

    Ciekawych zbrodni jest wiele,morderców jeszcze więcej lecz ja na przekór wszystkiemu uwielbiam Edytę i Lidkę bohaterki książki Olgi Rudnickiej Lilith.Obie nie mają wykształcenia detektywistycznego lecz mają kobiecą intuicję,nie są może silne fizycznie lecz są silne psychicznie.W końcu jedna z nich prowadzi malutką księgarnię odziedziczoną po matce w malutkiej miejscowości Lipniów a druga się do tej miejscowości sprowadza.
    Miejscowości,która otoczona jest mistyczną atmosferą i w której kwitnie okultystyczna wiara.Miejscowości w której zaczynają znikać kobiety o podobnym typie urody.Zarówno Lidka jak i Edyta decydują się rozwiązać tajemnice zaginionych kobiet,nie wiedzą ,że wkrótce jedna z nich być może stanie się ofiarą.Szukają,tropią i odkopują tajemnice przeszłości niczym najlepsi śledczy.Ryzykują życie swoje i swoich bliskich a przy tym urzekają naturalnością,szczerością,kreatywnością.Dla mnie obie są najlepszymi śledczymi a przy tym pięknymi kobietami i to jest moich zdaniem ich najwięszy atut.A ja lubię solidaryzować się ze swoją płcią :)

  13. Monte pisze:

    Dwie kobiety. Jedna realistka, a druga marzycielka. Jedna pospolita, druga ekstrawagancka. Banał? Tak się może wydawać, ale nie w tym wypadku. Żenia i Anfisa jakby ściągały na siebie kłopoty. Te dwie niezwykle urocze detektywki-amatorki kochają kłopoty. No tak, wcale się do tego nie przyznają, ale jak inaczej nazwać ich perypetie? Znaleziony całkiem przypadkiem trup w jeziorze, w mieszkaniu, do którego włamały się, popychane “jakąś dziwną mocą”. Ach, no i jeszcze parę innych, “zimnych ciał”. Można by rzec, że te kobiety to istne diablice. Gdzie się nie pojawią tam śmierć. Trzeba jednak odważyć się je bliżej poznać, a oddadzą z nawiązką.

  14. DzikaAhonenka pisze:

    Moim typem wśród najciekawszych i najbardziej intrygujących postaci tropiących morderców i zbrodnie jest postać major Anastazji Kamieńskiej stworzony przez Aleksandrę Marininę. Same zbrodnie opisywane w ksiązkach Marininy są często tak niesamowicie pokręcone jak i wysublimowane, iż za każdym razem czytając jej powieści zacieram ręce i daję się ponieść niesamowitemu klimatowi Moskwy,jej mieszkańców i struktur Rosysjkiej Milicji. Zbrodniami które zaintrygowały mnie chyba najbardziej były morderstwa popełniane na Panna Młodych (“Śmierc i trochę miłości) oraz popełnianie pozornie bez znaczenia morderstwa w książce pt.Złowroga Pętla. Polecam zaprzyjaźnić się z major Kamieńską, która jest kobietą o niezwykłym analitycznym umyśle oraz arcyciekawą Postacią w ujęciu ogólnym. Polecam wszystkim którzy lubią nietuzinkowe intrygi jak i dobry język literacki.

  15. alorak pisze:

    Pełen wiary w swoje możliwości, pewności siebie, samouwielbienia i specyficznego podejścia do miejsca zbrodni. Elegancki, spostrzegawczy, zadający pozornie nieistotne pytania. Mistrz dedukcji, mistrz trenowania szarych komórek, mistrz rozwiązywania zbrodni. Rozwiązywania ich w sposób “czysty”, bez dotykania, bez szokujących opisów i bez brutalnych zdarzeń. Po cichu (choć nie zawsze), po kryjomu (też nie zawsze), po angielsku (to – zawsze, choć belgijska w nim krew). Najbardziej intrygujący z intrygujących detektywów: pan Herkules Poirot!

  16. Wojciech Krawczyk pisze:

    Gdy go spotykasz, ogarnia cię niepewność i chłód, czujesz w głębi niepokój, ale nie jesteś przerażony. Spoglądasz na jego kowbojskie buty, wytarte, znoszone jeansy, podnosząc wzrok widzisz sfatygowaną, ale niczym nie wyróżniającą się kurtkę. Spostrzegasz naszywki – uśmiechnięta buźka, pacyfa. W tej chwili odczuwasz ulgę, myśląc w duchu – “skąd ten niepokój, przecież to zwykły gość”. I wtedy dostrzegasz jego oczy. Paraliżujące spojrzenie, wzrok, którego nie chciałbyś zobaczyć już nigdy więcej – i prawdopodobnie nie zobaczysz. Słabsi nerwowo nie utrzymują moczu, bądź padają w tym momencie na atak serca. Emanuje z niego zło, czyste zło, pochodzące z samego dna piekła. Zdajesz sobie sprawę, że nie masz przed sobą zwykłego mordercy, a prawdziwego demona. I rzeczywiście – masz rację. Randall Flagg zabijał setki lat przed twoim narodzeniem. I będzie zabijał setki lat po nim. Choć nie jest w stanie sam spamiętać swoich żywotów, każde jego kolejne wcielenie kieruje się tym samym motywem, a cel jego jest zawsze ten sam – zniszczyć rasę ludzką. Sposobem najpodlejszym i najohydniejszym, jaki możesz sobie wyobrazić. Nie jest to zabójca cichy i zacierający po sobie ślady – pragnie by było o nim głośno, by jego zbrodnie znał każdy, a imię jego budziło strach. Mści się za cierpienia dzieciństwa, a zemsty jego nie ma końca. Pośród najokrutniejszych istot znajduje sobie poddanych, którzy dopełniają jego dzieła – krzyżując, wbijając na pale, paląc na stosie niewinnych. Niektórzy utożsamiają go z diabłem i z pewnością nie jest mu do niego daleko, choć diabeł podobno, jedynie sprzeniewierzył się Bogu. Mówią, że gdzie splunie gnije trawa, a i samym wzrokiem potrafi odebrać życie. Nie jest to ktoś, komu można stawić opór, więc życzę ci, żeby rzeczywiście był tylko postacią fikcyjną.

  17. Jędrzej Kulczycki pisze:

    Kryminały są częścią wielkiego, nieustannego zamkniętego koła. Ponieważ istnieją przestępcy, muszą być także stróże prawa, którzy łapią lub udaremniają im popełnianie kolejnych. Tak samo jest w przypadku literatury – ponieważ tak długo jak ludzie będą popełniać zbrodnie, tak długo powstawać będą kolejne powiesci kryminalne. Czyli prawdopodobnie zawsze. Ale jedno jest niezmienne – powodem zbrodni zawsze jest działalność człowieka. Uczucia, bogactwo,władza – to motywy, dla których popełniane są zbrodnie. Wie o tym doskonale Panna Marple, która jako bystra staruszka perfekcyjnie poznała ludzką naturę. Nie o niej chciałem mówić (choć jestem absolutnie zafascynowany tą postacią) lecz o jednym z morderstw, które udało jej się rozwiązać. Do małej, angielskiej wioski w której mieszka Panna Marple wprowadza się znana aktorka. Urządza przyjęcie, na które zaprasza mieszkańców. Nikt nie przypuszcza nawet co się wydarzy. Podczas przyjęcia zostaje otruta mieszkanka wsi, która wypiła drinka przeznaczonego dla pani domu. Słynna gwiazda filmowa + szaleniec + trucizna. Takie zestawienie daje logiczny motyw. Ale podobnie jak w życiu, w kryminałach nie ma tak łatwo. Okazuje się, że śmierć nie nastąpiła na skutek tragicznej pomyłki, lecz właśnie ofiara była tą osobą, która miała zginąć. Tym razem to emocje były powodem zbrodni. Podczas rozmowy aktorki z jedną z mieszkanek wsi, nadmieniła ona iż w przeszłości spotkały się już na innym przyjęciu, lecz była w tym czasie chora na różyczkę. Informacja ta wywołuje szok u gwiazdy, która była wówczas w ciąży i na skutek zarażenia różyczką urodziła upośledzone dziecko. Zabójczyni była bogata, sławna, lecz na skutek swej osobistej tragedii nie była szczęśliwa. Nie zawsze więc pieniądze są główną pożywką dla kryminałów. Mało kiedy zbrodni dokonuje także osoba mająca oczywisty powód, by to zrobić. Najczęściej właśnie(w kryminałach, w życiu różnie to bywa) morduje osoba, której nie podejrzewamy i której motyw jest zakamuflowany. Jedno jest jednak podobne: przyczyny zbrodni. A ich przyczyną jest człowiek.

  18. grzałka pisze:

    Nikt nie jest w stanie go nazwać. Przesiaduje tygodniami w swojej pracowni układając czcionki w wyrazy, zdania, strony. Mimo, że jest dwudziesty pierwszy wiek nigdy nie używał komputera, linotypom ani monotypom nie ufał, gdyż twierdził, że to zabija ducha tworzenia. Potrafił godzinami wpatrywać się w Nią — jego ukochaną — Helvetikę — czcionkę. Zachwycał się jej doskonałymi geometrycznymi kształtami. Uwielbiał ją dotykać, sprawiało mu to przyjemność, przez co zapominał o tym, że miał jednak składać tekst. Wydawałoby się, że to zwyczajny, niegroźny świr. Pod jego głupkowatym wyrazem twarzy i lichą posturą kryło się nieoblicze. Nie można mu odmówić skuteczności. Gdy pies od sąsiada postanowił nasrać mu na trawnik, ten nie zareagował źle, ba, powiedział właścicielowi, że nic się nie stało. Ale na drugi dzień owczarek sąsiada leżał z dziurą w głowie naokoło ubrudzoną farbą drukarską. Tak samo skutecznie zadziałał, gdy rada miasta chciała przegłosować składki na wywóz śmieci. W swojej skuteczności wiedział, że martwi radni nie głosują, dlatego zajął się ich dziećmi. Miał zasady głęboko w dupie, no, może nie te związane ze składem tekstu – wiedział, że na końcu wiersza nie zostawią się spójników. Podobno już kończy swoją pracę, jak wyda swój podręcznik do angielskiego znowu pójdzie pracować do szkoły.

  19. ebolka24 pisze:

    Dreszczyk emocji towarzyszący czytaniu, wypieki na twarzy, przyśpieszone tętno, szybsze bicie serca, przewracane w zastraszającym tempie kartki, spalone na kuchence ziemniaki, swąd dochodzący z kuchni i moja nieświadomość a sąsiadów przerażenie, bo to oni w popłochu zaalarmowali męża, że chyba coś u nas w mieszkaniu się pali. Wszystko za sprawą kryminałów, których przepastne tomy odziedziczyłam w spadku po matce mojego męża, która :”Piekła mięsiwa w prodiżu, smażyła kilka kilogramów ryb w tłuszczu i..czytała kryminały zapominając o bożym świecie dopóty dopóki talerz przed nią pozostał pusty. Na kanwie jej doświadczeń nauczyłam się, że kryminałów Georgesa Simenona nie czyta się a) z kawka na balkonie w pełnym słońcu- grozi poparzeniem! b)jadąc autobusem do pracy-bo można zapomnieć wysiąść! c)gotując obiad- bo istnieje duże prawdopodobieństwo, że będzie on niezjadliwy!. Wartość ich można ocenić jako nieocenioną, wydane w roku 1980 zaskakują humorem ale przede wszystkim fenomenalna sylwetką głównego bohatera Maigreta, który egzystując z nieodłączna fajeczką, myszkując po barach, dworcach, slamsach Francji z niezwykłą cierpliwością i pasją tropi mordercę. W kryminałach tych mile zaskakuje nie tylko techniczna strona śledztwa, wartka akcja i zmieniająca się fabuła ale przede wszystkim na uwagę zasługuje fakt, że techniczna strona śledztwa jest sprawą drugorzędną w porównaniu z motywem zbrodni i osobowością mordercy, w którym detektyw potrafi dostrzec człowieka a nawet nierzadko z nim współczuć. Opisana sytuacja ma miejsce w kryminale zatytułowanym:”Maigret i trup młodej kobiety”. Wnikliwy detektyw dokonuje gruntownej analizy psychologicznej ofiary morderstwa- dziewczyny z tzw. nizin społecznych, wywodzącej się z rodziny obciążonej problemami natury psychicznej po to, aby udowodnić, że zeznania w gruncie rzeczy świadka zdarzeń tak logiczne stają się zeznaniami mordercy, ze względu na dokładną analizę sylwetki psychologicznej ofiary. Wszakże jej dogłębna analiza pozwoliła stwierdzić, że kobieta tego pokroju nie zapuszcza się do pewnego typu barów i nie spędza swobodnie czasu w barze w towarzystwie mężczyzn. To również doskonała lektura dla tych, którzy w kryminale szukają wnikliwej analizy postaci elementów bohaterów drugorzędnych ( w tym wypadku komisarza wel.”Fajtłapy”) którego wysiłki wprowadzają w niwecz śledztwo ze względu na brak wrodzonego talentu kryminologa. Doskonały kryminał dla tych, którzy chcą się przekonać, że czasami przypadek rządzi naszym losem śmiejąc się z nas w żywe oczy. Tego typu literackim niuansom równa jest tylko wartka akcja kryminałów plasujących się w klasykach literatury Alexa Kavy i jego książka “Zło konieczne”. Wnikliwa i wciągająca lektura dla “starych wyjadaczy” opowiadająca o tym, że w wielu miejscach Ameryki w tym samym czasie giną katoliccy księża. Niemal identyczny scenariusz rytualnych zbrodni wskazuje na jednego sprawcę.Agentka Maggie ODell, specjalistka od portretów psychologicznych seryjnych morderców postanawia znaleźć sprawcę. Kat sam szuka pomocy-teraz jemu ktoś grozi śmiercią. Ksiądz proponuje Maggie układ: pomoże jej schwytać polującego nań zabójcę, ona w zamian załatwi mu ochronę.
    Maggie od lat bezskutecznie poszukiwała Kellera. W imię wyższych racji godzi się na umowę; uznaje ją za zło konieczne.Maggie musi przekroczyć niebezpieczną granicę, zza której może nie być odwrotu… Od tych lektur z całą pewnością nie ma odwrotu……..

  20. sieja1234 pisze:

    Dwóch nietypowych gości, nierozłącznych w pracy i życiu prywatnym przyjaciele. Jeden z nich spokojny i zrównoważony, kierujący się moralnością, niosący pomoc innym, mieszkający do 30 roku życia z rodzicami. Drugi natomiast bogaty, świetny finansista o niebywałym uroku, z opanowanymi do perfekcji sztukami walki, którego moralność nie jest mocną stroną. O kim mowa? Oczywiście o Myronie (cóż za wspaniałe imię) Bolitarze i jego przyjacielu Windosorze Hornie Lockwoodzie Trzecim. Razem, ramię w ramię, stawiają czoła problemom kryminalnym zarówno swoich przyjaciół jak i klientów Myrona, prowadzącego agencję sportową RepSportMB. Doskonały humor i brawurowe akcje są ich najmocniejszymi stronami. Na pewno nie można się z nimi nudzić.

  21. vaniliam pisze:

    Kto by przypuszczał, że godny następca Agathy Christie narodzi się właśnie w Indiach??? Druga powieść Vikasa Swarupa „Sześcioro podejrzanych” to prawdziwy kryminał w starym stylu: w Delhi Vicky Rai, biznesmen i mafiozo zostaje zastrzelony na zorganizowanym przez siebie przyjęciu, podejrzanych zaś jest sześciu – wszyscy byli obecni na miejscu zbrodni, wszyscy mają własne motywy, wreszcie – każdy z nich może być mordercą:
    jest więc przepiękna bollywoodzka gwiazda,
    jest lichwiarz z biednej delhijskiej dzielnicy,
    jest premier stanu Uttar Pradesh, któremu wydaje się, że jest wcieleniem Mahatmy Gandhiego,
    jest tubylec z małej wysepki u wybrzeży Indii,
    jest amerykański turysta, który w dalekim kraju szuka miłości, a także ojciec Vickiego, wyjątkowo skorumpowany polityk.
    Całą historię relacjonuje dziennikarz, z pozoru bezstronny i pragnący tylko poznać prawdę. Ale przecież on też był obecny na przyjęciu. Więc kto jest mordercą? Jego tożsamości, ukrytej do ostatnich kart książki, tu nie zdradzę. Jedno jest pewne: morderca był na przyjęciu, miał motyw, a teraz ma doskonałe alibi…
    To doskonała książka, przyprawiona szczyptą indyjskiej magii, uroku, prawdziwa orientalna masala i najlepszy kryminał wszechczasów!

  22. Katarzyna pisze:

    Może i jestem staroświecka, ale chciałam zaproponować zdecydowanego klasyka. To właśnie on przeniósł prace detektywistyczną na zupełnie inny poziom, kładąc podwaliny pod współczesne CSI. To jego bystremu umysłowi zawdzięczamy rozwiązanie każdej najtrudniejszej nawet zagadki oto on, znacznie wyprzedzający swoje czasy – Sherlock Holmes. Z jednej strony kontrowersyjny, z drugiej niezastąpiony geniusz. Postać po prostu wspaniała, nie pozbawiona jednak wad. Tak precyzyjny umysł wymagał ciągłego użytkowania. Gdy Holmes nie rozwiązywał żadnej zagadki zdawało się, że popadał w coś na kształt szaleństwa. Desperacko poszukiwał zagadnięć, którymi mógłby zająć myśli – z tego też powodu uważano go niekiedy za niespełna rozumu. Badał rzeczy, jakie innym nie przyszły nawet do głowy. Wielkim dramatem detektywa był fakt, że znacznie wyprzedzał swoje czasy – na każdym niemal kroku spotykał się z niezrozumieniem.

    Jego kotwicą w aktualnej rzeczywistości, przyjacielem i opiekunem był doktor Watson. Przyjaciel towarzyszył mu w rozwiązywaniu zagadek, jednocześnie dbając o rzeczy przyziemne, jakimi Sherlock nie zajmował się uważając za trywialne, lub też nie zauważając ich wcale.

    Sherlock Holmes działał pośród mżawki i mgieł Londynu, w czasach gdy po ulicach przechadzali się gentelmani, damy i wszelkiej maści element. Wierząc w dedukcję, badanie śladów, logikę oraz ciąg wydarzeń przyczynowo – skutkowy, przewyższał znacznie ówczesną policję zamkniętą wciąż w stereotypach i niszczącą dowody na każdym niemal kroku. Z swoją nieodzowną fajką wyruszał „na łowy”, a żaden najmniejszy nawet detal nie umknął jego bystremu umysłowi. Był całą ekipą śledczą w jednej osobie. Przez wszystkie swe przygody spotkał tylko jednego prawdziwie godnego go przeciwnika.

    Sherlock Holmes jest kwintesencją bycia detektywem. Pozostaje niedoścignionym wzorem dla wielu jego następców. Nie wyobrażam sobie „Wakacji z morderstwem” (literackim) bez tej intrygującej i nieprzeciętnej postaci.

  23. [...] poznać prawidłową wymowę (w pakiecie również dodatkowa płyta mp3 z wszystkimi nagraniami). Więcej o konkursie kryminalnym Kategorie: Bez [...]

  24. [...] z morderstwem (literackim:)” można wygrać komplety po dwie eleganckie koszule i dwa krawaty. Więcej o konkursie kryminalnym Kategorie: WydarzeniaTagi: konkurs [...]

  25. lifein pisze:

    Wiedziała, że ją obserwował. Od ponad miesiąca wynajmował pokój na ostatnim piętrze hotelu Celestial, położonym tuż przy samej plaży. Ten który codziennie, z takim trudem sprzątała. Pracowała jako pokojówka, choć nigdy nie chciała. Bała się ludzi i tego co po sobie zostawiają. Odcisków palców na zakurzonych meblach, zapachu potu w łazienkach, fałszywych spojrzeń na korytarzach.

    Wiedziała jak ją obserwował. Dostrzegała jego odbicie w zaciekach lustra, ciężar ciała w pogniecionej pościeli, obsesyjną ciekawość w zabrudzonej wykładzinie.

    Wiedziała kiedy ją obserwował. Gdy pchała przepełniony wózek, schylała się, podnosząć niedopałek papierosa, gasiła światło po wyjściu z pokoju.

    Wiedziała dlaczego ją obserwował. Podobały mu się jej spięte w kok włosy, zasmucone oczy, przepasany w talii fartuszek.

    Wiedziała, że w końcu ją zabije.

    Gdy znaleziono jej ciało, nie nie wskazywało na dokonaną zbrodnię. W klinicznie czystej łazience, przylegającej do dopiero co posprzątanego pokoju, leżały zawinięte w prześcieradło zwłoki. Pozbawił je nienaturalnej piękności. Z chirurgiczną prezycją usunął ślady szminki i lakier z paznokci, otulił twarz rozpuszczonymi włosami, wyjął szkła kontaktowe.

    Nie zostawił po sobie żadnych śladów, jedynie w powietrzu unosił się ślad gumowych rękawiczek. W pustym od dawna pokoju, na ostatnim piętrze hotelu Celestial.

  26. pekaes86 pisze:

    Nie jestem może zbyt oryginalna, ale cóż mam poradzić na to, że moją niestrudzoną panią detektyw na zawsze pozostanie Jane Marple ;) Uwielbiam skandynawskie kryminały, ale to właśnie brytyjska “starsza pani” to dla mnie niedościgniony wzór. Iluż “dzisiejszym” detektywom brakuje jej pomysłów, intuicji, dobrego humoru i pokory. Starsza, ale szybkością myślenia prześciga niejednego młodzieniaszka. Niepozorna, a jednak nie można jej lekceważyć. Niby niewinna i dobrotliwa, ale charakterku jej nie brakuje. Panna Marple to osoba obdarzona przy tym tak wielkim urokiem osobistym i dobrotliwością oraz życzliwością, że nie sposób jej nie polubić. Wszystkim, czytanym przeze mnie książkom z jej udziałem towarzyszyła zawsze przeolbrzymia radość z czytania, fascynacja jej umysłem i niewątpliwie dreszczyk emocji. Kto okaże się mordercą, któż jest winny – rzadko wiedziałam, a Ona zawsze.

  27. [...] Wielkiego Kalibru 2009, Perkalowy dybuk (Łódź), „Śląskie dziękczynienie” (Katowice). Więcej o konkursie kryminalnym Kategorie: Bez kategoriiTagi: konkurs kryminalny, matras, [...]

  28. Małgorzata pisze:

    Wakacje z morderstwem? No cóż, w wybranej przeze mnie książce jest ich aż nadto.
    Ekscytujące kryminały, gdzie krew leje się gęsto, a odważni bohaterowie z mrożącym krew w żyłach oddaniem walczą niestrudzenie ze złem to za mało, żeby „powalić mnie na kolana”. W przekonującej powieści kryminalnej, czy w zapierającym dech w piersiach thrillerze musi być jeszcze troszkę romantyzmu i nie może zabraknąć w subtelny, może nawet troszkę wyrafinowany sposób, przedstawionych relacji międzyludzkich. Wtedy łatwo trafić do mojego serca i nie odstraszy mnie nawet najbardziej krwawy opis bestialskiej zbrodni. Nie będę ukrywać, że zdecydowanie preferuję porywające romanse. Cóż to jednak za historia miłosna pozbawiona dreszczyku emocji i trzymającej w napięciu od pierwszych stron akcji? To tak jakby podsunąć delikatnemu podniebieniu najbardziej wykwintną potrawę całkowicie pozbawioną odrobiny soli i jakichkolwiek przypraw. Tak więc , moim skromnym zdaniem, dobry romans, niebanalna fabuła, misternie poprowadzona intryga, zabójczo inteligentny, przebiegły, wyprzedzający o krok niestrudzonych funkcjonariuszy prawa „czarny charakter”, a do tego przesympatyczni bohaterowie i …. i trup, który ścieli się gęsto mogą zadowolić zarówno gusta kobiece, jak i męskie. To wszystko można odnaleźć w ostatnio przeze mnie przeczytanej książce Nory Roberts „Święte grzechy”. A więc mamy w niej:
    1. dobrze uknute morderstwa / podstawę trzymającego w napięciu kryminału /
    2. tropiącego zbrodnię przystojnego detektywa / kogoś, na kim warto zawiesić oko /
    3. biegłą w swoim fachu uroczą panią doktor – psychiatrę / osobę łagodzącą obyczaje /
    4. opanowanego przez demony przeszłości psychopatę niepotrafiącego uwolnić się od rządzy mordu i mrocznych myśli / czarny charakter, który skupia na sobie wszystkie negatywne emocje / .
    Bardzo ciekawy jest motyw i technika zbrodni. Zabójca starannie wybiera swoje ofiary i nieomal z czułością układa zamordowane przez siebie kobiety. Czy wiecie co to jest humerał – narzędzie zbrodni stosowane przez psychicznie chorego mężczyznę? Zdawałoby się nieszkodliwy, niewinny kawałek materiału, a jednak …..
    Parę słów co do głównych bohaterów – niesamowicie męskiego Bena Parisa i współpracującej z nim , odważnie wspomagającej go w śledztwie, filigranowej Tess Court. Ben to konkretny i zdecydowany facet, który jednoznacznie interpretuje prawo nieustępliwie występując przeciwko zatruwającym świat szumowinom. Wrażliwa, współczująca swoim pacjentom lekarka próbuje dogłębnie poznać psychikę ludzką, żeby nieść ulgę swoim skrzywdzonym przez los pacjentom. Moim bohaterom życie nie oszczędziło ciężkich przeżyć i rodzinnych tragedii. Własne cierpienie ukształtowało ich charaktery i wpływa na postawę i codzienne wybory. Tak diametralnie różne, zdawałoby się pełne kontrastu osobowości ,mają jednak ze sobą wiele wspólnego. Warto było odkryć, co je tak naprawdę do siebie zbliża, a co komplikuje wzajemne relacje. Czy rzeczywiście wiele ich różni? Lekki język, wartka akcja, a przede wszystkim sama problematyka tej powieści w moim przekonaniu powinny zadowolić zarówno prawdziwego „konesera” kryminałów, jak i przeciętnego śmiertelnika, który preferuje po prostu dobrą rozrywkę i nie zamierza zgłębiać ciemnej strony ludzkiej psychiki.
    Czym ujęły mnie właśnie te postacie, iż zdobyły na tyle moją sympatię, że zdecydowałam się je tu przedstawić? Zarówno Tess, jak i Ben są przede wszystkim bardzo ludzcy w swoim postępowaniu i emanuje z nich prawdziwe ciepło, pomimo ukrywanego idealizmu i brudów, z którymi na co dzień się stykają. Stali mi się bliscy ze względu na swoje podejście do życia. Godne podziwu jest ich całkowite poświęcenie się wykonywanej pracy. Oboje, według własnych predyspozycji i umiejętności, w swój indywidualny, specyficzny sposób, podejmują walkę ze złem i próbują naprawiać daleki od ideału świat. Jak powyżej zaznaczyłam, nie są to jednak żadni wydumani herosi, ale prawdziwi ludzie z krwi i kości. Odczuwają strach, ronią łzy i nie brak w nich doskonale znanych przeciętnemu człowiekowi wątpliwości, czy aby na pewno idzie się właściwą drogą. Drobne śmiesznostki nic nie ujmują tym zdecydowanie bardzo pozytywnym postaciom, a wręcz przeciwnie, nawet jeszcze bardziej zjednują im sympatię czytelnika. Czy Tess i Ben pojawili się jeszcze w innych pozycjach Nory Roberts? Tego niestety nie wiem. Sama z nimi się wcześniej nie zetknęłam, chociaż sporo książek tej autorki przeszło przez moje ręce. A szkoda. Jak dla mnie to wspaniała para – kobieta i mężczyzna, którzy wzajemnie się uzupełniają. Tęsknota za prawdziwą bliskością i rodząca się między nimi intymność i zażyłość tworzą specyficzny klimat powieści. Miłość rozprasza mrok i nadaje sens dalszemu życiu, nie tylko głównych bohaterów. Bestialskie zbrodnie, z którymi muszą się zmierzyć obrońcy prawa, wplecione w bardzo obrazowo przedstawione codzienne życie normalnych ludzi ,mogą budzić niepokój i wskazywać, jak niewiele wystarczy, żeby zburzyć poukładany, poszufladkowany świat małego człowieka. Zarówno Tess, jak i Ben, nie tylko z racji wykonywanych zawodów, są tego świadomi.
    Nora Roberts niejednokrotnie udowodniła, że jest nie tylko fantastyczną pisarką specjalizującą się w literaturze kobiecej, ale również mistrzynią trzymających w napięciu kryminałów. Sugestywne niedopowiedzenia, pełna zaskakujących wydarzeń akcja i świat, w którym nie wszystko jest czarno – białe i nie każdy tym za kogo się podaje. Co dla mnie najważniejsze, w historii Bena i Tess dobro w dużej mierze łagodzi cierpienie i opanowuje zło. Chciałoby się powiedzieć zwycięża, ale niestety, taka konkluzja odbiegałaby znacznie od prawdy. Tu zdecydowanie przeważa realizm – nie bajka. Lato z książką, czy wakacje z morderstwem, oczywiście z tym literackim, będzie zdecydowanie smutniejsze i pozbawione niezbędnej szczypty pikanterii, jeżeli nie sięgniecie po „Święte grzechy”, żeby razem ze szlachetnym detektywem i jego oddaną partnerką podążyć tropem nieuchwytnego mordercy, którym praktycznie może być każdy przeciętny obywatel. Z przyjemnością odsyłam Szanownych Zainteresowanych na stronę: http://www.matras.pl/swiete-grzechy.html . Zapewne i Was mile zaskoczy fakt, że obecnie właśnie ta książka jest w wyjątkowo przyjaznej cenie promocyjnej. Szukasz czegoś dobrego na urlop? A może troszeczkę zainteresowały Cię moje wywody? Jeżeli tak, to nie zwlekaj. Ta pozycja z pewnością jest dla Ciebie! Wierzę, że Tess i Ben mogą stać się również i Twoimi ulubionymi bohaterami . :)

  29. JUSTYNA pisze:

    Nadinspektor Penny widziała w swojej karierze wiele scen zbrodni,
    ale nigdy takich jak ta.
    Czy ktoś ruszał ciało?-zapytała.Nikt nie odpowiedział.W pokoju znajdowała się
    żona,córka i syn zmarłego.Penny powtórzyła pytanie.
    Tak,ja go ruszałm-usłyszała nagle za plecami głos starszej pani.
    Jestem jego żoną i był mi winien 500 $ ,więc go obszukałam!
    W pierwszej chwili Penny pomyślała,że to jakiś żart ale gdy jeszcze raz spojrzała
    w oczy starszej pani wiedziała,że to niestety smutna prawda.
    ON BYŁ JEJ WINIEN 500$!!!!Chyba nie było to małżeństwo z miłości.
    Tak,małżeństwo.Oto do czego doprowadza człowieka.
    W tym momencie Penny pomyślała,że jednak dobrze się stało,że odrzuciła
    oświadczyny Centa.On też wiecznie pożyczał od niej pieniądze.
    I chyba nadal coś jej wisi.O.K. że też takie myśli nachodzą mnie w pracy.
    Muszę przemyślec to wszystko w domu.
    Obszukała pani męża O.K ale dlaczego on jest ubrany w sukienkę?
    Właśnie wrócił z przyjęcia, na którym wszyscy przebierali się w stroje z innej epoki –
    poinformował mnie syn zmarłego.
    Ale on jest nie tylko w stroju z innej epoki on jest rownież w stroju kobiety a jest przecież mężczyzną powiedziała Penny.
    A raczej był, tak myślę, taką mam nadzieję.
    Widocznie nie było już męskich strojów-usłyszała spokojną odpowiedz syna zmarłego.
    I w tym momencie się obudziła.Zanim uświadomiła sobie ,że to był tylko sen musiało upłynąć trochę czasu.
    Wypiła spokojnie kawę i zjadła tosta z dżemem cały czas myśląc co ten sen może znaczyć.
    Może to,że jednak dobrze ,że zerwała z Centem.Sięgnęła po swój stary sennik i zaczęła szukać znaczenia snu,
    kiedy usłyszała telefon.Była niedziela rano,kto to mógł dzwonić o tak wczesnej porze?
    Halo?Czy to ty Penny? w słuchawce usłyszała Henrego z wydziału zabójstw.Wiem ,ze dziś niedziela i że prawdopodobnie Cię obudzilem ale wiesz mamy dziwny przypadek morderstwa na Piątej Cookstown i chcielibysmy abyś nam pomogła.
    Pan Stone wrócił nad ranem z balu przebieranców w sukience i nożem pod żebrami…….

  30. [...] oferuje nową jakość podróży morskiej. Tutaj wypoczynek i rozrywka towarzyszy każdemu rejsowi. Więcej o konkursie kryminalnym Kategorie: [...]

  31. [...] osób w konkursie „Wakacje z morderstwem. Literackim ”. To hotel z wyobraźnią. Więcej o konkursie kryminalnym Kategorie: Bez kategorii, [...]

  32. [...] w swojej drugiej powieści o komisarzu Kimmo Joencie, że jest mistrzem moralnej niepewności. Więcej o konkursie kryminalnym Kategorie: Bez kategoriiTagi: konkurs kryminalny, [...]

  33. [...] akcja pełna sensacyjnych wątków, rozgrywających się w realiach współczesnej Szwecji. Więcej o konkursie kryminalnym Kategorie: Bez [...]

  34. [...] jedzenia, historią zbrodni, lubi także literaturę dziecięcą. Na stałe mieszka w Polsce. Więcej o konkursie kryminalnym Kategorie: WydarzeniaTagi: konkurs kryminalny, [...]

  35. [...] Niewidzialny, Niewypowiedziany, We własnym gronie, Upadły Anioł i Umierający Dandys. Więcej o konkursie kryminalnym Kategorie: WydarzeniaTagi: Bellona, konkurs [...]

  36. [...] temat swoich ulubionych seriali, aktorów to gwarantujemy, że znajdziecie je Państwo na Hatak.pl Więcej o konkursie kryminalnym Kategorie: WydarzeniaTagi: hatak.pl, konkurs kryminalny, [...]

  37. nikozja_dg pisze:

    Od przynajmniej roku moim “idolem”, “superhero”, czy jak kto woli jest Wallander. Zaczęło się od filmów, po czym przyszedł czas na książki. Każdą połykam. Kolejny raz potwierdziła się moja opinia, że książki są lepsze od filmów (chociaż akurat te filmy z Wallanderem są świetnie!!!). Ten klimat – zimna, chłodna Skania. Marzy mi się wyjazd w te tereny !! Śladami Kurta Wallandera. Ci bohaterowie (na co dzień zimni policjanci, ale też mający swoje życie i życiowe problemy). W końcu sam bohater – poświęcający się pracy – bardzo często kosztem rodziny i przyjaciół. Jego zamiłowanie muzyki (aż trudno uwierzyć, że ten “zimny” policjant potrafi być tak wrażliwy :) ) Jego szósty zmysł i umiejętność łączenia faktów. Te opisy przyrody i terenów Skanii. Nawet te kilkaset stron nie przerażają mnie – każda strona to dla mnie przyjemność!!

  38. [...] PK notuje średnio ponad 40 000 odwiedzin miesięcznie (nie licząc wejść spamerów). Więcej o konkursie kryminalnym Kategorie: WydarzeniaTagi: konkurs kryminalny, matras, portal [...]

  39. [...] na nim satysfakcję i unikać artystycznych bubli. A cała ta przyjemność na naszej stronie. Więcej o konkursie kryminalnym Kategorie: WydarzeniaTagi: e-splot, konkurs kryminalny, [...]

  40. [...] postać w Mieście Fotki, które pozwala kreować własny styl i poznawać innych mieszkańców. Więcej o konkursie kryminalnym Kategorie: WydarzeniaTagi: fotka.pl, konkurs kryminalny, [...]

  41. [...] w całej Polsce, obejmuje patronaty nad imprezami, służy pomocą przy organizacji swapów. Więcej o konkursie kryminalnym Kategorie: WydarzeniaTagi: konkurs kryminalny, matras, [...]

  42. Alicja Kielian pisze:

    Herkules Poirot
    Ten jakże interesujący detektyw jest bohaterem wielu książek słynnej angielskiej pisarki Agathy Christie.
    Jest on niskiego wzrostu i wyjątkowo troszczy się o swoje lakierki. Zawsze chodzi elegancko ubrany, a czasem w kapelusiku i z laseczką u boku. Jednak jego znakiem charakterystycznym są jego słynne wąsy, dzięki którym wszyscy go rozpoznają. Jest na ich punkcie wyjątkowo wrażliwy, a niekiedy wymagają one aby wygładzić je palcami.
    Herkules ma swojego służącego, którego wyjątkowo szanuje. George jest na każde jego zawołanie, a bywa też że pomaga mu w trudniejszych zagadkach. Gdy Poirot ma jakiś problem, prosi Georga o herbatę i wypytuje go o różne rzeczy zasięgając jego opinii.
    Detektyw w niektórych sprawach współpracuje ze Scotland Yardem, gdzie pracuje jego zaufany kolega – nadinspektor Japp.
    Uwielbiam tego intrygującego człowieka za jego pomysły, które po dłuższym zastanowieniu wcale nie wydają się takie skomplikowane. Wiele spraw których się podjął z początkiem wydawały się już mieć swoje banalne rozwiązanie. Ale nie. Dla niego to by było zbyt proste. Dalej drążył temat dopóki nie doszedł krok po kroczku do prawdziwego zbrodniarza i nie wyjaśnił całej sprawy publicznie. Wszystko dokładnie opowiadał ludziom, którym należały się wyjaśnienia. Zawsze spokojny i opanowany, ale czasem (jeśli sprawa tego wymagała) musiał uciec się do małego podstępu z którego zawsze wychodził zwycięsko. Zwracał uwagę na najmniejsze szczegóły, które ktoś inny by uznał za głupie lub w ogóle ich nie zauważył.

  43. rsc3 pisze:

    szlak,trop , zbrodnia oto wielska draka
    na tropie zbrodni komisarz sowa
    on zbrodnię wyjaśnić może
    ale nam nie pomoże
    zbrodnie dzisiaj przegnać może.

  44. Szczypta magii, wiadro saspensu i tajemnicy, góra ciekawych zdarzeń, łyżka humoru, jeden zdolny komisarz, torba wydarzeń, do tego zbrodnia doskonała.

    Takim właśnie letnim kryminałem jest trylogia duetu pisarskiego Gacek i Szczepańska.

  45. Bartek pisze:

    Jean-Baptiste Grenouille mroczny bohater książki Patricka Süskinda.
    Genialny węch bohatera jest jego bogactwem ale również przyczyną szaleństwa które nim zawładnęło. Czy można zabijać dla zapachu ? Czy zapach kobiety może być bodźcem do morderstwa z zimną krwią ? W przypadku Jean-Baptiste Grenouille odpowiedź brzmi: TAK. Szaleńcza chęć stworzenia zapachu idealnego, sprawiła że podporządkował on sobie swoje życie tej właśnie sprawie.
    Wąchał, zabijał, kaleczył, tworzył…wspaniała pasja przerodziła się w morderczy obłęd, z którego nie było możliwości ucieczki. Obłęd pochłonął go doszczętnie, a wraz z nim setki kobiet, które wydawały mu się idealnym składnikiem wymarzonego pachnidła.

  46. kalinkaa pisze:

    Mistrz thrillerów, trzymających w napięciu do ostatniej kartki, od których nie można się oderwać, o zawsze zaskakującym zakończeniu- Harlan Coben. W wielu książkach tego autora pojawia się barwna postać Myrona Bolitara.
    Agent sportowy Myron Bolitar w roli detektywa w oryginalny, niekonwencjonalny i niebanalny sposób rozwiązuje zagadki. Nie brakuje sensacji, intryg, nieoczekiwanych zwrotów akcji. Z serii z udziałem Myrona urzekła mnie “Bez skrupułów”. O czym rzecz traktuje? Niewyjaśnione zniknięcie studentki, zakrwawiona bielizna w koszu na śmieci mająca świadczyć o jej zgwałceniu i zabójstwie, zamieszanie wykładowcy uniwersyteckiego, zdjęcia ofiary w piśmie pornograficznym, jej głos na sekretarce, kolejne ofiary i dawna miłość…rozwiązanie tajemniczej zagadki- zaskakujące!

  47. Ash pisze:

    “Kiedy wyeliminujesz wszystko, co niemożliwe, wówczas to, co ci pozostanie, jakkolwiek byłoby nieprawdopodobne, musi być prawda”
    Świat cienia, świat blichtru, nadziei i beznadziei. Marzenia i koszmary. A wszystko splecione siatką ludzkich czynów. Czy coś jest niemożliwe, nieprawdopodobne. A może nie ma ograniczeń, linii naszych możliwości w dobrych czy złych uczynkach. Spójrz prawdzie w oczy jedyne co cie ogranicza to twoja wyobraźnia. Bo czy możesz z czystym sumieniem powiedzieć, że coś sie nie zdarzyło, że coś nie może istnieć, bo to nie jest prawdopodobne. Nie on twierdzi, że tak nie jest. On jest w stanie dostrzec wszystko. To co mało istotne dla ciebie, dla niego jest szalenie ważne. On nie zna ograniczeń, nieprawdopodobieństw. On jest w stanie rozwikłać każdą zagadkę, każdy problem. Czy ty widzisz tak świat? On mówi do ciebie zastanów się, pomyśl! Otwórz sie na każdą możliwość!
    Kim on jest. kim jest ten tajemniczy, wszystkowidzący i wszystkowiedzący człowiek? To nikt inny jak Sherlock Holmes. Wspaniały detektyw. Pomimo swoich wad rozwiąże każdy problem. A jego wierny przyjaciel dr Watson, który dzielnie mu towarzyszy opisał je wszystkie. Poznając je poznasz tajemnice świata ludzi, ich czynów, uczuć, namiętności. Poznasz każdą tajemnicę, z którą się zetknął. A jej rozwiązanie choć nieprawdopodobne jest prawdą. Prawdą tak oczywistą, iz nie każdy potrafi ją dostrzec, bo czasami mamy coś przed oczami i nie widzimy tego.
    Czy może on ci się już przedstawił w ciemnym pokoju? Czy może na wrzosowisku wśród wyjących psich duchów? Najbardziej mroczne zakątki naszych dusz, poznaj je siegając po przygody Holmsa. A może po prosty – “Zbrodnia jest banałem, całe nasze życie jest banałem i nic innego nie rządzi światem jak banał”

  48. Kasia P pisze:

    Sielska angielska prowincja, urocze miasteczka z mieszkańcami jak z podręcznika “Cechy typowego Brytyjczyka”, wiejskie posiadłości, bezkresne pola – kraina jak z pejzaży reklamowych wysp brtyjskich. Jednak wszystko to przykrywka dla mniej lub bardziej morderczych zapędów ludzi zamieszkujących hrabstwo Midsommer. Jedna ofiara to za mało, prawdziwy morderca ma ich więcej na koncie, wydaje się, że zbrodnie są doskonałe – i są nimi do momentu znalezienia się w krągu zainteresowania inspektora Barnaby`iego. Nie ma dla niego sprawy nie do rozwiązania, zabójca bądź zabójcy nie prześpią już spokojnie ani jednej nocy od momentu gdy trafi na ich trop. Gdyby jednak nadal uważali, że są sprytniejsi i mądrzejsi od owego policjanta to szybko przekonują się jaki błąd popełnili decydując się na mord. Oczywiście detektyw ten nie działa sam, ma do pomocy wiernego sierżanta – Troya, trochę mniej rozgarniętego, za to wypełniającego zawsze rozkazy zwierzchnika. Co wciąga w książkach Caroline Graham? Suspens, tajemnica, która od pierwszej do ostatniej strony zwodzi czytelnika, podsuwa odpowiedzi, które za moment okazują się sprytnym unikiem, no i oczywiście bohaterowie – nigdy nie wiadomo czy ta miła staruszka częstująca ciasteczkami jest tylko świadkiem czy przebiegłą morderczynią, a dystyngowany lord nie okaże się sprytnym zabójcą.

  49. ala-84 pisze:

    zagadkowa śmierć…samobójstwo czy morderstwo???pozornie wszystko wskazuje na pierwszą opcja, jednakże dla wnikliwego i niezwykle inteligentnego Jarnebringa – ochroniarza w ambasadzie Stanów Zjednoczonych. Były policjant po drodze ma wiele nie wiadomych jednak nie daje za wygraną i dalej brnie w nieznane…Ważne tez jest rola inspektor Johanssona, który odkrywa, że śmierć dziennikarza może mieć związek z działaniami wywiadów różnych krajów.

    Akcja powieści toczy się dwutorowo, a punktem wyjścia do całej intrygi jest zagadkowa śmierć trzydziestodwuletniego Amerykanina Johna P. Krassnera. Książka jest porywająca i jest w niej wielu “bohaterów” którzy intrygują – równie ważne są w niej postaci drugo-, a nawet trzecioplanowe. Dlatego tez nie będę wskazywać jednej postać co “porwała moje serce”.

    Jest to próba rekonstrukcji wydarzeń z 1986 r., gdy w tajemniczych okolicznościach został zamordowany ówczesny premier Olaf Palme – tak więc zachęcam do zapoznania się z pierwszą częścią tej niezwykłej trylogii!!

  50. Małgorzata pisze:

    Jestem pod wrażeniem czytając wypowiedzi moich Szanownych Przedmówców. Zostałam bardzo pozytywnie nastawiona do kryminałów, o których istnieniu wcześniej w ogóle nie miałam pojęcia. Już teraz wiem, że niewątpliwie wkrótce sięgnę po literaturę skandynawską.
    Dla odmiany, żeby zmienić trochę nastrój, ze swojej strony pragnę przybliżyć nietypową bohaterkę trzech „powieści z dreszczykiem ”. Odsyłam na stronę:
    http://www.matras.pl/catalogsearch/advanced/result/?autor=Gemma%20Halliday
    Oto mój wierszyk, który dedykuję, tak poza konkursem, wszystkim Paniom, gdyż myślę, że Panowie mieliby pewne problemy ze strawieniem tego typu literatury. :))
    Maddie Springer z tego słynie, że z rozmachem życie bierze,
    Jeśli kocha, kogoś lubi, to na pewno z serca, szczerze.
    Dla przyjaciół, dla rodziny w żywioł pójdzie bez wahania.
    Dzielna tropicielka prawdy walczy o nią – to jej mania.
    I nie taka prześladowcza, lecz altruistyczna głębia,
    Co to swoją wielką mocą duszę Maddie wręcz wypełnia.
    Nie są straszne jej zagadki, świat podbija swą brawurą
    Nic dziwnego, bo z zasady jest wzorową Ewy córą.
    Obcasiki ma wysokie. Wdzięcznie na nich w dal pomyka,
    A seksowny pan detektyw zerka z dala, bez ryzyka
    Na wybrankę swoją miłą, która drzazgą mu jest w oku,
    I swym słynnym wręcz uporem plany niszczy mu do zmroku.
    Nie jest łatwo ją okiełzać, gdy z zapałem rusza w świat
    Z kłopotami śliczne dziewczę żyje sobie za pan brat.
    Nieciekawe szumowiny grożą śmiercią, uciszeniem
    Jeśli wyjdzie, biedna Maddie, będzie tylko już wspomnieniem.
    Wypaczonych osobników na jej drodze staje rój,
    Nic dziwnego więc, że Maddie pragnie wygrać trudny bój.

    Nie na darmo żwawy glina chroni dzielną swą pannicę
    Jej nie ufa, bo złamała nie raz daną obietnicę,
    Żeby śledztwo pozostawić w rękach tych, co w sprawach siedzą
    Maddie węszy, wypytuje tych, co dzielą się swą wiedzą.
    Chce pomagać wybranemu – wierzy, że się wreszcie uda,
    Co jest pewne nigdy w śledztwie nie zagrozi pannie nuda.
    Pan detektyw krzyczy, grozi, ale w końcu szybko mięknie,
    Bo co robić, gdy wybranka tak uśmiecha mu się pięknie.
    A wieczorem…. Nie, nie zdradzę, co tam razem robią nocą.
    Pewne jednak jest niezbicie, że się czasem przy tym pocą.
    Świat fantazji, no i marzeń niech ich czasem zauroczy.
    Rozwiązuje facet sprawy? Niech go babka też zaskoczy
    Swoją wiedzą, kompetencją – nie koniecznie tą domową
    Maddie rusza świat przestępczy, bo potrafi ruszyć …głową.
    Bohaterka na obcasach poprzewraca męski świat
    Nie zapomną o niej panie jeszcze dobrych parę lat.
    Zwariowana komedyjka – babka z klasą – to jest to,
    Więc przeczytaj, jak bogdanka pokonuje wszelkie zło!

  51. robert s. pisze:

    Widziałeś może mordercę? Gdzieś tu. Podobno można było go spotkać na ulicach Lizbony. Gdzieś tam chowała się śmierć, ale nie morderca. Morderca nigdy nie mówi „adeus” on zaczyna od „boa tarde”. Tak zacząć może się każda historia. „Boa tarde” zobowiązuje, nawet tych, którzy łakną zobaczenia końca. Gdzieś jest koniec, dotrzeć tam może ktoś, kto mówi „deus” na początku. Może to być inspektor Zé Coelho, albo każdy z nas, nawet w trakcie snu. Śmierć w Lizbonie nigdy nie śpi, szczególnie gdy wolframu nie spostrzeżesz pod paznokciami. Ta historia z czasów II wojny światowej może otruć jasnowłosą dziewczynę pięćdziesiąt lat później. Nigdy nie jest za późno na sen.

  52. Joanna Zasztowt pisze:

    Londyn końca XIX wieku. “Ach tak – już wiem, o kogo chodzi. Z pewnością o Sherlock’a Holmes’a!” – wielu czytających pierwsze zdanie mojej wypowiedzi wysunie właśnie taki wniosek. Nie o tej postaci chciałabym teraz pisać, choć jej twórca przyznaje się do inspiracji prozą Conan-Doyle’a. O kim więc mowa? O Cyrusie Barkerze, “najlepszym prywatnym detektywie w Londynie”. Takie właśnie ogłoszenie przeczytał w “Timesie” Thomas Llewelyn, poszukujący pracy młody Walijczyk. Llewelyn zostaje pomocnikiem detektywa i z jego perspektywy poznajemy Barkera. Początkowo jest to postać owiana tajemnicą, ale z każdą przeczytaną stroną książki staje się…jeszcze bardziej tajemnicza. Spróbuję usystematyzować strzępy informacji, jakie dawkuje nam autor. Właśnie, zapomniałabym o najważniejszym! Niezwykle plastyczny opis dziwiętnastowiecznego londyńskiego półświatka zawdzięczamy Will’owi Thomas’owi, który stworzył go w “Pewnym ryzyku”. Wróćmy do Bakera. Dowiadujemy się, że dzieciństwo spędził w Chinach, gdzie po śmierci rodziców wychowywał się na ulicy i imał wszelkich prac i zawodów. Jak doszedł do pokaźnego majątku i reputacji najlepszego detektywa? Tego możemy się jedynie domyślać… Londyn nie ma dla niego tajemnic, jego nazwisko otwiera wszystkie drzwi, o czym przekona się jego młody pomocnik. Baker dostaje nietypowe zlecenie – ma zająć się sprawą ukrzyżowanego Żyda, imigranta z Europy Wschodniej. Detektyw musi rozstrzygnąć, czy jest to “zwykłe” morderstwo, czy zapowiedź pogromów ludności żydowskiej. Barker wraz ze swoim pomocnikiem przemierzają wrzący antysemickimi nastrojami Londyn, ukazując go nam w pełnym przekroju – od sekretnych tuneli przemytników, przez angielską siedzibę camorry, mury świątyń aż do rezydencji najbogatszych obywateli miasta. Zdaje się, że detektyw zna wszystkie sekrety metropolii, ale niewielu zna prawdę o nim. Llewelyn zamieszkuje w domu swojego pracodawcy, poznając jego ekscentryczne zwyczaje. Niezwykle pedantyczny Barker ma swoje słabe punkty – są nimi urządzony na azjatycką modłę ogród oraz… pekińczyk Harm. Pies jest tylko jednym z dziwacznych mieszkańców domu. Kolejnym jest Jacob Maccabee, jak sam o sobie mówi “totumfacki, kamerdyner, ochroniarz, pokojowy”, a do tego… niezwykle przystojny Żyd z nieodłączną dubeltówką w dłoni. Stałym bywalcem domu detektywa jest też Etienne Dummolard, kucharz, właściciel francuskiej restauracji w Soho, dłużnik “mon capitaine”, jak mówi o Barkerze. Llewelyn coraz bardziej przekonuje się, że ma do czynienia z postacią niezwykłą. Jego pracodawca okazuje się znawcą kultury Dalekiego Wschodu, biegle włada językiem chińskim, ale odnajduje się także podczas żydowskiego pogrzebu, świetnie orientując się w zwyczajach Żydów. Jest doskonałym strzelcem – Llewelynowi, jako byłemu skazańcowi, przypomniało się, że w gwarze więziennej słowo “barker” oznacza rewolwer. Młody Walijczyk stwierdza, że nazwisko, którym przedstawił mu się detektyw jest jak najbardziej zasłużone. Jednak znakiem rozpoznawczym Barkera są zaostrzone monety, którymi ciska z ogromną precyzją. Detektyw opanował również wschodnie sztuki walki. Zdawałoby się, że jest nieokrzesanym siłaczem, ale to tylko pozory. Uczy swojego pomocnika higieny – sam przejął zwyczaj codziennej kąpieli od Japończyków. Jego biblioteka zadowoliłaby każdego bibliofila. Najważniejszą cechę zostawiłam na koniec – przenikliwość i “szósty zmysł”, tak przydatny w pracy detektywa. Barker jest obdarzony nieprzeciętną inteligencją. Potrafi połączyć fakty, które na pierwszy rzut oka nie mają ze sobą nic wspólnego i wyciągnąć zaskakujące oraz trafne wnioski. Prowadzi śledztwo z charakterystyczną dla siebie pedanterią, nie pomijając żadnego tropu. Przemierza Londyn wzdłuż i wszerz, pukając do najróżniejszych drzwi. Wykorzystuje sieć swoich znajomości, by uzyskać jak najwięcej informacji. Jest znawcą natury ludzkiej, co również przyczynia się do jego skuteczności. Jak zakończyło się śledztwo dotyczące ukrzyżowanego Żyda? Zachęcam do lektury i spotkania twarzą w twarz z detektywem Cyrusem Barerem!

  53. Magda Maly pisze:

    Część pierwsza: “Tam na ulicy Czarnego Bzu”

    Mieszkanie na 7 piętrze ze „ślepą” kuchnią, Trzy duże
    pokoje, łazienka.

    Stare meble, żyrandole, fotele wszystko w ciemnym drewnie,
    które napawały odwiedzających, mrocznym nastrojem.

    Pani Okosa, właścicielka dwóch mieszkań w tej samej klatce,
    była wysoką kobieta, o kasztanowych, farbowanych włosach, upiętych w
    nienaganny, gładki kok, na nosie niezmiennie od lat nosiła binokle w stalowych
    oprawkach.

    Hildegarda Okosa, jako pracownica sądowego laboratorium była
    miłośniczką sterylnego porządku, który surowo przestrzegany był nawet w
    mieszkaniu wynajmowany Marcie – studentce drugiego roku medycyny.

    Choć Marta wynajmowała dość duże lokum za „psie” pieniądze
    nie była zadowolona z sąsiedztwa Okosy, która wtrącała się do wszystkiego, a
    ponad to urządzała potajemne schadzki, ludzi z „jej” grona. Dziewczyna zupełnie nie rozumiała
    tego, że Hildegarda zmuszała ją do uczestnictwa w tych spotkaniach. Wracając do
    kamienicy co czwartek, widziała czarną zasłonę w oknach, wiedziała, że to znak
    „seansu” czyli wieczornych opowieści.

    Na takiej „schadzce” było przeważnie sześć osób: ona, Okosa,
    mężczyzna o ksywie „wuj Stefan”, pani Himera, pan Jonasz i Rudy Noe.

    Wszyscy punktualnie o 18 zbierali się pod drzwiami mieszkania
    nr 4 a stamtąd udawali się do ciemnego i odrażającego pokoju „czarnych zasłon”.

    Spotkanie rozpoczynało się od przeczytania fragmentu
    kryminału o podziemnym korytarzu.

    Później zaś wszyscy kosztowali, czaju, którego skład
    wymyśliła Himera.

    Na stole do pokera, który miał podobno niesamowitą historię,
    zawsze paliły się świece i kadzidła, a Marta jak zwykle znudzona spotkaniem w
    gronie „ryczących: sześćdziesiątek, wybierała się do pokoju, który od dołu do
    góry zapełniony był książkami.

    Czytała, przeglądała, czasem szukała w starych dokumentach
    czegoś ciekawego, ponieważ Okosa zapraszała ją tylko po to, aby ta serwowała im
    na koniec spotkania grzane wino.

    ***

    Tak też w czwartek
    wracając, na ul. Czarnego Bzu Marta zobaczyła zasłonę w oknach.

    Była tym faktem podirytowana, gdyż właśnie dziś, miał
    przyjechać do niej Szymon, brat, którego nie widziała 3 lata.

    Szymon od dłuższego czasu przebywał za granicą, gdzie pisał
    pracę doktorancką z zakresu zjawisk nad przyrodzonych i telepatii.

    Pokonując ostatni stopień wielkich, betonowych schodów
    dziewczyna zobaczyła żółtą kartkę z podpisem „Hildegarda”.

    Wiedziała, że oznacza to zaproszenie na wieczorne schadzkę
    w gronie, babć i dziadków, żądnych emocji i przeżyć rodem z kryminałów Agathy
    Christine.

    Choć z Szymonem, Marta zdążyła wymienić tylko przelotny cmok
    i rzucone w biegu „Cześć” zabrała go do mieszkania Hildy.

    Dziś jednak pod nr 4 stał tylko Rudy Noe, Himera
    i Jonasz, brakowało Okosy i wuja Stefana.

    Wszyscy zgodnie stwierdzili, że jeśli nie ma głównych
    postaci ich czwartkowego „zlotu” wrócą do domu.

    Ktoś dorzucił nawet szeptem: „ Pewnie Hilda jest w pracy,
    podobno mają tam teraz “sto światów” z nową, absolutnie absorbującą, sądowo-
    kryminalną sprawą”

    ***

    Wieczór upłyną spokojnie, opowieści o niesamowitych przeżyciach
    z Helsinek, zdały się być niekończącą się historią. Jednak Martę zaniepokoiła cisza,
    która zdawała się być przerażająca, zza ściany nie dochodziły dźwięki pianina Okosy,
    pomimo późnej godziny.

    ***

    Na bujanym fotelu siedziała Hildegarda Okosa, wokół panowała
    nienaganny porządek, taki jak lubiła.

    - Nic w tym dziwnego – chyba zasnęła powiedział Szymon.

    Marta nie była tego taka pewna, wiedziała ze coś tu nie gra.

    Fotel nie bujał się, a Okosa miała spuszczoną głowę, nie oddychała.

    To nie była zwykła, naturalna śmierć.

    - Do cholery, dlaczego ta szuflada ze skarpetkami jest odsunięta?!
    – Oburzył się Szymon.
    - Czy widzisz to samo, co ja? – Odruchowo odsunęła się Marta

    CDN..

  54. Dorota Pansewicz pisze:

    Praworządnego stróża prawa, dbającego o ład i porządek i, co ważniejsze, o bezpieczeństwo innych osób, nie trudno polubić. Darzymy go zazwyczaj szacunkiem i sympatią. Ale czy można polubić przestępcę? I to takiego, który z zimną krwią planuje morderstwo? Z własnego doświadczenia wiem, ze można. Ja niezmiennie mam jednego ulubionego przestępcę literackiego. Ma on na sumieniu trochę grzeszków. Przyjrzyjmy mu się.
    Pierwsze morderstwo, jakie zaplanował, miało dotyczyć kobiety, która uprzykrzała mu życie i w jego mniemaniu stała na drodze do jego wielkiej kariery. Po prostu czepiała się o głupstwa: nie podobało jej się, że mój bohater notorycznie spóźnia się do pracy. Nie mógł on tego znieść i postanowił ją zamordować. Jak można przeczytać w książce, której jest on bohaterem, „straceńczą myśl podyktowała mu rozpacz”.
    Powodem drugiego zaplanowanego morderstwa była miłość. Miłość i zazdrość o kobietę podziwianą, wręcz ubóstwianą przez mojego bohatera. Postanowił on zawalczyć o jej uczucia i względy, usuwając raz na zawsze rywala z tego świata.
    Jednak jego zbrodnia okazała się być zbrodnią niedoskonałą. Oba morderstwa… nie wyszły mu. Może przyczyną był wybór nieodpowiednich narzędzi zbrodni? W pierwszym przypadku było to 8 opakowań lodów Calypso, a ściślej gronkowiec, którego miał nadzieję wyhodować na tych lodach (bowiem nie mógł znieść myśli o dziabnięciu kobiety nożem). W drugim przypadku był to młotek (ostatecznie ofiarą miał być mężczyzna). A może przyczyną był po prostu wrodzony pech?
    Tak czy inaczej, nie tylko mordercze plany miał na sumieniu mój bohater. Próbował też swoich sił w kradzieży. Kradzież tę zorganizował już nie sam, ale z grupą przyjaciół. Jednak mój bohater, jako doświadczony morderca (niedoszły, co prawda, ale zawsze), czuł się w tej roli doskonale. Ta kradzież miała być dokonana z chwalebnych pobudek (chodziło o honor Polaków!). Miał to być napad stulecia. Znowu jednak z tego nic nie wyszło – kradzież w ostateczności nie doszła do skutku. Choć z pewnością ten napad na pociąg zasługuje na miano napadu stulecia – nieczęsto się takie zdarzają.
    Mojego bohatera jednak takie drobnostki nie zrażają. Po niedługim czasie znowu razem z przyjaciółmi zaplanowali kradzież. I tym razem była ona podyktowana koniecznością – brak upragnionego przedmiotu był przeszkodą na drodze do chwały. Nie wszystko poszło zgodnie z planem – kradzież nie okazała się konieczna. Niemniej jednak, jeśli zechcemy mojego bohatera podsumować, nie wygląda on za dobrze:
    -dwa zaplanowane morderstwa (z zimną krwią),
    -dwie zaplanowane kradzieże (z powalającą bezczelnością).
    Czy taki bohater literacki – potencjalny morderca i złodziej może dać się lubić? Ależ oczywiście! Mimo swoich przestępczych ciągot jest przestępcą sympatycznym, którego ja wręcz pokochałam.
    Myślę, że każdy chyba już się domyślił, kogo mam na myśli. Ale jeśli ktoś miałby jeszcze jakieś wątpliwości, przedstawię mojego ulubionego mordercę literackiego:
    Oto człowiek gołębim mimo wszystko sercu i artystycznej duszy; człowiek, który doświadczył cudu uzdrowienia (niespodziewane zniknięcie garbu); człowiek, któremu zdarza się widywać różowe tańczące słonie – bohater powieści Joanny Chmielewskiej – Lesio!

  55. Jagoda Kowalska pisze:

    „Zbrodnia to niesłychana, pani zabija pana” – i to nie jednego, lecz aż czterech, a dodatkowo panią! Właśnie do takich czynów przyznaje się podczas spowiedzi Marie Maurestier, bohaterka opowieści pióra Erica-Emanuela Schmitta o wiele mówiącym tytule „Trucicielka”. Stąd nie trudno się domyśleć, że Marie preferuje morderstwo z udziałem arszeniku, który rozważnie, z aptekarską wprost dokładnością dozuje swoim ukochanym. Tak, to nie pomyłka – Marie eliminuje najpierw trzech starszych od siebie mężów, a następnie – by nie wyjść z wprawy – młodego, wysportowanego kochanka. Z ostatnim sprawa trochę się gmatwa, ponieważ na horyzoncie pojawia się podejrzliwa Olga, którą z owym nieszczęśnikiem także łączyła pewna głębsza zażyłość. Ale dla sprytnej, uwielbiającej wyzwania Marie to doprawdy niewielki problem. To tylko dodatkowy drink z dosypanym ukradkiem proszkiem.

    Marie – kolekcjonerce spadków – udaje się uniknąć kary więzienia. Zostaje uniewinniona, a prócz wolności otrzymuje sławę. Piszą o niej gazety, mówi się o niej w telewizji. Zamiast pomnika ku czci bohatera narodowego lub zabytkowego ratusza w stylu gotyckim staje się atrakcją spokojnego, nudnawego miasteczka Saint-Sorlin, w którym mieszka i które, za jej sprawą, nudne być przestaje. Turyści przybywają tutaj tłumnie nawet dwadzieścia lat po owych wydarzeniach, z nadzieją na spotkanie trucicielki. Przechadzają się uliczkami rozglądając się badawczo po okolicy i próbują zasięgnąć języka u mieszkańców. Ci traktują wdowę z dystansem, ze wszystkich sił starając się wierzyć, że ta starsza kobieta o aparycji katechetki rzeczywiście nie dokonała zarzucanych jej czynów. Oni – w odróżnieniu od podekscytowanych dzieci i turystów – za bardzo cenią sobie zwyczajną, przewidywalną egzystencję.

    Trudno polubić Marie. Jej sąsiedzi zbyt dobrze znają zdolności Marie, do których należy głębokie wbijanie szpil w miejsca szczególnie bolesne. Główna bohaterka lubuje się w sprawianiu innym przykrości, wie doskonale jak się zachować, by osiągnąć zamierzony efekt w postaci wstrzymywanych oddechów i milknących na jej widok rozmów. Wyprostowana, dumna, ściśnięta gorsetem spaceruje po Saint-Sorlin, a mieszkańcy odwracają od niej wzrok, pochrząkują niewyraźnie w odpowiedzi na jej pozdrowienia niecierpliwie czekając, aż wreszcie zniknie z pola widzenia.

    Życie zgryźliwej siedemdziesięcioletniej Marie mijałoby dalej, według tego schematu. Pomijając głośne sprawy niemalże sprzed ćwierćwiecza, byłoby takie jak francuska prowincja – prostolinijne, bez zbędnych zaskoczeń. Jednak spotkanie z nowym proboszczem Gabrielem – uosobieniem młodości, dobroci i niewinności – rozpala w głównej bohaterce płomień niepokoju. Poddane hibernacji demony z przeszłości budzą się ze snu. Marie jest księdzem bezbrzeżnie zafascynowana i ta obsesja skłania ją do wyznania wielebnemu swych win. Marie opowiada więc o własnych grzechach robiąc to szczegółowo, nie pomijając nieistotnych drobiazgów, a widząc rosnące zdumienie i przerażenie Gabriela – ubarwia swą historię. Rozpoczyna grę, której celem wcale nie jest oczyszczające pozbycie się uwierającego sumienie sekretu, lecz uwiedzenie i zniewolenie proboszcza. Kobieta wciąga niewinnego księdza w ruchome piaski swego brudnego, pełnego zła świata. Teraz, od momentu spowiedzi obydwoje mają wspólną tajemnicę i – o czym marzy Marie – także wspólną przyszłość. Lecz los lubi kpić sobie z ludzkich pragnień, a jego niespodzianki często mają gorzki smak porażki. W takich niełatwych chwilach ostatnią deską ratunku bywa modlitwa. Najlepiej do Świętej Rity od spraw trudnych i beznadziejnych – Świętej, której duch czuwa nad bohaterami opowiadań z tomu „Trucicielka” Erica-Emanuela Schmitta.

  56. Gracja pisze:

    Wśród spróchniałych starych drzew
    I z daleka od tych dni
    Lód przykrywa zaschłą krew,
    Las wypełnia odór mdły.
    I w oddali słychać krzyk
    Astmatyczny oddech zła
    Musi zaraz zjawić się
    on, posłaniec ludzkich spraw.

    Mówi mało, lecz rzeczowo
    Umysł ma analityczny
    Rozpatruje każde słowo
    Drąży w kwestiach balistycznych.
    On o morderstwie zawsze wie,
    Czego nie wiedział jeszcze nikt
    Historia znów powtórzy się,
    obyś jej częścią nie był Ty!

    Wskazówka detektywistyczna:

    Jeśli nie wiesz o kim mowa, jeśli nie wiesz o kim treść,
    spójrz pionowo na początek, a natychmiast dowiesz się !

  57. sandra_817 pisze:

    Myślisz, że znasz człowieka, jednak w gruncie rzeczy człowiek to jedna z najbardziej zagadkowych i nieprzeniknionych istnień. Jego umysł jest labiryntem wszelakich tajemnic i osobliwości z jakim obcowanie to przygoda i wyzwanie pełne przeszkód i trudności.
    Człowiek, którego spotkałam na swej drodze, ten, którego imienia nikt nie zna, człowiek, który zburzył wszystkie wartości jakie dotąd znałam, był z pewnością najbardziej nieprzeniknionym umysłem. Oblicze jego wywoływało równocześnie panikę i ciekawość. Burzył wszelaki porządek egzystencji ludzkiej jak i samego rozumowania.
    Morderca perfekcyjnie doskonały. Rozeznany w szczegółach kombinator i projektant ludzkiego zniszczenia, jakiego moje oko nigdy nie widziało, a rozum – często płatający figle – nie potrafił nawet wyimaginować. Moje ciało reaguje jak porażone prądem, gdy tylko on się pojawia. Jego spojrzenie przenika mój umysł tak dogłębnie, iż obawiam się, że zna wszystkie moje najskrytsze myśli. Jego głos powoduje dreszcze i zimne poty. Gorączkę, która pali mnie od wewnątrz. Jego pewność siebie bestialsko mnie obezwładnia.

    Gdybym była jego ofiarą…Jestem? Będę? Czym ja właściwie dlań jestem? Gdybym była na jego czarnej liście czułabym zapach grozy niczym gnijącej Śmierci, zapach krwi. Czułabym palący ból ognia piekielnego – symbolu końca, widziała bym oblicze Inferna w jego oczach. Co mnie właściwie czeka? Gdyby chciał mnie zabić zrobił by to dawno temu…A może na tym to polega?…Na tym, że nie wiem, co ze mną zrobi…Czuję się jak w klatce bez otworu, która robi się coraz ciaśniejsza. Dlaczego mnie nie zabił?…
    Jego umysł jest dla mnie jak tajemnica wszechświata, całego kosmosu – zbyt obszerny, zbyt inteligentny, przerażający i mroczny. Obezwładnia mą duszę i ciało. Nie ma już snu dla mnie…Mój Boże…w jaki sposób on morduje! Z jaką rozkoszą! Z bezlitosną pewnością siebie! To demon bez skrupułów, chodzący swą ścieżką potępienia…
    Jakiż mi ból zadaje pozwalając żyć! Już lepiej być martwym! Ja, jego marionetka, za której sznurki bezlitośnie pociąga…
    Jednak jest w nim coś odmiennego…Coś, co niezdrowo mnie przyciąga…I gardzę sobą, biję się w serce na myśl, że coś mnie w nim pociąga…ciekawi…intryguje…To chore…Jak można gardzić i czuć coś zupełnie odmiennego na raz? Przecież to bestia…Nie…Nie jest nią…Przynajmniej nie do końca…Darował mi życie…Chroni mnie…I choć trzyma z dala od świata w swych czarnych skrzydłach już tyle czasu…Nic złego się nie dzieje…jestem przerażona, choć nie wyrządził mi żadnej krzywdy…Na Boga, kim on jest?!
    Zabij mnie! Zabij, kimkolwiek jesteś! Dłużej nie zniosę. Nie potrafię przestać…Już się tak nie boję… Już ma mnie w swych szponach…Lubię to…Lubię cierpieć przy jego spojrzeniu, lubię konać przez jego szorstki dotyk, lubię czuć chłód jego głosu…NIE! Nienawidzę! Och…Lubię go nienawidzić…To chore!
    Taki nieosiągalny…Nieodgadniony…Nieobliczalny…Tajemniczy…
    Czy zabije mnie, gdy się dowie?…

    • skorup pisze:

      Wybieram tę pracę, gdyż wydaje mi się, że jest napisana naprawdę ciekawym językiem, różni się znacznie od pozostałych co wychodzi jej znacznie na plus, sądzę iż jeśli w takim stylu napisana była by książka to mógłby być to prawdziwy hit. Dziwię się, że nie została nagrodzona żadnym miejscem w pierwszej turze wyborów.

      Pozdrawiam serdecznie.

    • chomik pisze:

      Łał !!!! Zaje..biste takie to nawet lektury moge czytac !
      Nie przeczytalam wszystkich ale sadze ze to najlepsze opowiadanie ale to tylko moje skromne zdanie.
      Naprawde jestem pelna podziwu ! ;** Pozdrawiam :)

    • anna wanna pisze:

      łał naprawdę dobra praca !!, strasznie mi się podoba aż chciało by się dowiedzieć co jest dalej ! :)
      Pozdrawiam ;]

    • Matii pisze:

      Hmmm, co tu dużo mówić… Świetna praca;) Naprawdę;) W życiu bym się nie spodziewał, że masz taki talent pisarski który jest nieprzeciętny i który pochłania każdą szarą komórkę mojego umysłu;) Praca na najwyższym poziomie i organizatorzy konkursu będą ślepi, jeżeli tego nie zauważą… GRATULACJE;>

    • ikus112 pisze:

      Oryginalne, ciekawe, dobrze napisane, chciało by się więcej:)

    • amaru pisze:

      Dobre, nawet bardzo !
      Chcialbym wiecej i wiecej tego móc czytać :)

  58. asphodel pisze:

    Panie i Panowie, Ladies and Gentlemen!
    Przedstawiam Wam postać dobrze znaną w kręgach policji w Linkoping, osobę niedoskonałą, z ludzkimi słabościami, mającą pociąg do alkoholu i dzikiego seksu, a jednocześnie oddaną swej pracy, niezmiernie ambitną i cholernie inteligentną.
    Starająca się dokonać niemożliwego: sprostać roli przykładnej matki oraz wzorowego śledczego,
    Proszę Państwa, tylko w powieściach Monsa Kallentofta, przed Państwem…
    KOMISARZ MALIN FORS!

  59. Tamara pisze:

    Jedną z najciekawszych postaci w literaturze kryminalnej jest Dexter. Psychopatyczny morderca, który jest głównym bohaterem to dla mnie nowość. Sposób kreowania postaci, a także wydarzeń sprawia, że wciąż chcę do tego wracać. I za nic ma się tu zdrowy rozsądek. Czytam z zainteresowaniem o seryjnym mordercy, opisującym swoje kolejne mordy, unikającym wciąż kary, czyniący w moim pojęciu zło. A jednak nie potrafię porzucić tych książek. Nie wiem, czy to urok Dextera, czy jego specyficzny tok myślenia. A może to, że ten mającym problemy z uczuciami mężczyzna, potrafi mimo to kochać? Może się łudzę i chcę zmienić Dextera (jak inni czytelnicy bądź fani serialu), ale brnąc przez kolejne historie, obserwujemy jego przemianę. Odkrywamy, że kocha siostrę, potrafi coś poczuć też do innej kobiety. Może i Dexter nie jest ideałem. W rzeczywistości zapewne byłabym za jego szybkim straceniem. Ale na papierze jest to postać posiadająca magnetyzm. I to on sprawia, że mimo chwilowych oporów, zawsze wrócę do Dextera.

  60. Magdalena Peplińska pisze:

    Przeciętny mężczyzna, który nie grzeszy genialnym umysłem. Jest przystojny, szlachetny i ciekawski. Kto to taki? Gdyby to była kobieta, to pewnie byłabym nią ja. Nie służyłam i nie zamierzam służyć w żadnej z Armii Świata, więc odpada. Poza tym jestem w 100 % rzeczywista.
    Kapitan Artur Hustings to mój ulubiony bohater kryminałów, z którymi dotychczas się zetknęłam. Człowiek z krwi i kości, jego prawdziwych odpowiedników znam kliku, ale nie wielu. Przebywanie z geniuszami nie jest proste, a gdy się ich spotka wystarczy nazwać ich szaleńcami, psycholami, głupkami, idiotami, szczeniakami by szybko o nich zapomnieć. Hustings miał czasami takie myśli i zapewne Poirot doskonale o tym wiedział, gdyż celowo nie wyprowadzał swego zatroskanego przyjaciela z błędu. Mimo to Kapitan zachował zimną krew i ślepo wierzył przyjacielowi, a swoje wątpliwości pozostawiał dla siebie. Widział efekty pracy Poirota, to wystarczyło. Był z nich dumny i czuł się współtwórcą, choć czasami nie wiedział jak do tego doszło.
    Odkryłam ostatnio morderstwo. Niestety zdarzają się one często. Codziennie po szkole młody chłopiec grał pod blokiem w piłkę. A grał tak czarująco, że z wielką radością to obserwowałam. Cieszyłam się z każdego celnego kopnięcia i przyjęcia, a były tylko takie. Pewnego dnia chłopiec zniknął. Zainteresowałam się tym i co się okazało? Jedna z pań w sąsiednim bloku wniosła skargę i pan podwórkowy, chcąc nie chcąc, musiał przegonić młodego piłkarza. Już go nie ma. Piłkarz został unicestwiony. Komuś zabrakło wiary w umiejętności chłopca. Niestłuczona szyba tak przeraziła pewną panią, że przegoniła szczeniaka. Żal.
    Wczoraj zauważyłam, że chłopiec próbuje zaprzyjaźnić się z deskorolką. Cieszę się, że się nie poddaje i mam nadzieję, że tym razem spotka wyłącznie Hustings’ów.

  61. xXx pisze:

    Leżał we krwi na łóżku. Teraz był już tylko jej. Tylko do niej należał, był jej dziełem. Przez ostatnie kilka lat chciała go zmienić, chciała, żeby każda jego myśl dotyczyła jej. Każda ta, którą oddawał innym kobietom. Siedziała przy nim zakrwawioną dłonią mocno ściskając ociekający czerwienią nóż. Jeszcze nie dotarło do niej co zrobiła. Na razie napawała się myślą, że jego umysł nie będzie już fantazjował o kobietach, że ostatnią myśl poświęcił jej – wreszcie tego dokonała. Stała się najważniejsza, ale czy na pewno? Czy wydając ostatnie tchnienie nie myślał raczej o sobie? Czy jego umysłu nie zdominowała świadomość umierania?
    - Co ja zrobiłam? – powiedziała na głos, w myślach usiłując pozostać nieświadomą, choć powoli zaczynała rozumieć, mimowolnie przyznawać się przed sobą. Nieodwracalność uderzyła w nią tak, jak kiedyś uderzały jego ciosy. Mocno, znienacka, choć poniekąd spodziewane to i tak zaskakujące.

    Poznali się pięć lat temu. Oboje byli po rozwodzie. Oto miała przed oczami mężczyznę, który odreagowywał utratę ukochanej kobiety pocieszając się alkoholem i niezobowiązującym seksem. Był szalenie przystojny. Nic dziwnego, że dziewczyny chętnie szły z nim do łóżka. Ona sama zaczęła szukać ukojenia w ramionach przygodnie poznanych mężczyzn. Jemu nie dała się uwieść od razu. Choć imponował jej pod wieloma względami i fizycznie podobał, nie był w jej typie. Nie pociągali jej kobieciarze. Bawiła się z facetami, którzy kręcili się tylko przy jednej zanim poszli do następnej.

    Zaczęli imprezować w gronie wspólnych znajomych. I jak to bywa, podobne doświadczenie po jakimś czasie zbliżyło ich do siebie. Na razie tylko emocjonalnie, ale to była jedynie kwestia czasu, kiedy nastąpi zbliżenie fizyczne. Pamięta, że czuła wtedy z jednej strony opór, z drugiej coś ją do niego przyciągało. Coś nieokreślonego.

    Niespodziewanie potoczyło się inaczej, niż sobie wyobrażała. Żadne z nich nie chciało poważniejszej relacji, ale zafascynowani sobą postanowili mimo wszystko związać się, nawet zamieszkać razem w umownej, monogamistycznej namiastce tego, czego każde z osobna pragnęło. Wiedziała, że nie był jeszcze na to gotowy, że wiąże się z nią, aby nie pamiętać o tamtej i żeby nie trzeba było wychodzić wieczorem po jakąś kobietę do łóżka. Zapewne nigdy nie zrozumie dlaczego zgodziła się być z nim. Po paru latach zaczął sprawiać wrażenie pogodzenia się z tym, że tamta odeszła z jego życia na zawsze. Ona sama z rozpadem swojego związku uporała się już dawno. Na długo przed tym jak poszła z nim do łóżka i już w nim została. Czuła ogromną ulgę, ze nie utrzymuje żadnych kontaktów z byłym mężem. Stał się dla niej kimś obcym i nie miał swojego miejsca nawet w jej wspomnieniach.

    Z nowym facetem nie łączyło jej wiele oprócz tego, że oboje zostali porzuceni i każde z nich pragnęło nowego życia, pełnego ekscytacji, rekompensaty za to wszystko, czego doświadczyli. Przeliczyli się jednak w swych zamierzeniach. Monogamia okazała się zobowiązaniem ponad jego siły. Nie chciał robić jej krzywdy, nie sypiał więc z kobietami, ale nieustannie o nich myślał. Nie marnował żadnej okazji do podziwiania piękna ich ciał, flirtowania, dotykania. Bolało ją to bardzo. Poczucie ośmieszenia i upokorzenie towarzyszyły jej za każdym razem kiedy jego wzrok śledził inną. I ten triumfujący uśmiech obcych kobiet, mówiący:” Popatrz, to ja jestem godna jego podziwu. Jestem od ciebie lepsza wiesz w czym? W tym, że twój facet ogląda się za mną”. Głupie zabawy we wspólnym towarzystwie, mające charakter nazbyt seksualny, wzmagały frustrację. Jak miała się czuć, kiedy jej facet w żartach wkładał ręce pod bluzkę koleżance? Kiedy komentował atuty i części bielizny serdecznych koleżanek – równie serdecznych rywalek?

    Zdecydowała się odejść. Nie tego przecież chciała, nie tak to miało wyglądać. Nie pozwolił jej. Uderzył ją pierwszy raz, drugi, próbował zmusić do wypowiedzenia słów „kocham cię”. Nie chciała, nie mogła, nie przeszło jej przez gardło. Zarzucił jej zaborczość i przewrażliwienie. Wmawiał sobie i jej, że w tym związku nic złego się nie dzieje. I chyba naprawdę w to wierzył. Chciała się wyprowadzić. Siłą sprowadził ją z powrotem. Odebrał klucze, zaczął zamykać w mieszkaniu, roztrzaskał telefon o ziemię. Zmuszał do seksu, oglądania pornografii, a wieczorami wychodził do pubów. Nie wiedziała do jakich, z kim, po co, na jak długo, ale domyślała się.

    Tego dnia wrócił nad ranem. Był pod wpływem alkoholu, bredził coś o jakichś dwóch laskach. Pokłócili się. Powiedział, że wszystko jest dobrze, a to co nie jest to jej urojenia i owoce chorej wyobraźni. A potem położył się i zasnął.
    - Dlaczego – myślała – dlaczego nie chcesz żyć ze mną tak jak żyłeś z nią? Dlaczego nie chcesz mi dać tego, czego nie chciała od ciebie ona – miłość, wyłączność. Do dziś nie znalazłeś nikogo, kto by ci ją zastąpił. A ja nigdy nie znajdę nikogo, kto będzie w stanie zastąpić mi ciebie, ale więcej mnie nie skrzywdzisz. – popatrzyła jeszcze na jego śpiące ciało i poszła do kuchni po nóż…

  62. Salomon pisze:

    Miasto bezprawia.. posterunek policji, który mieści się w byłym Kościele. Czy to znak zaniku dobra w mieście? Czy w mieście bez Boga, w którym mieszają się różne nacje, prawo i dobro może wygrać ? Czy zbrodniarze zostaną ukarani? Jakimi metodami należy walczyć – tak aby się nie ubrudzić? czy to w ogóle możliwe ? I do tego politycy, którzy mają swoje interesy, wpływy i sekrety. Czy wiecie o czym piszę ? Dla ułatwienia dodam, że to serial, który ma siedem sezonów.

  63. ErikO pisze:

    Wieczorową porą przez most jeden i drugi przemyka dziwna postać, to Eberhard Mock. Breslau to jego królestwo, a właściwie Auenstrasse. Sztywni koledzy w miejscowym prosektorium to jego świadkowie. Eberhard upodobał sobie marchwiowy zapach w prosektorium doktora Lasariusa. Węszenie to jego domena. Nie ma zbrodni doskonałej, a o całej sprawie piszą już w gazetach. Eberhard nie jest krystaliczny, może to i dobrze, gdyż ówczesny Wrocław pełen jest tanich barów, najgorszych szumowin, tanich dziwek, alkoholu i podłego żarcia. Prawdopodobieństwo dostania w mordę jest duże, a i trup ścieli się gęsto. W końcu gdyby nie to, Eberhard nie miałby zajęcia, a tak… . Bergstrasse, Burgfeld 4, cmentarze to miejsca gdzie marek Krajewski wprowadza nas w rozterki. Tam wszystko się zaczyna. Jednak czytelnik lubi pikanterię. Czy samo poszukiwanie morderców ma sens? Otóż nie, burdele są zawsze w modzie. Mock kocha burdele. Nie ma dla niego konfiguracji nie możliwych. Czy w Friebebergu, czy Opperau, Mock jest cały czas na „posterunku” – zwarty i gotowy. W każdym bądź razie domy schadzek działają na Eberharda jak płachta na byka. Nie jest on przykładnym sprawiedliwym, gdyż ma dużo wad, ale kto ich nie ma? Czy detektyw musi być zawsze pod krawat? Eberhard Mock jest inny, nietuzinkowy, działający w warunkach frontowych. Zgnilizna oblężonego miasta jest wszechobecna. U ludzi rodzą się dzikie instynkty, które Mock stara się okiełznać. Jest jak pies tropiący i nic nie uchodzi mu płazem. Eberhard na swoim motorze w ciemnych tunelach Wrocławia mknie po sprawiedliwość. Jak szeryf na dzikim zachodzie musi walczyć z mnożącymi się orgiami, pijaństwem , grabieżami i rozbojami. Piwnica Biskupa to dla niego okno życia. Tam nabiera sił żywiąc się golonką, piwem i wódką! Kobiet nie kochał. Potrzebne mu były tylko do zaspakajania swoich zachcianek. Gwałcił nawet swoją żonę Sophie. Kobiety były dla niego jak wrzód na tyłku. Nie mógł znieść wyrzutów sumienia z tego powodu, palił wtedy cygara. Wrocław, czyli Wenecja północy wraz z Eberhardem Mockiem tworzą za iście mieszankę wybuchową. Nie szablonowo, nie schematycznie, po męsku i hardo Eberhard Mocek jak żul spod ciemnej gwiazdy wyrasta na sprawiedliwego, za którym podąża czytelnik. Czuć w powietrzu zapach stęchłych piwnic, smród ciał, zapach spoconych ludzi, a Ty czytelniku będziesz podążał z Eberhardem przez tą plątaninę ludzkich zdarzeń. To wyzwanie dla Ciebie. Nie bój się Eberhard będzie Ciebie trzymał za rękę! Powodzenia!

  64. Agusia82 pisze:

    Wakacje z morderstwem literackim…. ? Książek z morderstwem w roli głównej czy też w tle przeczytałam mnóstwo. Jeśli wakacje – to postanowiłam sięgnąć do bohatera z książki, którą zaczęłam ten sezon wakacyjny. To „Zeznanie” J. Grishama. Co prawda nie jest to ani kryminał, ani horror, a thriller prawniczy, ale jest morderstwo, wręcz sensacyjna zbrodnia i podejrzany – i to nie jeden, a dwóch. Mamy tu intrygującą zbrodnię, o której wiemy, że miała miejsce – nie ma jednak ciała. Mamy czarny charakter – a nawet dwa czarne charaktery…Jednak mój wybór jako na bohatera padł na Robbiego Flaka – adwokata, który na pierwszym miejscu stawia walkę z niesprawiedliwością społeczną. Wyznacznikiem przyjmowanych przez niego spraw nie była wysokość honorarium jakie może otrzymać – decydujący był charakter sprawy, to czy mógł pomóc jednostce w walce z dyskryminacją dyskryminowanej, jednostce, której prawa obywatelskie zostały naruszone czy też nawet osobom skrzywdzonym przez brutalne działania policji. I od początku swojej kariery nie ustaje w tej walce. Przełomową w jego karierze, swego rodzaju sprawdzianem, staje się dla Robbiego sprawa zaginięcia młodej uczennicy – nie zostaje odnaleziona ani żywa ani martwa. Brak dowodu w postaci ciała dziewczyny, brak świadków oraz wyraźnych motywów zabójstwa czy też porwania nie stanowi przeszkody dla policji i prokuratury, aby postawić w stan oskarżenia równolatka zaginionej – czarnoskórego Donte Drumm’a. Jedyną podstawę skazania stanowią wymuszone przez przesłuchujących zeznania – samego oskarżonego, który później przez cały czas procesu nie przyznaje się do winy oraz zeznania zazdrosnego byłego chłopaka zaginionej, który zeznaje, iż był naocznym świadkiem porwania zaginionej przez Drumm’a. Brak ciała, brak dowodów…. Naszemu bohaterowi, który podejmuje się obrony chłopca, przychodzi walczyć z całym systemem. Mimo absurdalnych i wątpliwych podstaw oskarżenia, mimo niespójnych teorii przedstawianych przez oskarżenie, mimo tego, że z treści zeznań oskarżonego wynika, iż zostały one wymuszone – zarówno sądy wszystkich instancji, burmistrz i gubernator są stuprocentowo przekonani, że skazują właściwego człowieka – i to skazują na karę śmierci. Wydawać by się mogło, że w tak poważnej sprawie jak skazanie na karę śmierci, podstawę skazania winny stanowić mocne, bezpośrednie dowody, nie budzące najmniejszych wątpliwości co do winy oskarżonego – tutaj w zasadzie podstaw nie ma. I nie przemawiają żadne z rzeczowych argumentów podnoszone przez obronę. Drumm zostaje skazany na karę śmierci. Robbie desperacko, do ostatniej chwili – do ostatniej godziny i minuty przed wykonaniem kary śmierci walczy o odroczenie jej wykonania. Tymbardziej, że udaje mu się w końcu wywalczyć przyznanie się do krzywoprzysięstwa głównego świadka. Dodatkowo pojawia się prawdziwy sprawca – który przyznaje przed kamerami, że to on porwał i zabił poszukiwaną uczennicę. Sąd uniemożliwia jednakże złożenie obronie podpisanych pod przysięgą zeznań świadka, który stwierdza że przez cały proces zeznawał nieprawdę. Zamyka bowiem drzwi sądu. Nikt nie pochyla się nad tym, że być może facet, który ogłasza, że to on jest mordercą – mówi prawdę i w rzeczywistości nim jest. Nikt nie daje mu bowiem szansy na to, by udowodnił swoją winę poprzez wskazanie miejsca ukrycia zwłok. Ma za sobą kryminalną przeszłość, więc na pewno teraz kłamie po to by uzyskać rozgłos…Te wszystkie okoliczności nie wzbudzają w wymiarze sprawiedliwości oraz organach stanowych żadnych wątpliwości…. Jednakże adwokat nie poddaje się – nawet kiedy sprawa wydaje się przegrana, w sytuacji, w której niejeden dawno złożyłby broń i uznał swoją porażkę, Robbie nadal walczy. Chwyta się nowych faktów niczym tonący brzytwy by udowodnić wszystkim przekonanym o winie klienta jak bardzo się mylili. Nawet jeśli jest już za późno – jakby powiedzieli niektórzy, nawet jeśli znalezienie zwłok niczego już nie zmieni, nawet jeśli może się okazać, że podający się za mordercę kłamie – Robbie postanawia zaufać swojemu przeczuciu. Nie będę opisywać co zdarzyło się dalej…jak zakończyła się walka – mogę powiedzieć jedno – nie poddał się do samego końca. Opisywany przez Grishama adwokat ma swoje wady – jest porywczy, lubi być w centrum uwagi lubi się mścić na swoich przeciwnikach – jednakże jego wola walki, oddanie sprawie, w imię której walczy oraz bezkompromisowość wyrównują jego złe przymioty. Niewątpliwie również odwaga – odwaga aby zająć się sprawami, które nie przysporzą mu popularności a wrogów; odwaga by walczyć w obronie najbiedniejszych, których sprawami nikt za bardzo nie chce się zająć bo nie przysporzą pieniędzy i popularności; odwaga, by przeciwstawić się wymiarowi sprawiedliwości, organom władzy; odwaga by walczyć do końca – nawet gdy wszyscy wokół przekonują, że już jest po wszystkim. Wiadomo – dzieje się to wszystko kosztem czasu i życia prywatnego – ktoś poświęcony takiej idei, poświęca szczęście osobiste. Do niego należy już ocena, czy warto było…. Jednakże taki bohater jak Robbie powoduje, że pojawiają się myśli, że istnieją ludzie, którzy nie wahają się poświęcić sprawie i walczyć o nią do końca. I nawet jeśli wszystkie znaki na niebie i ziemi – szczególnie na ziemi – pokazują, że sprawiedliwości nie ma, albo że jest ona tylko dla wybranych, nawet jeśli z całej masy spraw – sprawiedliwie rozstrzygnięto tylko kilka z nich – to właśnie dla tych kilku jest warto walczyć. Nawet jeśli oznacza to walkę z absurdem, nawet jeśli przypomina to walkę z wiatrakami, nawet jeśli każdy z przedstawionych racjonalnych i popartych dowodami argumentów odbija się od ściany zbudowanej z nielogicznych teorii popartych wątpliwymi czy też nieprawdziwymi dowodami – warto próbować, w końcu mur nie wytrzyma, znajdzie się jakiś sposób, mała rysa, pęknięcie przez którą będzie możliwe dostanie się do środka… Zawsze jest bowiem jakaś nadzieja, zawsze może zdarzyć się jakiś cud… Dla takich chwil, kiedy wygrywa sprawiedliwość warto walczyć jak Robbie Flak.

  65. Jakaś taka ja ;) pisze:

    Hannibal Lecter to postać znana z ekranu i z kart powieści. Postać na wskroś zła, wywołująca przerażenie i gęsią skórkę na ciele. Jednocześnie odstrasza i pociąga. Z ciekawością pragniemy przeanalizować jego życie aby przekonać się gdzie tkwi “źródło zła”. Jego fascynacja Clarice M. Starling sprawia, że tym bardziej chcemy poznać jego psychikę i gdy się bliżej przyjrzymy może okaże się, że nie jest wcale taki zły…

  66. poirot, wallender pisze:

    O Poirocie kazdy slyszal… w ksiazkach Agathty Christie nigdy nie wiadomo tak naprawde kto jest morderca, osoby, ktore maja alibi naczesciej sa jednak mordercami… kazdy drobny szczegol moze nam podpowiedziec kto jest morderca… posiadam wszystkie ksiazki z Poirotem… teraz wkraczam w swiat z Wallanderem, po przeczytaniu pierwszych 200 stron juz jest blizszy memu sercu, napewno kupie kolejne ksiazki… a kto bedzie nastepny? tego jeszcze nie wiem…

  67. Weronika pisze:

    Spróbujmy klasycznie…
    Dystyngowany Jegomość wzbudzający zainteresowanie swą nieszablonowością. Sława o jego kunszcie kryminalnym jest znana każdemu. Ani jeden drobiazg nie umknie jego uwadze, żadna zagadka mu się nie oprze. Komu? Herculesowi Poirot!

  68. Aleksandra pisze:

    Lekceważąca – taaak… zazwyczaj tak.
    Inteligentna – diabelnie. Niech nikt nie próbuje zaprzeczać!
    Seksowna – na pierwszy rzut oka – wcale. Ale ci, którym udało się do niej zbliżyć, twierdzą całkiem co innego.
    Buntownicza – zdecydowanie. Nie pozwoli sobą pomiatać i nie ma zamiaru wpasowywać się w konwenanse.
    Ekstrawagancka – A jakże! Kto widział jej kolczyki i wielkiego smoka na plecach wie. Ale ona wcale nie przykłada do swojego wyglądu większej uwagi. No… Chyba, że podszywa się pod kogoś innego. Wtedy strój przemyślany jest w stu procentach!
    Twarda – o tak… Twarda z niej sztuka!Jej przyrodni brat i ojciec mieli szansę się przekonać.
    Harda – jak nie, jak tak? Jej nie podskoczysz choćbyś bardzo chciał!

    Taka właśnie jest Lisbeth Salander – główna bohaterka trylogi “Millenium” Stiega Larssona. Ponadto jest osobą bardzo skrytą, nie lubi kiedy ktoś miesza się w jej życie. Ma niewielu przyjaciół – za to bardzo wiernych. Dziennikarz Mikael Blomkvist i szef firmy ochroniarskiej Dragan Armanski, bez względu na to w co się wplątała stali za nią murem.
    Lisbeth jest też osobą z przeszłością. Jako dziecko, próbowała zamordować swojego ojca Aleksandra Zachalenkę, który znęcał się nad jej matką. Została uznana za chorą psychicznie i po długim pobycie w klinice oddana w ręce opiekuna prawnego.
    Kiedy poznajemy Salander ma ona 25 lat, wyglądem przypomina jednak bardziej zbuntowaną nastolatkę. To wszystko pozory. Lisbeth to dorosła kobieta, która potrafi o siebie zadbać, w dodatku jest piekielnie dobrą hakerką.
    Lisbeth jest wyjątkowo barwną postacią. Pomimo, że z pozoru ma wiele wad, przekonuje do siebie czytelnika. Powieść, której jest bohaterką stała się bestselerem, a ona sama zawładnęła sercami milionów wielbicieli kryminałów.

  69. Cully Barnaby pisze:

    Recepta dobrego lekarza na starość? “Najchętniej przepisałbym ci ładne, soczyste morderstwo”.

    PS. Poza konkursem: “I nie było już nikogo” po polsku stokroć gorzej brzmi niż znajomych “Dziesięciu Murzynków”. Agatha Christie też napisała i wydała na Wyspach Brytyjskich “Ten little Niggers”, zanim pół roku później przestraszyli się tego jej nowojorscy wydawcy.

    Kasiu P.: ale dziewiąty lord Holm nie był zabójcą, chociaż tak to wyglądało. Mordercą jest była inspektor policji, w której się zakochał. Pozdrawiam!

  70. Magda pisze:

    „Ciemność tak ponura i zimna jak Ja”
    Takie słowa wciąż przewijają się w głowie Johna niby z pozoru normalnego i sympatycznego prawnika z Los Angeles ale w odległej samotności staje się kimś zupełnie innym, kimś obcym. Jego natura od zaraniom młodości ukazywała swoje brutalne oblicze. John w odmętach ciemności przemierza miasto i sam wymierza sprawiedliwość tym którzy na to zasługują. Wybiera sobie ofiarę i obmyśla zacnie szczegółowy plan. Czy taka sprawiedliwość jest lepsza czy to tylko chora gra samotnego mężczyzny?

  71. ewanna pisze:

    “Przemoc to nie tylko wstydliwy i upokarzający problem. To także problem podlegający swoistej „naturalizacji”: mamy zatem tendencję by mówić: „to normalne, oczywiste że mężczyzna ma władzę w domu, to normalne, że może ją egzekwować pięścią…”.(Magdalena Środa)

    Zdecydować od czego zacząć recenzję Larssonowskiej trylogii jest rzeczą nie najłatwiejszą. Larsson odwołuje się bowiem do dobrej tradycji szwedzkiego kryminału, która każe (choć to chyba nie jest najlepsze słowo) połączyć dobrą intrygę kryminalną z problemami społecznymi, prawnymi, politycznymi. Stieg Larsson był dziennikarzem, redaktorem naczelnym gazety Expo, znanym ze swoich antyfaszystowskich poglądów. Z Expo powiązana była fundacja o tej samej nazwie, której celem było przeciwdziałanie wzrostowi skrajnej prawicy w szkołach i pośród młodych ludzi oraz stanie na straży demokracji i wolności słowa. Te poglądy widać w jego książkach.

    Pierwszy tom trylogii (Millenium. Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet.) jest głośną krytyką nazizmu i przypomnieniem Szwedom, że mimo, iż kraj był neutralny podczas II wojny światowej, to hitleryzm fascynował Szwedów, a część z nich dobrowolnie zapisała się do profaszystowskich organizacji – tej grupie Larsson zarzuca również antysemityzm. Pierwszy tom jest także krytyką kapitalizmu – autor był członkiem Komunistycznej Partii Robotniczej, z czego z czasem zrezygnował, bo część jej postulatów wydała mu się niedemokratyczna, co nie zmienia faktu, że nigdy nie zaakceptował krwiożerczej (brzmi marksistowsko – wiem) twarzy kapitalizmu. Ale pierwszy tom jest też – moim zdaniem – rewelacyjnie dobrym kryminałem, opartym na dogmatycznym kryminalnym pytaniu: „Kto zabił?”.
    Mikael Blomkvist – dziennikarz i współwłaściciel Millenium zostaje uznany za winnego w procesie o zniesławienie biznesmena Wennerstroma. W perspektywie czeka go więzienie (jak pokaże tom drugi – wysoce liberalne i dość wygodne) i dość poważne problemy finansowe, nie tyle jego, co Millenium, które będzie musiało zapłacić potężne odszkodowanie. Na szczęście problemy ekonomiczne Blomkvista nie będą stanowiły clou intrygi. Blomkvist zostaje poproszony o pomoc potentatowi finansowemu Vangerowi. Stojący już właściwie na końcu drogi Vanger co roku dostaje na swoje urodziny passe-partout z suszoną, rzadką rośliną. Taki właśnie prezent dostawał co roku na swoje urodziny od bratanicy – Harriet Vanger. Jest tylko jeden problem. Harriet zniknęła pewnego letniego dnia 1966 roku i nie udało się jej odnaleźć. Vanger jest pewien, że ów makabryczny urodzinowy prezent przesyła morderca. I tego mordercę ma odnaleźć Mikael Blomkvist. Nie sam, bo ostatecznie pomagać mu będzie Lisbeth Salander, haker – geniusz. Oboje oczywiście hojnie opłacani przez starego przemysłowca.
    Poszukiwania – do których Blomkvist podchodzi z dystansem, ukryte są pod płaszczykiem pisania „Dziejów rodu Vangerów”, które może i należą do ciekawych, ale rodzina Vangerów jawi się w nich jako ród podobny do siedmiogrodzkich Batorych. Larsson funduje czytelnikowi hurtowe nagromadzenie patologii, którego nie powstydziłby się nawet (proszę mi wierzyć, wiem, co piszę) markiz de Sade: sadyzm, mizoginizm, antysemityzm, rasizm, rytualne zabójstwa i kazirodztwo…
    Swoją drogą – odchodząc od literalnej zawartości tekstu – do której jeszcze wrócę – Larsson i w opisie Vangerów daje upust swoim poglądom. Wypowiedzi Haralda Vangera są głosem nostalgii za czasem, kiedy przemysł rządził się „ludzkimi prawami”. Tak jak w drugim tomie lekarz pochodzący z robotniczej rodziny ogrzewa – przed zbadaniem Salander – stetoskop w swojej dłoni (zwraca na to uwagę w swoim felietonie Kinga Dunin ), tak w tomie pierwszym mamy idylliczny opis relacji między pracodawcą a pracownikiem. Nostalgia i troska o pracowników, jaką wyraża w swoich opowieściach i refleksjach Harald Vanger są dalekie od kryzysowej, czy postkryzysowej codzienności. Powtarzane, jak mantra, słowa „Co będzie z naszymi pracownikami”, „są z nami od tylu lat”… Jakoś nie przekonują. Pastelowe wspomnienia Blomkvista z chwil, kiedy opiekowała się nim Harriet Vanger też nie. Ale cel Larsson osiągnął – niewypowiedziany wprost kontrast miedzy wampirycznym Wennerstromem a heroicznym Vangerem pokazywać ma, jak zmienił się kapitalizm na przestrzeni lat. I w zasadzie pokazuje, choć mam wrażenie, że wymowa jest nieco naiwna, a i Wennerstrom przy niedawnych „kryzysowych” rekinach zdaje się mniej krwiożerczy.
    Dalej akcja toczy się wręcz klasycznie. Blomkvist wspomagany umiejętnościami Salander i uwagami własnego dziecka odkrywa to, czego nie udało się odkryć szwedzkiej policji przez lat pięćdziesiąt i systematycznie (nieco zdziwiony własnymi odkryciami) brnie do celu. Koniec – jak chcą reguły gatunku – jest lekko niespodziewany, trochę gwałtowny i nieco zaskakujący. I – jak dla mnie – aż nadto ckliwy, co nie znaczy oczywiście, że wolałabym widzieć Harriet Venger gdzieś na dnie fiordu martwą.

    Na jeszcze jeden problem zwraca uwagę Larsson (i będzie do tego wracał i w drugim i w trzecim tomie) – chodzi o kwestię prostytucji. Pomijam problem szwedzkiego ustawodawstwa, które karze klientów prostytutek i ma na celu ograniczenie popytu na te usługi.. Skutki tego ustawodawstwa, jak zauważa Janice G. Raymond w artykule 10 powodów, by nie legalizować prostytucji i prawna odpowiedź na popyt na prostytucję są obiecujące. Zakaz wobec mężczyzn kupujących prostytuujące się kobiety spotkał się z dużym społecznym poparciem. Kilka badań opinii publicznej, przeprowadzonych pomiędzy 2000 a 2001 rokiem, pokazuje, że 80% Szwedów popiera to prawne rozwiązanie . Chciałabym odwołać się do innego problemu, o którym Larsson także pisze, a który może pojawić się w temacie Millenium a sprawa polska. Szwecja boryka się z takim samym problemem, jak nasz kraj – z prostytucją ze Wschodu. I Martin Venger i (tom i dwa później) Alexander Zalachenko wraz z pomocnikami czerpią korzyści (Venger sadystyczno – seksualne, ci drudzy dodatkowo finansowe) z emigrantek ze Wschodu. Czytając Larssona przypomniałam sobie tekst (publikowany zresztą na stronach OSKI) dotyczący takiej właśnie prostytucji. Autorka – Kinga Olgyay – Stawikowska – zauważa (w tekście Alchemia niedobrowolnej migracji zarobkowej), że są to kobiety, które uciekły z nędzy w wyobrażeniowy raj; radykalnie chcą zmienić swoje życie; zostały oszukane, umawiały się na inny rodzaj pracy; w trakcie podróży zostały sprzedane sutenerowi; (…) Zaczynają od dna upodlenia. (…) Zakwaterowane po 8 – 10 w jednym pokoju, barakowozie, przyczepie czy kontenerze bez światła i wody, z zakazem samodzielnego opuszczania lokum, oporne biciem przyuczane do zawodu, codziennie rozwożone są na oddalone zazwyczaj od noclegowi stanowiska pracy przez mniej lub bardziej zaprzyjaźnionych szoferów. Próby ukrycia dochodów kończą się brutalnym biciem (również kijem bejsbolowym), nawet torturami (głodzeniem, przypalaniem, przykuwaniem kajdankami do kaloryfera…). (…) Fakt istnienia układu opartego na przemocy i syndromie kata i ofiary potwierdzają nie tylko sińce, ale i znana policji lojalność wobec opiekuna, któremu kobiety “wierzą”, że zwróci odebrany paszport czy zdeponowane pieniądze . Cytat jak z Larssona…

    Jeszcze mniej kwestii społecznych pojawia się w filmie. Film – bo przecież gościł chwilę na kinowych ekranach duńsko-szwedzki film Nielsa Arden Opleva pod takim samym tytułem – kwestie społeczne marginalizuje, skupiając się na elementach patologicznych, które z pewnością ładniej się filmuje, ale które przy takim nasyceniu nie przekonują. Janusz Wróblewski w Polityce napisał, że ekranizacja Opleva jest sumienna – co jest prawdą, bo w 152 minutowym filmie (z punktu widzenia dystrybutora – długim, jeśli nie zbyt długim) reżyser spróbował zawrzeć wszystko, co ważne w książce. Jeśli się film najpierw ogląda, a potem czyta (i to jest mój przypadek) uproszczenia nie rażą, a film skłania do sięgnięcia po tekst (i to jest znów mój przypadek). Choć – i tu się z Wróblewskim zgodzę – filmowi brakuje jednak nie tyle precyzji w prowadzeniu akcji i umiejętności budowania napięcia, co zwykłej, ludzkiej wiarygodności. Akcja jest wartka, zdjęcia piękne – bo i Szwecja urocza, ale… Czy może być aż tak źle???

    Tom drugi – Dziewczyna, która igrała z ogniem – nie dotyka już kwestii ideologicznych. Skupia się on raczej na wewnętrznych problemach Szwecji. I jest on krytyką o tyle zaskakującą, że Szwecja słynie z tego, że jest krajem bezwzględnie przestrzegającym praw kobiet i równouprawnienia, walki z przemocą w rodzinie. Już w 1999 roku wprowadzono tam ustawę, na mocy której obowiązuje zakaz kupowania usług seksualnych, chociaż, jak pisze Larsson i potwierdza w swoim artykule w Polityce Tomasz Walat – prawo to nie jest przestrzegane. Druga historia Larssona jest właśnie o tym.
    Dag, młody dziennikarz zajmujący się problematyką traffickingu i handlem żywym towarem zostaje zamordowany w swoim własnym mieszkaniu. W pokoju obok Mikael Blomkvist znajduje ciało jego dziewczyny Mii – która właśnie miała bronić doktoratu dotyczącego podobnej problematyki. Dag Svensson współpracował z Millenium – stąd obecność Blomkvista, który wpadł odebrać od niego materiały. Życzących Dagowi śmierci z pewnością było wielu, bo był on właśnie na etapie konsultowania swoich odkryć – dotyczących płatnego seksu (z nieletnimi – dodam) z tymi, którzy z takich usług korzystali prywatnie, a zawodowo zajmowali wysokie stanowiska i często głośnio napiętnowali ów proceder… Blomkvist wzywa policję, a policja znajduje niedaleko miejsca zbrodni pistolet z odciskami Lisbeth Salander. I tak zaczyna się pościg – za (jak głoszą media ziejące nienawiścią) potrójną morderczynią. Potrójną, bo okazuje się, że zginął również Nils Bjurman, kurator Lisbeth Salander. Jego ciało znaleziono na łóżku, a po jego odwróceniu okazało się, że jest na nim tatuaż (zrobiony jeszcze w pierwszym tomie) – średniej jakości artystycznej, ale wysoce interesujący literacko: JESTEM SADYSTYCZNĄ ŚWINIĄ, DUPKIEM I GWAŁCICIELEM.
    Wina Salander dla policji stała się ewidentna. Dla większości szwedzkiego społeczeństwa też. I tu – wydaje mi się – pojawia się drugi problem społeczny, nie tylko szwedzki, który sygnalizuje Larsson. Lawina artykułów prasowych krytykuje wszystko to, co w liberalnej Szwecji zdaje się być dozwolone, szukając w tym patologii. Biseksualizm bohaterki, jej przyjaciółkę lesbijkę, muzykę rockową, która nagle staje się satanistyczną etc. A społeczeństwo tę krytykę akceptuje. Taki szwedzki kołtun… Problem w tym, że dla części prowadzących śledztwo wyznacznikiem poszukiwań i stosunku do poszukiwanej są również własne (bardzo dulszczyźniane) poglądy. By więcej nie zahaczać o tanią psychologię dodam tylko, że mam świadomość, że Larsson korzysta w tym miejscu z klisz, ze stereotypów, ale wcale nie jestem przekonana, że akurat w tym przypadku (opisując właśnie takie mechanizmy) bardzo się myli. I nagle wokół Salander (samotnej jak zwykle, i nie potrzebującej pomocy – też jak zwykle) zaciska się pętla.

    Na ten aspekt zwracają uwagę nasze środowiska lewicowe, uznając za rewolucyjną wręcz kreację Lisbeth Salander. Jak więc jest odbierana panna Salander? Wg Larssona Salander jest Pippi Langstrumpf, która (prawie) dorosła . Lisbeth jest nieprzystosowana. Szczera do bólu. Mściwa, czy może raczej konsekwentna w wymierzaniu swojej sprawiedliwości. Podobno jest novum w kreacjach popkulturowych. Zamiast niesamowicie sprawnej i atrakcyjnej Lary Croft dostajemy Lisbeth Salander. Fizycznie nieatrakcyjną, androgeniczną, drobną dziewczynę, która o Sieci wie wszystko. I nie ma zamiaru być ofiarą. Stąd samodzielność działań (dość brutalnych zresztą). Swoją drogą zastanawiające jest przekonanie o owej nieatrakcyjności – tym bardziej, że życie erotyczne Salander jest bujne (wliczając w to Blomkvista, Mimmi i pomniejsze związki z „wakacji” na koszt Wennerstroma). Mnie zastanawia, co tak naprawdę jest nowego w kreacji Salander. Intelekt? Siła? Konsekwencja? Bunt? Nie wydaje mi się, żeby propozycja Larssona była tak szalenie nowatorska. Zwraca się uwagę (i tu znów odwołuję się do tekstu Przeglądu), że wygląda ona świeżo na tle panów w prochowcach. Ale przecież dla wielbicieli kryminałów świat już dawno odszedł od panów w prochowcach, ba – minęli nawet sfrustrowani panowie przed emeryturą (u Mankella, Conelly’ego i Fossum), czy komputery, które też już były – chociażby u Jeffrey’a Deavera (jego Lincoln Rhyme i Amelia Sachs). Samych tekstów (i filmów) o hakerach komputerowych jest na pęczki (prawie prehistoryczne Gry wojenne z 1983 chociażby).
    Lubimy więc Salander, bo jest oryginalna (choć tak naprawdę wcale nie jest). Pojawiają się jednak elementy, które nieco chwieją jej wizerunkiem. Pierwszy problem to ów nieszczęsny powiększony biust (może jednak Salander siebie nie akceptuje?). Drugi problem – to paszportowe alter ego Lisbeth – śliczna Norweżka Irene Nesser. Czy to, co czytelników tak bardzo w Salander zachwyca – zachwyca też ją samą?
    I jeszcze jedno pytanie z rodzaju tych retorycznych. Polacy zafascynowali się Lisbeth Salander. Pokochali Larssona (podobnie, jak wcześniej pokochali Mankella, czy Krajewskiego – i w obu tych przypadkach widać opiniotwórczą rękę Polityki) i podobnie, jak pokochają (jestem skłonna się o to założyć) Camillę Läckberg, już delikatnie wspomnianą, jako element istotny w grupie Wielkich Skandynawskich Kryminałopisarzy… Dzięki prasie więc (by powrócić do naszych baranów) kochamy Lisbeth Salander. Pytanie, czy tak samo lubilibyśmy ją, gdyby była bliżej.

    W tym tomie (w odróżnieniu od pierwszego) trudno mówić o żwawej współpracy na linii Salander – Blomkvist. Sprowadza się ona do paru uwag wklejonych gdzieś na ekranie komputera. Bo – tak mi się przynajmniej wydaje – cele mają inne. Blomkvist chce dokończyć – in memoriam – pracę Daga, zweryfikować ją, a potem opublikować. Chce on też oczyścić Salander z wszelakich podejrzeń. A Salander? Ona – początkowo zdezorientowana – zaczyna mieć świadomość, że cała sprawa sprowadza się do działalności Aleksandra Zalachenko, vel Zala. I tu dochodzimy chyba do najmniej wiarygodnej części powieści odwołującej się do tradycji radzieckich służb specjalnych w rodzaju KGB, czy – jak chce Larsson – GRU (Głównego Zarządu Wywiadu), zdaniem Rzeczpospolitej organizacji jeszcze bardziej tajemniczej niż KGB ; oraz sposobu traktowania tych, którzy jednak z GPU próbują uciec. I tak na scenę wchodzi sadystyczny Zala. A zaraz za Zalą pojawia się nie do końca sprawnie działający system szwedzkiej opieki socjalnej.
    I to jest moim zdaniem trzeci bunt Larssona. Bunt przeciwko niesprawnemu systemowi opieki socjalnej w Szwecji. Sprzeciw dziwny o tyle, że Szwecja w stereotypowym postrzeganiu (w ogóle państwa skandynawskie) jawią się jako raj, jeśli chodzi o sprawne i hojne służby społeczne. Okazuje się jednak, Lisbeth Salander miała pecha i nie dość, że jej system opieki socjalnej nie pomógł (pomijam wyidealizowaną nieco postać Holgera Palmgrena), bo był poddany służbom specjalnym i nieuczciwym psychiatrom (vide: Teleborian). Ta krytyka szwedzkiego systemu socjalnego jest o tyle ciekawa, że na jego ułomności wskazuje również Mankell w Fałszywym Tropie, czy Mężczyzna, który przychodził w niedzielę Thomasa Kangera…

    Wracając do protagonistów powieści: Blomkvist próbuje pomóc Salander, ona zaś łaskawie naprowadza go na poprawny trop, ale uratować wolałaby się chyba samodzielnie. Swoją drogą ta desperacka próba wyjaśnienia sytuacji jest o tyle dziwna, że Salander dysponuje prawie trzema miliardami koron, które udało jej się ukraść Wennerströmowi jeszcze w pierwszym tomie. Dysponuje ona również norweskim paszportem, który pozwoliłby jej opuścić Szwecję w każdym momencie. Jednak Lisbeth zostaje. I tu prawdopodobnie należałoby się skupić na psychologicznej analizie dysfunkcji Lisbeth Slander. Patologia? A może nie? Chociaż chyba tak… Ale jaka??? Tyle diagnoz ile recenzji – to udało mi się zauważyć. Fakt, Salander ma dość specyficzny charakter i wygląd (chociaż dzięki pieniądzom Wennerströma biust jej się zdecydowanie poprawił). Blomkvist zaś – tak jak w poprzednim tomie – libertyńsko sobie romansuje, choć w Dziewczynie, która igrała z ogniem ma na to zdecydowanie mniej czasu.
    Ciekawe jest to, że tekst Larssona otwiera się na innych bohaterów. Zdecydowanie większą rolę odgrywają w nim redaktorzy Millenium i pracownicy biura Milton Security Armanskiego, o mrówczej pracy ekipy Blublanskiego nie wspominając. Pierwszy tom był zdecydowanie bardziej „lakoniczny”, jeśli można w takim kontekście użyć tego słowa; sprowadzał się do relacji Blomkvist – Erika Berger, Blomkvist – Martin Vagner i rzecz jasna Blomkvist – Salander. To jest ten element tomu drugiego, który jest moim zdaniem lepszy. Całe spektrum bohaterów: banalnych – niebanalnych, dobrych – złych, homofonicznych – tolerancyjnych, nieźle zarysowanych.

    Co w takim razie w „dwójce” jest gorsze? Ano gorsza jest sama intryga. Jej słabość uwydatnia się bardzo widocznie w filmie. W książce jest nieco lepiej – nadal to jest kryminał oparty na najbanalniejszym pytaniu: kto i dlaczego zabił. Ale zmierza (czy raczej zmierzał) Larsson w kierunku, który mnie się osobiście nie podoba… O ile pierwszy tom Millenium jest – oprócz wszystkich innych elementów, które gdzieś powyżej zasygnalizowałam – bardzo dobrym kryminałem, o tyle drugi tom jest książką tylko dobrą. Tom trzeci natomiast zmierza wielkimi krokami w stronę thrillera politycznego, będącego jednym wielkim zarzutem wobec państwa (Państwa) szwedzkiego. Nie chcę tak! Zdaję sobie sprawę, że ta ewolucja znajdzie swoich wielbicieli. Czy ze mną? Nie wydaje mi się… Aż chciałoby się zapytać: jak to jest, że ów trzeci tom innych tak zachwyca, skoro nie zachwyca?
    I ostatnia uwaga – na koniec. Prasowo zarysowała się dyskusja na ile Millenium – i mam na myśli tu całą trylogię – jest tekstem feministycznym, jak chce Kinga Dunin w felietonie Superwoman . Na pewno wypowiedziało się w tej kwestii kilkanaście znawczyń gender (były absolutnie za), i kilku męskich przeciwników (byli zdecydowanie przeciw). A mnie się wydaje (abstrahując od terminu „znawczyni”), że szukając feminizmu w tekstach pokazujących jak powinien (mimo wszystkich aberracji systemu) funkcjonować normalny kraj, pokazujemy jak bardzo nasz kraj jest od tych norm daleko. A polityka, thriller i cała reszta? Larsson zamyka tom trzeci słowami: Kiedy się dobrze przyjrzeć, to w całej tej historii nie chodzi o szpiegów i służby państwowe, ale przede wszystkim o zwyczajną przemoc wobec kobiet i o mężczyzn, którzy się jej dopuszczają . Czy bunt przeciw takiej sytuacji jest feminizmem? Mnie się zdaje, że powinien być normalnością. Nieideologiczną normalnością.

  72. Krystyna me. pisze:

    Tyle jest wspaniałych powieści kryminalnych i równie dobrze skonstruowanych zbrodni, że naprawdę ciężko wybrać jedną, jedyną z pośród wielu. Każdy z nas ma różny czytelniczy gust i tak jak, jedni wolą kryminały zabarwione czarnym humorem, tak inni wolą zdecydowanie mocniejsze i bardziej przerażające akcenty. Ja zaliczam się do tych drugich fanatyków mocnej grozy.

    Są różne książki o gatunku : kryminał, thriller oraz horror, że ciężko zdecydować, który stóż prawa, czy która zbrodnia zasługuje na uznanie. Ja postanowiłam postawić na debiutancką powieść Mo Hayder zatytułowaną ,,Ptasznik’’. Makabryczne zbrodnie opisane w tej książce, powodują przyspieszone bicie mego serca a w dobrych kryminałach, przecież właśnie o to chodzi.

    Jak działa umysł mordercy ? Jak ewoluuje i jak wpływa na postrzeganie świata? Czy to prawda, że u osób dokonujących brutalnych morderstw zaburzona jest biochemia mózgu ? Każdy oprawca jest inny, lecz pragnie osiągnąć podobne cele. Głównym powodem jest chęć władzy, dominacji oraz sława. Podczas wybierania ofiary i samego dokonania zabójstwa morderca czuje, że ma nad nim pełną kontrolę. Może z nim zrobić cokolwiek zechce. Czuje się jak Bóg, jak aktor poruszający marionetką.

    Podoba mi się ta niekonwencjonalna taktyka zbrodni, która pokazuje jak bardzo może być wypaczona natura człowieka. Seryjny morderca – wymowny znak współczesnych czasów, przedmiot naukowych dociekań i analiz, przerażający przykład ludzkiej bestii, ale przede wszystkim obiekt niezdrowej fascynacji każdego miłośnika grozy, w tym także i mnie.

    Uważam, że nie sztuka popełnić zbrodnię, sztuką jest dobrze ją zaplanować i wzbudzić jak największe poruszenie, dlatego ja fascynuję się bardziej krwawym, makabrycznym wręcz obrazem zbrodni, takim właśnie jak w ,,Ptaszniku’’, aniżeli zwykłą zbrodnią popełnioną w afekcie.

    Jednego jestem pewna, ten psychopatyczny umysł Ptasznika, zadziwi największego nawet twardziela i zszokuję niejednego stróża prawa, który widział już z pewnością wiele.

    A cała akcja, zaczyna się na miejskim placu zabaw w Londynie, gdzie zostają znalezione, drastycznie okaleczone i zbezczeszczone zwłoki pięciu kobiet. ,, zwłoki miały ściągniętą skórę z czaszki aż do nasady nosa – odwróconą i zsuniętą na twarz, zakrywającą oczy i usta niczym wilgotna, od wewnątrz czerwona gumowa maska karnawałowa, z włosami opadającymi aż na obojczyk’’. Same opisy powodują, że wyobraźnia buzuje na najwyższych obrotach. O czym oprawca myślał, gdy zdzierał z tych kobiet ,,tożsamość’’ ? czy czuł podniecenie, rozkosz, czy może fascynacje? ,,Pięć aluminiowych stołów sekcyjnych, na nich pięć ciał porozcinanych od łona do ramion, z płatami skóry odchylonymi na bok niczym drzwiczki sejfów, odsłaniającymi nagie żebra pokryte warstwami tłuszczu i mięśni’’. Zadziwiająca jest jego taktyka zbrodni. Okaleczenia, które robił na pewno coś oznaczały, lecz co? To wie tylko on sam. My możemy tylko snuć domysły, tak więc myślę, że może chciał pokazać tym czynem, że potrzebuje dominować, kontrolować i zawładnąć swą ofiarą. Jednakże gdy ona umiera, staje się znów opuszczony, pozostawiony sam z bezkresnym gniewem i nienawiścią do samego siebie.

    Ptasznik- morderca, jeszcze nie postawił kropki na i. Wszystko to zaledwie przedsmak brutalności, jaką namalował na ciałach tych pięciu kobiet. W trakcie autopsji, oficerowie śledczy odkrywają na każdych zwłokach, niewielki przerażający znak rozpoznawczy sprawcy, który w pewien sposób jeszcze bardziej nadaje aury grozy i tajemniczości. To jest prawdopodobnie podpis ,,kata”, który niczym Zorro, zaznacza swą obecność, mówiąc: ja jestem, strzeżcie się mnie!

    Żeby jeszcze bardziej podnieść napięcie i wywołać obrzydzenie i przerażenie, morderca umieszcza w zwłokach kobiet żywe ptaszki, małe truchełki.
    I tak oto możemy, czuć strach, lęk, obawę oraz pewne zainteresowanie i dociekliwość , które daje do myślenia jak może działać nekrofilski umysł zbrodniarza. Jego dziwna manifestacja fascynacji śmiercią, przeraża i napawa wstrętem.

    Uważam jednak , że tak ,,mocno i bestialsko’’ poprowadzone morderstwo, zasługuje na uznanie i dlatego postanowiłam podzielić się z wami tą dziwną i jakże straszną techniką zbrodni, która pokazuje jak wielki ,,morderczy pierwiastek’’ może tkwić w każdym człowieku.
    Mnie osobiście, bardzo intryguję analiza psychiki zbrodniarza i jego motyw oraz postępowanie, dlatego z ogromnym zainteresowaniem śledziłam losy londyńskiego ,,kata’’.

    Czy znajdzie się inny człowiek, który przebije ptasznika w swych wyczynach? Nie wiem, ale ciągle poszukuje. Może gdzieś tam czai się w ciemnym zaułku i czeka na mnie z tajemniczym uśmiechem, dziwną fascynacją w oku i otwartymi ramionami ….Nie boję się….. ja też na niego czekam. Dajcie mi jakieś wskazówki jak do niego dotrzeć? Nie bójcie się i otwórzcie mi wrota do mrocznej wyobraźni morderczego świata……..

  73. Karolina pisze:

    “Nigdy nie wiadomo, kto okaże się przestępcom. Często zdarza się, że kryminaliści wyglądają jak zwykli ludzie.” Jesteście w sklepie. Niestety zapomnieliście listy zakupów i grzebiąc w pamięci próbujecie przypomnieć sobie, co jeszcze trzeba dokupić. Podążacie do chłodni, aby wrzucić do koszyka butelkę mleka. W chłodni oprócz wspomnianego wcześniej mleka znajdujecie także… trupa! Co robicie?

    Główna bohaterka- Trish Cunningham dokładnie przygląda się zwłokom. Zapewne większość kobiet doznałoby szoku, zemdlało bądź zaczęło krzyczeć. Ale nie ona. Trish to kobieta ze wsi, która kastrowała byki, wiązała racice krowy i miała wiele innych nietypowych wydarzeń za sobą. Wspomnianym już trupem okazał się Jim Bob. Znienawidzony przez Trish mężczyzna. Nienawiść jest równoznaczna z motywem. Czy to możliwe, żeby kobiet mająca kilkoro dzieci i zamożnego mężczyznę posunęła się do takiego czynu?

    “Zimny Drań” Candice Speare

  74. Wojciech Król pisze:

    Nękany snami o wypadku drogowym, który trzy lata temu zabił Karen i Alice, jego żonę i córkę, doktor David Hunter ucieka z Londynu i odwraca się plecami do całej swojej przeszłości. Osiedla się w hrabstwie Norfolk, w bukolicznej, sielankowej wsi Manham.

    Dotknięty stałym wspomnieniem tego, co stracił i pytaniami, na które nie może odpowiedzieć, David nie żyje długo w samotnej egzystencji. Dzieje się tak, gdy wraz ze swoim pracodawcą i przyjacielem, paraplegikiem Henrym Maitlandem, musi przywrócić do działania swój poprzedni zawód. Tak oto David Hunter ponownie staje się specjalistą do spraw antropologii sądowej w celu rozwiązania zagadkowej serii makabrycznych morderstw.

    Pewnego ranka, rozkładające się ciało kobiety, Sally Palmer, zostaje znalezione przez dwóch młodych chłopców. Odkrycie ma miejsce na obrzeżach zatopionego przez bagna płytkiego jeziora nieopodal wsi. Jej ciało zostało brutalnie zniszczone, dwa głębokie nacięcia znajdują się po obu stronach kręgosłupa. W ranie znajduje się para białych skrzydeł łabędzia.

    David, oczywiście, nic nie czuje, poza litością dla okaleczonego ciała. Sytuacja zmienia się, kiedy detektyw Mackenzie, który jest oddelegowany do sprawy, prosi go o pomoc w śledztwie. Doktor Hunter waha się, myśląc, że będzie to pogłębiać wspomnienia z jego przeszłości. Ale kiedy David odkrywa, że Sally została bestialsko zamordowana, jako sąsiad czuje się w obowiązku pomóc.

    Tak zaczyna się nużące, frustrujące zadanie składania w całość kilku faktów, które można wyprowadzić z miejsca zbrodni. Gdy inna kobieta znika, wieść szybko rozprzestrzenia się wewnątrz wioski, obracając życie mieszczan i ich myśli z prawie gorączkowe podniecenia w szok i przerażenie.

    Bez pewnego podejrzanego i solidnych dowodów, David musi wykorzystać swoje unikalne umiejętności i wydedukować co tylko potrafi z miejsca zbrodni. Patrząc na takie elementy, jak zawartość żelaza w glebie, robaki i inne owady, które dosłownie żywią się rozkładającymi się szczątkami, jako specjalista do spraw medycyny sądowej zaczyna składać po kawałeczku fragmenty tajemnicy i próbuje rozszyfrować co stało się tym kobietom.

    Kiedy Mackenzie w dalszym ciągu domaga się koherentnych, spójnych odpowiedzi, David znajduje pociechę i ukojenie u Jenny. Ona też jest obca, pochodzi spoza tej okolicy. Gdy wydarzenia zaczynają wymykać się spod kontroli i życie Jenny znajduje się w niebezpieczeństwie, David spostrzega, że jego nieszczęście w przeszłości nakłada się na obecne, zaczyna się ożywienie koszmaru utraty Karen i Alice po raz kolejny.

    „Chemia śmierci” jest brytyjskim kryminałem w najlepszym wydaniu. Czytelnik znajdzie tutaj rzeczy makabryczne, szokujące, ale także atrakcyjne i bardzo wciągające. Autor Simon Beckett nigdy nie ucieka od szczegółowych opis procesu rozpadu i swojej eksploracji przedziału czasu od śmierci, a także zmian, które odbywają się w chemii ciała zaraz po śmierci.

    Kiedy historia zmierza w kierunku przerażającego i wstrzymującego dech w piersiach punktu kulminacyjnego, David zaczyna robić swoje dochodzenie. W jego trakcie, odkrywa, że wróg, morderca tych biednych młodych kobiet, ukrywa się właśnie tam, gdzie najmniej się tego można spodziewać.

    Doświadczenie pokazuje wyraźnie, że dla Davida najmniejsze szczegóły mogą być najważniejsze. On musi o tym wiedzieć, szczególnie, gdy nie ma zamiaru rzucić słów na wiatr. Jego celem jest uratowanie biednej, przerażonej Jenny i przy odrobinie szczęścia, także odkrycie kto mógł popełnić te makabryczne morderstwa.

  75. Grażyna Strumiłowska pisze:

    Wakacje to okres beztroski, słodkiego lenistwa i dobrego nastroju. Wydaje mi się, że na plaże (obojętne Bałtyku czy Morza Śródziemnego) najlepsza będzie Daria Wasiljewna Doncowej. Jest to seria kilku kryminałów z tą samą główną bohaterką. Daria jest detektywem amatorem, mieszka w rezydencji wraz z trochę zwariowaną rodzinka i równie zabawnymi zwięrzętami. O sobie pisze z dużą dozą autoironii i nie sposób jej nie polubić. Wokól niej dzieją się dziwne rzeczy, zawsze trafia na morderstwa i sama rozwiązuje często bardzo zawikłane zagadki. Ciekawe jest również bardzo realistyczne pokazanie postkomunistycznej Rosji.
    Wspaniała, wciagająca i odprężająca lektura. Idealna na urlop.

  76. ola>46 pisze:

    Dla mnie najciekawsza postacią kryminalną jest Jane Marple znana jako Panna Marple .Jest ona detektywem amatorem ,stworzona przez pisarkę Agate Christi.Panna Marple mieszka w małej wiosce Mary Mead .Na pozór jest typową trochę wścibską starą panną .Ale gdy musi się zmierzyć z zagadką kryminalną ,wykazuje niesłychaną bystrość umysłu .Zgodnie z tradycyjnymi wzorcami powieści kryminalnej wprowadza w zakłopotanie stróżów porządku,którzy zajmują się sprawami kryminalnymi .Zawsze znajduje powiązanie między zachowaniem przestępcy a zdarzeniami które zaszły kiedyś w przeszłości .Rozpoznanie motywu którym kierował się przestępca często pomaga jej w odkryciu mordercy.Pozornie rozkojarzona i nieporadna panna Marple myśli przenikliwie i trafnie , stosuje dedukcje ,ma wyobraźnie toteż zawsze zdemaskować zbrodniarza .Motto panny Marple brzmiało “Młodzi myślą że starsi są głupi ale starzy wiedzą że to młodzi są głupi”.Czytając kryminały o pannie Marple odpoczywam i się relaksuję .Mam również wrażenie że siedzę w fotelu przed kominkiem a Agata Christie opowiada mi swoje kryminalne powieści

  77. megeisha pisze:

    mnie wciągnęło ‘Dziesięciu murzynków” Agathy Christie, trzymała mnie w napięciu do samego końca. Dziesięć osób ściągniętych pod różnymi pretekstami przez U.N.Owen’a(fonetycznie brzmi to jako ‘unknown’) do posiadłości na Wyspie Dziesięciu Murzynków (prośba do pewnego policjanta o ochronę podczas imprezy, propozycja odpoczynku dla starszej pani, oferta pracy jako pomoc kuchenna i kelnerstwo dla pary małżeństwa itp).Dziesięć figurek, znikających równolegle z kolejnymi zamordowanymi osobami ginącymi w sposób ściśle opisany w starym wierszyku o Wyspie Dziesięciu Murzynków. Kto zabija? Mnóstwo poszlak, ale żadnej poprawnej odpowiedzi. A zakończenie – ZASKAKUJĄCE ! W życiu nie podejrzewałabym tej osoby, która faktycznie okazała się mordercą. Mistrzowsko zbudowana fabuła i napięcie, czytałam z zapartym tchem do ostatniej strony i wciąż nie mogłam uwierzyć w to co przeczytałam.

  78. Beata Bobko pisze:

    Kryminał to jeden z moich ulubionych gatunków literackich, ponieważ daje mi możliwość wcielenia się na chwilę w rolę detektywa. Pod wpływem czytania kryminałów chciałam w pewnym momencie zostać detektywem sądowym, co do dziś wspominam z uśmiechem na twarzy. Spacerując w świecie zagadkowych zbrodni trafiamy czasami do książek niekoniecznie detektywistycznych. Czytelnik stał się bardziej wymagający i oczekuje od kryminału coraz więcej, dlatego gatunek ten przechodzi stopniową ewolucję.
    Jeśli chodzi o moich ulubieńców w świecie detektywów to z całą pewnością należy do nich Thora, prawniczka wykreowana przez islandzką pisarkę Yrsę Sigurdardottir. Pani prawnik zostaje poproszona przez rodzinę zamordowanego studenta o wyjaśnienie okoliczności jego przedwczesnej śmierci. Thora musi się zmierzyć z okaleczonymi zwłokami studenta, sprawa nie jest jednak łatwa, ciało zostało okaleczone w wyniku makabrycznego rytuału. Dokąd zaprowadzą Thorę ślady i jakie znaczenie dla sprawy ma “Trzeci znak”?
    Pozostając w klimatach skandynawskich pragnę przedstawić Fredrika Drum. Pan Drum jest właścicielem wspaniale prosperującej restauracji, a także koneserem wina. W poszukiwaniu nowych gatunków trunków do swojej restauracji trafia nieoczekiwanie w sam środek dziwnych wydarzeń. Jednak czy Fredrik Drum to naprawdę detektyw? A może Fredrik nigdy nie istniał, i był wytworem wyobraźni autora? A może powstał w innym umyśle? Odpowiedzi na te pytania szukajcie w serii “Krew i wino” Gerta Godenga, z całą pewnością nie brak w niej humoru i ciekawych zwrotów akcji.
    Jeśli zaś chodzi o kanon klasyków to zawsze chylę czoła przed Sherlock’iem Holmes’em, cynicznym detektywem, którego umysł i język są ostre niczym brzytwa. Scotland Yard ma z nim na pieńku, ponieważ często podważa on ich autorytet, wskazując innego sprawcę niż podejrzany. Któż by się jednak mógł kłócić z jego logiką? Sir Artur Conan Doyle zachwyca nas od 1887 roku, a jego bohater jest słynny na całym świecie, a sam autor uważany jest za króla kryminału.
    Kto jest królową? Moim zdaniem na to miano zasługuje Agatha Christie. Ekscentryczny Hercules Poirot, przez samą autorkę uważany za nieznośnego oraz sympatyczna starsza panna Marple detektyw – amator. Panna Marple obala każdy mit dotyczący miłej staruszki. Choć niepozorna, ma tajną broń – błyskotliwy umysł. Obie postaci Agathy Christie choć bardzo od siebie różne mają jedną cechę wspólną, rozwiązują nawet najtrudniejsze zagadki, zachwycając pokolenia czytelników.
    Wiele osób się ze mną nie zgodzi, ale za detektywa uważam także Sookie Stackhouse, ponieważ ostatnio sięgam więcej do literatury z kłami. Dlaczego Sookie? Cóż z pozoru to zwykła kelnerka z małego prowincjonalnego miasteczka, jednak ma ona rzadki dar, który nie raz wplątuje ją w tarapaty – jest telepatką i potrafi czytać w myślach ludzi i zmiennokształtnych. Gdy o jej nietypowym talencie dowiadują się wampiry, staje się ona ich prywatnym detektywem/wykrywaczem kłamstw. Praca dla wampirów ma dwie zalety, jest dobrze płatna i nie można im czytać w myślach.
    Przez kryminały nie raz obrażali się na mnie znajomi, bo byłam tak pochłonięta czytaniem, że zapominałam o umówionych spotkaniach, bądź odmawiałam, byle tylko dowiedzieć się kto zabił. Ilu z nas poza drobnym rozczarowaniem wynikającym z przedwczesnego rozwikłania książkowej tajemnicy czuło dumę ze swojego dokonania? No i jak często, gdy w telewizji pojawiają się doniesienia o niewyjaśnionej zbrodni zapalony miłośnik kryminałów wzdycha “Ach, gdyby był tu detektyw…”.
    W tym krótkim opracowaniu trudno przytoczyć wszystkie moje ulubione postaci, ale mam nadzieję, że z tymi, które wymieniłam ktoś zechce się zaprzyjaźnić na wakacjach. Miłego czytania.

  79. Adela pisze:

    Byłem boyem hotelowym w Pera Palas w Stambule. Pilnowałem, aby goście z czwartego pietra zawsze otrzymywali na czas angielską herbatę. Tamtego listopadowego poranka zobaczyłem ją, jak wymyka się z pokoju numer 411, owinięta w kwef. Pomyślałem, że idzie popatrzyć na fale Bosforu, czy chce coś kupić na Grand Bazaar. Nigdy nie prosiła o to obsługi hotelowej. Zawsze sama wybierała składniki na bazarze. Ci, którzy jej sprzedawali mówili, że kobieta nie powinna kupować takich rzeczy. Kto wie, komu mogą one skrócić życie.
    Ale wtedy wyszła jakby ukradkiem. Odprowadzałem ją wzrokiem, jak wąskimi i spadzistymi uliczkami dzielnicy francuskiej kierowała się w stronę Złotemu Rogu.
    Gdy wyszła z hotelu zobaczyłem przez okno, że upuściła jakiś drobiazg. Wybiegłem za nią. Na chodniku leżała mała jedwabna torebeczka. Przez materiał wyczułem, że w środku był klucz, zapewne od pokoju 411. Nie zostawiła go na recepcji. Szedłem za nią. Lekko przemknęła przez most Galata i skierowała się w kierunku Nowego Meczetu.
    Stambuł cały tonął we mgle. Znikły w niej minarety Aya Sofii. Była tak gęsta, że tylko odgłos fal w Bosforze, wściekle walących o brzeg przypominał mi, że jesteśmy na krańcu Europy.
    „Na Allacha” pomyślałem – Ona idzie w kierunku stacji. Czyżby oczekiwała kogoś? Za kilka chwil powinien wjechać Orient – Express.
    Nie była już młoda, ale poruszała się bardzo zwinnie i szybko. Z trudnością udało mi się do niej podbiec. Miała zakryta kwefem twarz, ale oczy, które wtedy zobaczyłem, pamiętam do dziś. To były oczy człowieka z innego świata. Kogoś, kto próbował proszków, które można kupić na bazarze. Kto wie, co wtedy widziała.
    - Madame Christie… – szepnąłem.
    Minęła mnie bez słowa. Byliśmy już na stacji. Widziałem tylko jak wsiadała do wagonu.
    Wróciłem do Pera Palas Hotel. Cichutko wślizgnąłem się do pokoju 411 i odłożyłem torebeczkę z kluczem do schowka za drzwiami.
    Zaczęli jej szukać pod wieczór.
    Wróciła po jedenastu dniach. Zobaczyłem, jak lekko przemykała uliczkami w górę, do hotelu. Otworzyłem drzwi do pokoju 411 i pobiegłem do kuchni po herbatę dla madame.
    A potem przeczytałem o tej strasznej zbrodni w pociągu.

  80. tajga pisze:

    “Tańczący Trumniarz” Jeffery Deaver
    Płatny zabójca likwiduje swoje cele,zawsze w inny sposób, robi to szybko i znika bez śladu. Tylko jedna ofiara przed śmiercią zdradza charakterystyczny szczegół, mianowicie tatuaż na ramieniu mordercy. Śmierć tańcząca z kobietą przed otwartą trumną. Sprawę prowadzi gwiazda nowojorskiej policji, detektyw Lincoln Rhyme. Trafił na godnego siebie przeciwnika który działa konsekwentnie i zawsze kończy zadanie. Giną kolejne osoby i nadal jest drobny (ale istotny fakt) który umyka Lincolnowi. W końcu udaje się ująć sprawcę tyle, że … martwego. Zaczyna się pościg za prawdziwym Tańczącym Trumniarzem. Został do zlikwidowania jeszcze jeden cel, zamknięty w twierdzy nie do zdobycia.

    W wypadku tej książki mamy kilka morderstw na wakacje, do tego przeprowadzonych w taki sposób, że nie sposób przewidzieć co zabójca zrobi następnym razem. Przez większą część książki nawet nie podejrzewałam takiego rozwiązania, a było ono genialne. Jest nim Stephen Kall, ma on jednak obsesje na punkcie robaków, wszędzie je widzi i bezustannie myje ręce. Pytacie jak może być tym rozwiązaniem? Bardzo prosto. Zostaje wynajęty płatny zabójca, za bardzo duże pieniądze. Wynajmuje do tej roboty podwykonawce za mniejsza sumę, a sam nad wszystkim czuwa. Dzięki temu, jest zawsze krok przed wszystkimi, nikt nie podejrzewa nawet nadprogramowej osoby, które jest między nimi taki lis w kurniku. W końcu zabija Stephena, który w jakiś pokrętny sposób wzbudził moją sympatię a w końcu litość.

    Sprawiedliwości staj się jednak za dość i Trumniarz zostaje złapany, co prawda zabija po drodze kilku agentów w dość spektakularny sposób.
    Nie można też nie docenić jego inteligencji, sprytu i ani grama skruchy.

  81. Mateusz pisze:

    Jim Qwilleran, Qwill… Człowiek niemłody i niestary. Nieżonaty, ale też i niesamotny. Niegłupi, choć często nieporadny. Były mieszkaniec wielkiego miasta, posiadacz dwóch syjamskich kotów, miłośnik życia. Ale życia na własnych zasadach. No i tropiciel zbrodni. Zbrodnia narzuca mu się często. Mieszkając na dalekiej północy USA, w hrabstwie Moose Country, odsunął się od zgiełku cywilizacji, ale i tam zbrodnia okazuję się być często obecna. A Qwill, między pisaniem jednego i drugiego felietonu do miejscowej gazety, prowadzeniem fundacji charytatywnej i zabijaniem nudy, rozwiązuje zgadki morderstw. Niezasłużony dziedzic fortuny, której nie umie wydawać. W stosunku do kobiet dość wycofany, sterowalny. Otaczający życzliwą opieką młodszych. I najważniejsze – toczony łagodną obsesją konieczności bycia potrzebnym. Tacy ludzie zawsze są i doceniani i wykorzystywani. Tak też jest z Qwillem, ale on się z tym godzi. Mieszanina fatalizmu i pogody ducha to jego znak rozpoznawczy. I nic to, że rozwiązania wszystkich zagadek kryminalnych, podpowiada mu zawsze jego kot – Koko. Qwill godzi się z tą rolą wiecznego doktora Watsona. Ale ma nad dużą częścią detektywów książkowych ogromną przewagę. Ciepło się o nim myśli, po odłożeniu książki. To nie jest upiorny cham, jak Eberhard Mock, intelektualny narcyz, jak Holmes, genialny racjonalista, jak Erast Pietrowicz Fandorin, czy wreszcie demaskator i miecz sprawiedliwości w typie Mikaela Blomkvista. Jimowi Qwilleranowi wdziękiem bliżej już do panny Marple, choć nie jest takim urodzonym manipulatorem. Jego przygody są pochwałą dżentelmeństwa w takim codziennym, niekłopotliwym wydaniu. Nie ma w tym bohaterze żadnej rozbuchanej cechy, która odbierałaby mu autentyzm. Nie jest w niczym naj. Ot, zwykły, choć bardzo majętny, intelektualista koło pięćdziesiątki. 30 tomów jego przygód to dzieło życia Lilian Jackson Braun. Zmarłej w tym roku, w wieku 97 lat, amerykańskiej pisarki. Warto pamiętać to nazwisko. Będąc w sumie na uboczu kultury powieści kryminalnej, stworzyła jednego z najfajniejszych jej bohaterów.

  82. Joanka pisze:

    Magnus Utvik skomentował to tak:”Nie zawracajcie sobie głowy Stiegiem Larssonem, Kallentoft jest lepszy”. I tak zaczeła się moja przygoda z komisarz Fors i mroczną stroną zła. Na zewnątrz upały a ja pogrążona w mrocznej, wzruszającej historii mroźnej skandynawskiej zimy.”Ofiara w środku zimy” – powieść trzymająca w napięciu i zaskoczeniu do samego końca. Kto z nas wie jak jest po śmierci, co czujemy, co nas trapi a co cieszy? Czy pomagamy (tam z góry) naprowadzić do schwytania sprawcy, który pozbawił nas życia. Te wsyzstkie refleksje znajdziemy właśnie w powieściach Monsa Kallentofta. Do celu doprowadzi nas zwyczajna pani komisarz ze swoimi problemami, rozterkami, obawami matka samotnie wychowująca nastoletnią córkę. Jest jakaś magia w czytaniu i chęci poznania kolejnych losów bohaterów, bo szybko sięgnęłam po “Śmierć letnią porą”. Tu zło zagościło od pierwszych stron, temat bardzo na czasie wakacje, morze, przygoda. Młode dziewczyny dopiero na początku drogi w dorosłość i to zło czające się wszędzie. Ciekawe jest to, że nie dostrzegamy go w codziennym życiu lub nie chcemy dostrzegać, a ono pojawia się zawsze niespodziewanie.Pani komisarz musi radzić sobie zawodowo jak i przywatnie, być czujna i zawsze gotowa. Historie z wplątanymi relacjami ofiar potęgują doznania niesamowitości i zastanowienia się nie tylko nad sobą.

  83. chmieluchna pisze:

    Któż rzekł, że tylko człowiek zdolny dopuścić się zbrodni?! Otóż idąc tym tropem szybko zgubimy wszelkie poszlaki. Zatrzymaj się! Spójrz w niebo, ponad gwiazdy, tam znajdziesz odpowiedź. Zapomnij o tym co przyziemne i pozwól sobie wejrzeć głębiej.
    Anioły które wykazują bardzo ludzkie cechy. Odwiedzają miejsca o wiele bardziej rozrywkowe niż cukiernia. Bywają brutalne, podstępne, złośliwe, chamskie i nawet zepsute do szpiku kości. Nie stronią od intryg. Dla wyższego celu skłonni zaprzedać duszę panu Ciemności. Co gorsza są „BezPańskie” Bóg pozostawił je samym sobie. Chaos nie ma prawa bytu, by nie siać paniki trzeba dopuścić się drobnych kłamstw. Czy zatem nie są podejrzani? Nie mogą dopuścić się zbrodni?
    Zbrodnia doskonała to zbrodnia cicha, nie ma żadnych poszlak- trafia na półkę ze sprawami niedokończonymi i niewyjaśnionymi, ale czy zbrodnia masowa, przerzedzająca armie pana Ciemności, czyż nie jest zbrodnią? Jest.. a potrzeba tu czegoś więcej niż podstępu, potrzeba tu nie lada sprytu i inteligencji, a także poświęcenia. Czy zwykły anioł mógł się tego dopuścić? Za sprawą ‘drobnej’ magii było to możliwe. Anioł i Demon w jednej postaci. Siejący postrach Tańczący na Zgliszczach, On jeden- Daimon- dopuścił się czynu niegodnego anioła. Pozwolił sobie sięgnąć po Złoty klucz, klucz którego dotykał sam Bóg- Pan Jasności. Uznany za zbrodniarza- chcąc ocalić królestwo przed armią Ciemności. Wykradł klucz i przekręcając w powietrzu otworzył czeluść, bezdenną czeluść poza czasem i wymiarami. To historia jak bohater który uratował niebo przed Cieniem, Antykreatorem przed Złem.. został Świętokradcą i mordercą, skazany na śmierć, wskrzeszony przez samego Boga, stał się Burzycielem Światów, aniołem-demonem, jedyna istotą która mierzyć mogła się z Panem Ciemności. (To niejedna ze zbrodni na jaką natknąć się możemy w książce „Siewca Wiatru”)

  84. Iz pisze:

    Potężny mężczyzna o zmasakrowanej twarzy, którą ukrywa pod jedwabną maską. Gruboskórny, nieokrzesany, czasem nawet prostacki. Subtelny, wrażliwy, delikatny, czuły. Ponad przeciętnie inteligentny, wykształcony i oczytany. Irytująco pewny siebie, swojej nieomylności i siły fizycznej. Ma słabość do używek i prostytutek, które go uwielbiają. Złożony z samych sprzeczności, budzi sprzeczne emocje.
    Drażni i jest antypatyczny, a mimo to nie można przestać czytać powieści z nim w roli głównej. Eberhard Mock, czarny anioł, którego przeznaczeniem jest Breslau.

  85. a3nn pisze:

    Świat pokryty białą, złowieszczą peleryną śniegu, świat, w którym niepokój przesłania naturalny rytm życia. Tajemnica, chaos i nieporadność, te słowa są ciągle aktualne. Nikt nie może być pewny swojego jutra, zwłaszcza młode kobiety. Młode kobiety, które nie są dość czujne. A on tylko na to czeka. Wypatruje idealnej ofiary, przez tygodnie, miesiące lub lata. Działa bardzo ostrożnie i precyzyjnie. Powoduje jej wypadek samochodowy w leśnej głuszy. Trzask rozdzieranego metalu, odgłosy tłuczonego szkła i krzyk. Jej ból i przerażenie, skłania ją ku temu, aby mu zaufać. Pierwszy podstawowy błąd. Następnie on otacza ją opieką i troską, manipuluje nią w ten sposób, że ofiara uważa, że jest on jej dobrym stróżem, na którego może liczyć i zawdzięcza mu życie. Czy to nie podejrzane, że trzyma ją w miejscu, o którym nikt nie wie i nigdy nie odnalazł? Czy nie dziwi jej, że przez kilka tygodni widzi wyłącznie jego twarz? Ale takie pytania nie padają na głos. W tym momencie następuje jego ulubiony krok, którym będzie się rozkoszował. Nadszedł czas. Zabiera kobietę do lasu; jest ona pod wpływem pigułki gwałtu, nie kojarzy od razu co się z nią dzieje, a co najważniejsze – to co się stanie. Rozbiera ją i nagą przywiązuje do drzewa. Sznury wbijają się w jej ciało aż do krwi. A teraz on nacieszy tym widokiem swoje oczy. Mimo mrozu i śniegu spadającego na jej ciało, cała drży ze strachu, z niewiedzy i z okrutnego losu, który ją spotkał. Serce bije jak oszalałe, nie może się ruszyć, nie może nic zrobić. Błaga go o litość, krzyczy, łzy uciekają po jej policzkach. Ale jego to bawi, śmieje się jej w twarz. Co z tego, że zedrze sobie gardło, co jej pozostało? Jego wzrok pali ją i upokarza, nigdy nie czuła się gorzej niż w obecnej chwili. W jej ostatnich chwilach życia… To koniec, zaraz nadejdzie koniec, komunikuje jej ten, o którym kiedykolwiek zdołała pomyśleć, że jest dobrym człowiekiem. Morderca. Jak mogła to zrobić, jak mogła być taka ślepa, nieostrożna i głupia? A teraz umrze, mając przed sobą krajobraz bieli. Ale ta biel niebawem straci swój blask, zaniknie razem z nią, w gorzkim żalu i tępym bólu.

    Lisa Jackson – “Dolina strachu”

  86. MIK pisze:

    Kochający życie ale zafascynowany i całowicie pochłonięty śmiercią, która nie raz ukazała mu swoje straszne oblicze oraz dotkliwie odcisneła piętno na jego życiu osobistym.
    Mijając go na ulicy można by powiedziec, że to całkiem zwyczajny i sympatyczny człowiek, można podać mu ręke, przywitać się, wymienić przyjacielski pocałunek czy uścisk i nikt nie zwróciłby uwagi że temu człowiekowi cały czas towarzyszy śmierć w swoim najokrtuniejszym ale zarazem najbardziej naturalnym i biologicznym znaczeniu. On zna naturę śmierci, zna jej duszę, zna jej każdy krok.
    Zwykły człowiek grający ze śmiercią w gry do których scenariusze piszą szaleńcy, zwykły człowiek dla którego sierć jest czymś strasznym, czymś z czym, trudno się pogodzić, czymś co nie raz go zaskoczyło swoją nieprzwidywalonością ale za razem jest czymś zwykłym i codziennym. On wstaje rano, bierze kąpiel, ubiera się, je śniadanie i idzie do pracy ze śmiercią…to doktor David Hunter, antropolog sądowy z powieści Simona Becketta.

  87. Łukasz K. pisze:

    Wizyta pewnego Polaka

    - Sherlocku Holmesie, nie mogę patrzeć jak się trujesz – rzekłem do swojego przyjaciela, gdy zauważyłem jak zawija opaskę uciskową na swoim ramieniu, a na stole leży przygotowana strzykawka z kokainą.
    - Mój drogi Watsonie, wiesz, że mój mózg nie cierpi monotonii i braku rozrywki, dlatego moje zabiegi nie są bezpodstawne i służą mi pomocą. Ty ostatnio także przyjmujesz mało pacjentów i cierpisz z powodu nudy. Powinieneś spróbować tego co ja – zachęcał mnie do złego ze swoim szelmowskim uśmiechem na twarzy.
    - O nie, mój drogi, na pewno nie!- stanowczo odmówiłem.
    - Ty i te twoje głupie przesądy. Skoro tak uważasz to pogrążaj się dalej w nudzie – odparł rozsiadając się wygodnie w fotelu i przymykając oczy. Kokaina płynęła już w jego żyłach.
    Gdy Sherlock wciąż był w stanie kokainowego letargu, a ja czytałem popołudniowe wydanie gazety do naszego pokoju weszła pani Hudson z wizytówką gościa, który przed chwilą zapukał do drzwi naszego domu przy Baker Street.
    - Feliks Przesmycki – przeczytałem na głos, nie bez trudu, personalia naszego gościa, słysząc jednocześnie jak ten wchodzi już po schodach. Po chwili w drzwiach stanął około czterdziestoletni niski mężczyzna, z bujnym czarnym wąsem i dziwnie rozbieganymi małymi oczkami. Zza wąsów ujrzałem cienkie wąskie usta, które uśmiechały się w moją stronę.
    - Dzień dobry, czy mam przyjemność ze znanym w całej Europie detektywem Sherlockiem Holmesem? – skierował do mnie pytanie nasz gość.
    - Jestem doktor Watson, osoba której pan szuka siedzi w tamtym fotelu – wskazałem na przyjaciela, który powoli odzyskiwał pełną świadomość.
    - Czy pan Sherlock jest chory? Jeśli tak to przyjdę w innym terminie, mimo iż mam bardzo pilną sprawę – oznajmił nasz gość widząc strzykawkę i opaskę uciskową leżącą na stoliku obok fotela.
    - Nie, nie. Niech pan zechce spocząć na kanapie. Mój przyjaciel jest zdrów jak ryba, a pana przyjście z pewnością go ucieszy – powiedziałem mając nadzieję, że ten ciekawy osobnik przyszedł do nas z jakąś zagadką, która pozwoli zająć mózg mojego przyjaciela i zastąpi mu w ten sposób kokainę.
    - Otóż panowie, nazywam się Feliks Przesmycki i jestem Polakiem – przedstawił się nasz gość, który swoje słowa kierował już teraz właściwie tylko do Holmesa. – Urodziłem się w 1851 roku w Warszawie. Trzynaście lat później wraz z moją rodziną przybyłem do waszego pięknego kraju. Mój tata zadbał o moje wykształcenie, dlatego teraz mogę się poszczycić tytułem doktora filozofii, który zdobyłem na… – nasz gość przerwał swoją przemowę, gdyż spostrzegł, że Holmes przygląda mu się badawczo i zerka na jego buty i ubiór.
    - Proszę kontynuować – odparł spokojnym tonem Sherlock.
    - …który zdobyłem na Uniwersytecie Londyńskim… Ma pan rację panie Holmes, nie będę już pana dłużej zanudzał opowiadaniem swojego życiorysu, tylko przejdę od razu do powodu mojej dzisiejszej wizyty. Otóż mam bardzo poważny problem, który od bardzo długiego czasu zaprząta mój umysł i nie pozwala spokojnie przespać nocy. Musi mi pan pomóc panie Holmes, musi mi pan pomóc odnaleźć na mapie mój ojczysty kraj, Polskę…
    O mało nie upuściłem fajki, kiedy usłyszałem co powiedział przybyły do nas Polak, jednak jeszcze bardziej zaskoczyła mnie odpowiedź Sherlocka.
    - Oczywiście. To będzie dla mnie wielka przyjemność. Wszystko wskazuje na to, że będzie to niezwykle zajmująca i ciekawa sprawa. Z pewnością trafi na należne jej miejsce w twoich kronikach Watsonie, prawda? – z niepokojem wysłuchałem słów Holmesa, nie będąc do końca pewnym czy działanie kokainy na pewno już minęło. Jego oczy były jednak wyjątkowo trzeźwe i bystre. Wiedział co mówi.
    - Tak – odparłem, czekając jednocześnie z napięciem co też knuje mój drogi przyjaciel…

    • Aleksandra Owczarzak pisze:

      Wiecie kto zabija dla 50 dolarów, lornetki i radia?
      Wiecie kto zabija dla tych dóbr materialnych całą rodziną?
      Matkę, ojca, córkę, syna…
      Psychopaci. Recydywiści.
      Perfekcyjny plan okazał się horrorem dla rodziny, mieszkańców i morderców.
      To miał być zwykły napad na farmę…
      Zły czas i złe miejsce. Śmierć małżeństwa. Śmierć dwójki nastolatków. Śmierć dwóch recydywistów.
      To nie wybujała wyobraźnia autora, ani też niepojęta wena twórcza powieściopisarza.
      To realia 1959 roku w River Valley Farm.
      To prawda co mówią… życie pisze najlepsze scenariusze.
      Polecam książkę „Z zimną krwią” Trumana Capote’a

  88. talila pisze:

    Było dość późno. Słońce chyliło się ku zachodowi kończąc tym samym codzienną mozolną wędrówkę tylko po to, aby jutro rozpocząć ją na nowo.
    Stała przed drzwiami już od trzech minut i nie wiedziała co ma zrobić – co powiedzieć, jak już wejdzie, jak się zachować. Obawiała się tak po prostu wkroczyć do królestwa tego ekscentrycznego i genialnego człowieka, który jak słyszała, obserwując swego gościa potrafił odkryć jego największe i najbardziej skrywane sekrety. Ta myśl ją przerażała. Zajrzała przez dziurkę od klucza. W pierwszym momencie nie zobaczyła zbyt wiele. W pokoju panował delikatny półmrok rozpraszany jedynie słabym blaskiem lampy. Ogólne zadymienie, które jak oceniła było najpewniej spowodowane paleniem przez właściciela tegoż przybytku zbyt dużych ilości tytoniu, również gmatwało jej widok. Nie myliła się w ocenie namiętności lokatora. W rogu pokoju dostrzegła, na tle niezasłoniętego jeszcze okna, wydobywające się znad fotela kłębki dymu. Gdy jej oczy przyzwyczaiły się do panującego półmroku zobaczyła również fajkę, z której ów dym się wydobywał i szczupłą sylwetkę, która pieczołowicie dzierżyła ową fajkę w swej dłoni. Na kolanach miał niedbale rozłożone pokaźnych rozmiarów rzekome dzieło jakiegoś pisarczyka, które kartkował z nieukrywaną niechęcią. Zauważyła również, że postać koncentruje się na dymie a nie na opasłym dziele.
    Holmes, znudzony lekturą, siedział w swoim ulubionym fotelu i rozmyślał o sprawach, które udało mu się rozwiązać, o wszystkich hochsztaplerach i łupieżcach, których złapał. Z rozmyślań wyrwała go, niczym z błogiego snu, jego niezawodna intuicja podpowiadając, że ktoś stoi za drzwiami. Holmes nie mógł się powstrzymać – odchrząknął i rzucił ironicznym, donośnym głosem:
    - jeśli wielmożna Pani w swej łaskawości zechce choć lekko uchylić drzwi to zobaczy o wiele więcej niż z perspektywy dziurki od klucza.
    Jego głos był wysoki i szybki. Przeszył istniejącą ciszę i pozostawił zamęt.
    Stojąca w skupieniu przy drzwiach kobieta gwałtownie szarpnęła się do tyłu i już chciała uciec zabierając ze sobą wstyd i zmieszanie w jaki wprawił ją detektyw ale w ostatniej chwili opamiętała się. Przypomniała sobie po co tu przyszła i nieśmiało z cichym skrzypnięciem uchyliła drzwi.
    Holmes zapalił drugą lampę. W tym świetle miała zdecydowanie lepszy widok. Zegar cicho tykał.
    Jej oczom ukazał się mężczyzna w średnim wieku o niezwykle szczupłej sylwetce i pociągłej twarzy. Miał wysokie wieszczące dużą inteligencję czoło, wąski orli nos będący znakiem inicjatywy, mocnego charakteru i zdolności przywódczych oraz czarne włosy i krzaczaste brwi oznaczające upór i bezwzględność. Zniżyła wzrok i jej oczom ukazały się jego pełne usta, które przyprawiły ją o lekki zawrót głowy. Nie pozwolił jej myślom zbyt długo szybować w przestworzach. Jego stalowoszare przeszywające wszystko oczy sprowadziły ją bardzo szybko na ziemię. Mimo tego wydawał się być do niej przyjacielsko nastawiony.
    Spokojnym i opanowanym głosem poprosił aby usiadła wskazując na drugi fotel. Oczywiście usiadła.
    Wyglądała jak lekko spłoszona łania. Jej serce powoli się uspakajało – przechodziło z szybkiego galopu do wolniejszego kłusu, aby po chwili wejść w zwyczajowy stęp. Gdy już się całkiem uspokoiła pomyślała „raz kozie śmierć” i podała mu zalakowaną kremową kopertę. Wziął ją zdecydowanym ruchem dłoni. Zerwał pieczęć, szybko wyjął zawartość i zaczął czytać.
    Korzystając z chwili przerwy zwróciła uwagę na jego długie i smukłe palce – zadała sobie w duchu pytanie – czyżby był artystą? Onieśmielał ją dość ekscentryczny szlafrok jaki miał na sobie. Słyszała, jak mówili o nim w niektórych kręgach, że jest dziwakiem, że to bałaganiarz ze znamionami szaleństwa. Istotnie w pomieszczeniu panował nieład. Zamyśliła się – jej myśli błądziły wokół opinii wygłaszanych o Holmesie. Przypomniała sobie jak jej mówili, że równie dobrze posługuje się myśleniem dedukcyjno-analitycznym co pięściami – to ją zdziwiło. Nie mogła sobie wyobrazić jak takie delikatne dłonie i smukłe palce mogą zadawać niszczycielskie ciosy na ringu, którego podobno był pasjonatem. Z głębi umysłu wydobyła również pewną zasłyszaną całkiem niedawno plotkę wg której to Holmes lubił się przebierać – w to akurat była skłonna uwierzyć patrząc na jego obecny strój.
    To Poirot poradził jej, żeby udała się do Holmesa, że jeżeli jest ktoś, kto może jej pomóc to tylko on. Tylko on ma niekonwencjonalne ale nader skuteczne metody pracy, które do rozwiązania tej sprawy są niezbędne – tak jej powiedział.
    Holmes skończył czytać list. Jego prawa brew delikatnie się uniosła. Uśmiechnął się do niej domyśliwszy się kto ją tu przysłał – enigmatyczny detektyw Poirot, który ukrócił zamiary niejednego chuligana, lecz z tą sprawą widocznie sobie nie poradził.
    Z wielką kurtuazją zwrócił się do kobiety – oczywiście pomogę Pani.
    I w ten sposób zaczęła się ich wielka i ekscytująca przygoda.

  89. Kocurzyca pisze:

    Kryminał.. Dobry Kryminał to taki który trzyma w napięciu do samego końca i taki do którego często wraca się myslą. Jestem oczarowana książkami Pani Agathy Christie. Ma bardzo intrygujący sposób pisania i wymyśla postacie które, (myślę) będą mi towarzyszyć do kresu mojeo życia.

    Jeden z takich bohaterów to Herkules Poirot. Pochodzi z Belgii. Na początku kariery pracował na posterunku policji, jako oficer. Później przeprowadził się do Anglii i rozpoczął działalnośc na własna ręke, czyli jako prywatny detektyw.
    Posiada parę znaków rozpoznawczych, dzięki którym ktoś kto mało zna naszego detektywa rozpozna go w np. filmie. Napewno są to jego wąsy które są jego nieodłącznym atrybutem. Musi je co jakis czas podkręcać. Jest także jego słynna pedantyczność, która nieraz mocno mnie irytowała. Nieraz musiał poczekać z wyjaśnieniem zagadki by przesunąć np. jakis wazon. Zauważyłam jeszcze że gdy jest blisko rozwiązania zagadki jego kocie oczy zaczynają iskrzyć. Ha, i jeszcze te jego lakierki, nieraz rozpaczał na ich stanem np. w Rendez-vous ze śmiercią gdy warunki nie dawały możliwosci dbania o nie.
    Jego sposób na złapanie przestępcy to użycie jedynie szarych komórek. Potrafi rozwiązać zbrodnie nie ruszając się z fotela.

    Monsieur Poirot jest moim ulubionym dedektywem, choć przyznam czasami strasznie mnie irytuje. Jednak już roztoczył wokół siebie taką aurę że gdy tylko usłyszę jakiś wyraz podobny do imienia lub nazwiska naszej postaci od razu powróce myslami do książek pani Agathy Christie.

  90. Agnes pisze:

    Niebo zasnute szarym płótnem a w oknach odbite płomienie kominka. Tak ją widzę i tak ją czuję. Lekko przygarbiona , idąca powoli i czujnym okiem notująca każdy szczegół. Sukienka sąsiadki, nowy kochanek żony pastora czy pęknięta szyba w sklepiku z tytoniem. Drobiazgi, detale, szczegóły to świat starszej damy, która dziś musiałaby siedzieć w domu aby nie psuć widoku młodym i pięknym , a w dziełach Agathy Christie działała, pracowała, żyła pełnią życia zawstydzając tęgie umysły detektywów.Podziwiam pannę Marple nie za to że jest bystra czy elokwentna , ale za to że robi to co chce i jak chce. Nie ma dla niej granic , wyznaczonych przez grządki ogródka i nie ma dla niej limitów stworzonych przez społeczeństwo.Są jedynie zagadki, przygody, ludzie i chęć ich poznania. Za tą chęcią dumnie kroczy wybitny umysł, przyjazny uśmiech i analiza detali.Oto cała panna Marple, która jedną ręką unosi filiżankę Earl Grey a drugą wskazuje mordercę. Stara panna i dama , filuterna starsza pani której żaden młodzieniec nie pokona bo jakże by śmiał.Jest to bohaterka bezkompromisowa , pokazująca jak można korzystać z życia mając lat więcej niż 20, jak spełniać się każdego dnia i cieszyć z tego że zakwitły róże a nalewka jest wyborna. Bo któż powiedział, że detektyw musi palić cygara, pić i bić. Któż zaprzeczy, że Jane Marple to po prostu mistrz.

  91. andrzej0791 pisze:

    Dlugo sie zastanawialem o czym by tu napisac i po namysle postanowilem zachecic Was do poznania Shana Tao Yuna.Kto to taki?Do niedawna tez o nim nie slyszalem,ale teraz moge z czystym sumieniem stwierdzic,ze jeszcze nigdy nie spotkalem na kartach ksiazek kryminalnych tak fascynujacej postaci.
    Shan to postac cyklu ksiazek Eliota Pattisona,ktorych w Polsce ukazalo sie do tej pory szesc:
    “Mantra czaszki”
    “Kosciana gora”
    “Woda omywa kamien”
    “Piekne duchy”
    “Modlitwa smoka”
    “Pan smierci”.
    Akcja kazdej z nich toczy sie w okupowanym przez Chiny Tybecie,a Shan jest ich glownym bohaterem.Jest to postac wyjatkowa.Byl on inspektorem elitarnego wydzialu chinskiej policji i zajmowal sie najpowazniejszymi sledztwami w stolicy Chin-Pekinie.Kiedy podczas jednego z dochodzen wpadl na trop gigantycznej afery korupcyjnej w ktora zamieszany byl czlonek rzadu,zostaje aresztowany i przewieziony do jednego z tak zwanych obozow reedukacyjnych.Obozy te,to w zasadzie chinski odpowiednik hitlerowskich obozow koncentracyjnych,w ktorych zycie ludzkie nie odgrywa wiekszej roli.Oprocz kryminalistow przebywaja w nich glownie tybetanscy mnisi i lamowie,ktorych jedyna zbrodnia jest fakt wyznawania buddyzmu i przywiazanie do tradycji i kultury.Za samo posiadanie zdjecia Dalajlamy,trafia sie do takiego “sanatorium”na kilka lat.Shan zgodnie z wytycznymi osob ktorym sie narazil,w takim miejscu ma przebywac do smierci.
    W obozie przechodzi swoista przemiane.Z aparatczyka systemu ktorym byl w Pekinie,staje sie czlowiekiem,ktory zaczyna doceniac sile buddyzmu.Jego podziw budza mnisi,ktorzy na przemoc,agresje i ponizenie reaguja pogoda ducha i miloscia.Wlasnie w takich okolicznosciach poznajemy go w “Mantrze czaszki”,gdzie wiezniowie znajduja zwloki pozbawione glowy.Wszystko wskazuje,ze zamordowanym jest obcokrajowiec.Dlatego okrutny i bezwzgledny zarzadca okregu Lhadrung-pulkownik Tan,chce zamknac sprawe przed przybyciem grupy zachodnich turystow.Sytuacje pogarsza fakt,iz wiezniowie z przyczyn religijnych odmawiaja przymusowej pracy.A to oznacza krwawy odwet wladz.Pulkownik Tan zdaje sobie sprawe,ze masakra wiezniow pociagnie za soba wybuch buntu miejscowej ludnosci,ato wiaze sie dla niego z powaznymi klopotami w Pekinie-degradacja,a moze nawet aresztowaniem.Powierza wiec sledztwo Shanowi,stawiajac mu jednoczesnie ultimatum.Ma je zakonczyc szybko i “dyplomatycznie”(to znaczy zgodnie z interesem wladz),w innym przypadku mnisi z jego brygady zostana surowo ukarani.Shan nie majac wyjscia rozpoczyna dochodzenie aby ratowac przyjaciol.A pierwsze poszlaki wskazuja,ze zabojca jest…buddyjski demon.
    Shan majac do dyspozycji tylko swoj intelekt odkrywa sprawce zbrodni,a w zamian komendant Tan w tajemnicy zwalnia go z obozu.Ale myla sie ci ,ktorzy sadza ze mial szczescie.Shan staje sie wyrzutkiem.Od tej pory,nie majac dokumentow musi sie ukrywac przed wszechobecna chinska sluzbe bezpieczenstwa,majac swiadomosc pewnej smierci w przypadku dostania sie w jej rece.
    W kolejnych tomach cyklu szuka sprawiedliwosci,ktora na tych terenach wydaje sie mrzonka.Stawiane sa przed nim kolejne mroczne zagadki kryminalne,od rozwiazania ktorych zalezec bedzie zycie ni tylko jego samego,ale rowniez wielu niewinnych Tybetanczykow.Sledzimy w nich losy nie tylko Shana,ale tez dwojki jego przyjaciol:lamy Genduna i mnicha Lokesha,ktorych pomimo grozacego mu niebezpieczenstwa chroni wielokrotnie przed aresztowaniem i torturami.
    Musze przyznac,ze Eliot Pattison wykonal kawal dobrej roboty.Zagadki kryminalne w ktorych niebagatelna role odgrywaja tybetanskie wierzenia i obyczaje sa nakreslone w sposob mistrzowski i trzeba sie niezle naglowkowac,aby udalo sie je samemu rozwiklac.Egzotyczna sceneria Tybetu i obraz tragicznej sytuacji rdzennych mieszkancow walczacych o zachowanie wlasnej tradycji,wiary i tozsamosci,to dodatkowy plus jego ksiazek.Autor w nienachalny sposob sprawia,ze poznajemy wiele ciekawostek dotyczacych tego egzotycznego obszaru.
    Aco do samego Shana.Wsytuacji ciaglego zagrozenia oraz jako znienawidzony przez Tybetanczykowprzedstawiciel chinskiego okupanta,ni majac calego zaplecza technicznego ktorym dysponuja inni bohaterowie kryminalow wielokrotnie rozwiazuje zagadki tajemniczych zbrodni.Zbrodni,w ktorych przewijaja sie bezwzgledni chinscy urzednicy,okrutni czlonkowie sluzby bezpieczenstwa,skorumpowani zolnierze czy bezwzgledni przemytnicy.
    Najego korzysc przemawia tez znajomosc metod dzialania chinskich urzednikow,dzieki czemu cytujac Mao Tse Tunga udalo mu sie uwolnic z obozu (po kilkudziesieciu latach przebywania!)swego przyjaciela Lokesha.
    W ksiazkach o Shanie mamy przenikanie sie trzech kultur:tybetanskiej,chinskiej i zachodniej,gdyz w kazdym tomie jednymi z glownych bohaterow sa tez Europejczycy badz Amerykanie.Nie ma jednak czarno-bialej rzeczywistosci i kazda z nacji ma pozytywnych i negatywnych przedstawicieli.
    Eliot Pattison to moim zdaniem pisarz w Polsce niedoceniony-a szkoda,bo swoim kunsztem bije na glowe wiele “goracych”nazwisk autorow kryminalow,glownie nurtu skandynawskiego.
    Dlatego ,jezeli szukacie w kryminale czegos nowego i ozywczego,to goraco zachecam do siegniecia po ktoras z ksiazek jego autorstwa.Na pewno nie bedziecie rozczarowani!Gwarantuje duzo wrazen i emocji!

  92. AnMari pisze:

    Zazwyczaj sięgamy po kryminały, ponieważ chcemy poczuć dreszczyk emocji. Niepewność, wysiłek umysłowy, zagadka – to wszystko kusi. A co, jeśli okazuje się, że podczas czytania płaczemy? I to wcale nie ze wzruszenia. „Wszystko czerwone” – książka polskiej autorki, Joanny Chmielewskiej, wyciśnie z nas morze łez. Łez śmiechu oczywiście! Pojawienie się duńskiego inspektora Muldgaarda zapowiada świetną rozrywkę. „Azali były osoby mrowie a mrowie?” – to pierwsze pytanie, które kieruje do osób zaplątanych w sprawę morderstwa. Dalej jest już tylko lepiej. Bariera językowa okazuje się idealnym tłem do toczących się wydarzeń i wspaniałym źródłem rozrywki. Kalejdoskop barwnych postaci przewijających się przez dom, w którym dokonywane są zbrodnie, z nieco nieudolnym mordercą na czele (próby zabójstwa tylko w jednym przypadku kończą się pomyślnie), mnóstwo niespodziewanych sytuacji, charakterystyczny spokój (żeby nie powiedzieć opieszałość) duńskiej policji – to wszystko sprawia, że oderwanie się od czytania jest naprawdę trudne. Osoby przybyłe do Allerod chciały odpocząć, skorzystać z czasu urlopu, a okazało się, że miały „wakacje z morderstwem”. Zachęcam każdego, by dołączył do tego grona, ale tylko w świecie literatury :). Polecam!

  93. Joanna Wicher pisze:

    Intryga Śmierci

    By

    Joanna Wicher

    Stała przed gmachem uniwersytetu Londyńskiego. W Jednym z jego części mieściła się Akademia detektywów, prowadzona przez młodego, dosyć Nathana Rednighta. Wiele czytała ostatnio o nim w gazetach, o tym jak potrafił za pomocą czystej dedukcji i wnikliwej obserwacji rozwiązać każdą zbrodnię bez chwili wahania. Wspięła się po schodach, a chłodny jesienny wiatr rozwiał jej długie kasztanowe włosy. Pchnęła drzwi i stanęła przy masywnym, dębowym biurku za którym siedziała starsza, siwiejąca już kobieta w okrągłych okularach z brązowymi oprawkami. Uniosła głowę spojrzała w zielone oczy stojącej naprzeciw jej dziewczyny i obdarzywszy ją uprzejmym uśmiechem zapytała:
    - W czym mogę pomóc? – dziewczyna wykrzywiła lekko twarz siląc się na uśmiech.
    - Chciałabym do Pana Rednighta w sprawie przystąpienia do jego nauk – odpowiedziała.
    - Naprawdę? – kobieta zdawała się zdumiona- Jest Panienka pierwszą dziewczyną chcącą dołączyć do tego grona – rozejrzała się na prawo i lewo, po czym przywołała ręką rudowłosego młodzieńca w eleganckich spodniach , białej koszuli i czarnej kamizelce.- Edwardzie zaprowadź Panienkę…- spojrzała na zielonooką brunetkę – Jak Panienki godność?
    - Proszę mi wybaczyć – dziewczyna zarumieniła się lekko – powinnam była się przedstawić. Moje nazwisko – spojrzała ukradkiem na gazetę na biurku – Winstone, Nicole Winstone.
    - Zaprowadź Panienkę Winstone na trzecie piętro.
    - Tędy proszę – młodzieniec wskazał jej schody po prawej stronie, po czym ruszył przodem. Po męczącej wspinaczce po schodach Edward przeprowadził ją labiryntem korytarzy
    - Chcesz zostać jego uczennicą ? – spytał tak nagle, że Nicole przystanęła wystraszona
    - Tak – skłamała- Jest niesamowity – dodała by zabrzmieć przekonująco.
    - Nawet nie wiesz jak bardzo- podtrzymał temat chłopak. Jest tak samo nieprzewidywalny, intrygujący i niepoprawny jak sam mistrz Holmes.
    - tak, tak – przytakiwała.
    Chłopak zatrzymał się przed drzwiami z Machoniu ze złotą plakietką z napisem „Biuro Detektywistyczne Night”.
    – Do zobaczenia na zajęciach – powiedział zostawiając ją. Spoglądała za nim czekając, aż zniknie po czym zapukała i po usłyszeniu cichego „proszę” zajrzała do środka.
    * * *

    Od dwóch miesięcy przesiadywała na wykładach młodego detektywa i choć była bardzo zainteresowana jego naukami głównym problemem było to jak zainteresować go sprawą śmierci rodziców. Minął już rok, a ona nie potrafiła zapomnieć zakrwawionych zwłok ojca, martwego wzroku matki leżącej w kałuży krwi i udawany szloch wuja. Ona wiedziała, że jej rodzice nie padli ofiarami włamywacza, wiedziała dokładnie kto stał za ich zabójstwem, a jedyny człowiek mogący jej pomóc siedział naprzeciw jej za burkiem w szarym surducie , czarnych włosach sięgających lekko za uszy. Twarz miał młodą nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia sześć lat jego niebieskie bystre oczy zdawały się przenikać wszelkie myśli stojącej mu naprzeciw osoby taki właśnie był Nathan Rednight. Gdzieś za oknem rozległ się dzwon Big Bena.
    - Dobrze starczy na dzisiaj – odpowiedział z ciepłym uśmiechem na twarzy. – Przeanalizujcie tę zbrodnię, a jutro opowiecie mi o tym co was zaintrygowało lub w szczególny sposób przykuło waszą uwagę. Dziękuję.
    Uczniowie zaczęli powoli opuszczać salę. Jak zawsze dziewczyna zostawała w tyle tak jakby specjalnie starała się zostać z nim sam na sam, jednak nigdy nie robiła z tego użytku. Zajął się ścieraniem tablicy obserwując ją kątem oka. Od początku miał wrażenie, że nie zajęcia są powodem jej przybycia do niego, nie zachowywała się też jak zakochana idiotka, jakie często spotykał w swoim życiu, zdawała się czegoś chcieć, ale nie wiedzieć jak do tego dojść. Zaiste intrygowała go ta młoda dziewczyna. Wydawała się być panną z dobrego domu. Młodszą od niego o parę- lat gdzieś, około trzech- pomyślał. Miała zawsze schludny i czysty wręcz doskonały ubiór, dobrane do niego ozdoby i starannie upięte włosy. Z jej twarzy biła powaga i duma, ale dostrzegał też smutek i strach kiedy podczas przerw wyglądała za okno.
    - Wszystko w porządku? – zapytał kiedy mijała go szykując się do wyjścia.
    - Ta…tak – zająknęła się zaciskając mocniej książki w swojej dłoni. Doprawdy był to pierwszy raz kiedy się do niego odezwała. Nie dyskutowała na zajęciach z innymi na temat, nie zadawała pytań. Wyszła nim zdołał powiedzieć jeszcze cokolwiek. Wyjrzał za nią ze zmarszczonymi brwiami. Dlaczego coś tak bardzo nie dawało mu spokoju w tej dziewczynie?
    - Kim ty tak naprawdę jesteś Nicole ? – zapytał sam siebie cichym szeptem.
    * * *

    Siedziała w biurze swojego wykładowcy nie wiedziała dlaczego kazał jej zostać po zajęciach , ale czuła, że nie wyniknie z tego nic dobrego. Usłyszała jak otwierają się za nią drzwi. Nie śmiała się odwrócić wiedziała, że to on. Usiadł za swoim biurkiem i spoglądał na nią surowym wzrokiem, sięgnął do szuflady i wyjął z niej pożółkniętą stronę z gazety „The London News”. Dziewczyna pobladła.
    - Wiem, od Pani Evans z biblioteki, że często studiujesz tę stronę w archiwum w sumie, to robisz to dzień, w dzień. Mało tego przeglądnąłem ostatnio twoje akta- zamilkł na chwilę przechylając się lekko w jej stronę – Kim jesteś naprawdę ? – spytał spokojnie.
    - Nie rozumiem co Pan ma na myśli? Mam na imię Nicole Winstone.? – zawołała. Głos jej drżał.
    - Czyżby? Których? – spytał, jakby tylko czekał na to że zaprzeczy. – Tych z piętnastego wieku, a może tych z północnej Korei? Bardzo mili staruszkowie ale nie, nie mają wnucząt.
    - Ja…-nie wiedziała co odpowiedzieć.
    - Tak ? Panienko Sophie Luncuster?
    Spojrzała na niego przerażona.
    - Sprytne nie powiem skorzystać z gazety na pulpicie i już mamy nową tożsamość. Jesteś córką Luncesterów z tego artykułu prawda? Zrobiłaś to, żeby się dostać tutaj, ale co dalej ? Oświeć mnie?
    - Tak…-zaczęła cicho- Ja…Proszę mnie wysłuchać. Pan musi mi pomóc moi rodzice zostali zamordowani przez mojego wuja to on ich zabił…Widziałam to…
    - Nonsens przecież Scotland Yard przeprowadziło śledztwo i wszystko ewidentnie wskazuje na to, że to było włamanie z rabunkiem.
    - Nieprawda! – krzyknęła uderzając pięścią w biurko – w tym rzecz, proszę zrozumieć on nimi wszystkimi manipuluje ma swoje znajomości wszędzie chodziło mu o majątek…błagam- przerwała słysząc otwierające się drzwi do środka wszedł mężczyzna w długim czarnym płaszczu. Rozejrzał się, przy zdejmowaniu rękawiczek przelotnie po biurze wyraźnie zdegustowany po czym jego wzrok skupił się na Sophie. Uśmiechnął się lekko z pod czarnego przyprószonego lekko siwizną wąsa i przeniósł wzrok na detektywa. Ten wstał i uściskał mu dłoń.
    - Proszę spocząć – wskazał na krzesło z którego zerwała się dziewczyna.
    - Tak się cieszę że mnie Pan wezwał – powiedział Richard Brongs z przesadną uprzejmością. – Sophie – spojrzał na dziewczynę ujmując jej dłoń.- Coś Ty sobie myślała, przecież wiesz, że lekarz zabronił Ci w tym stanie…
    - Nie dotykaj mnie ! – przerwała mu uwalniając swoją dłoń z dłoni wuja – Nie jestem chora to Ty im to wszystkim wmawiasz morderco.
    - Proszę jej wybaczyć ona nie wie co mówi znalazła zwłoki rodziców poczucie winy, że wyjechała na studia zostawiając ich samych – przerwał by westchnąć sztucznie- sam Pan wie jak to z młodymi ludźmi bywa załamało ją to –wstał i objął ją ramieniem starając się ją wyprowadzić – Wynagrodzę Panu wszelkie kłopoty.
    - Nie trzeba – bąknął Nathan.
    - Nie, błagam, on mnie zabije- krzyczała dziewczyna wyprowadzana przez wuja z uniwersytetu wiedziała, że teraz już na pewno pętla na jej gardle zaciśnie się całkiem. Wiele razy, kiedy bez rezultatu próbowała udowodnić winę wuja groził, że ją zarżnie jak rodziców i czuła, że tym razem nie będzie to pusta obietnica.
    Nathan wyglądał przez okno jak oboje wsiadają do dorożki nie wiedział czemu, ale czuł że popełnił ogromny błąd. Złapał po chwili za płaszcz i wyszedł z biura.
    - Niech to szlak – mruknął.
    * * *

    Szeroko otwartym oknem targał wiatr narastającej burzy. Richard obejmował swoją siostrzenicę przytykając jej nóż do gardła. Biała koszula dziewczyny była poplamiona krwią sączącą się z jej rozciętych żył…

    Celowo nie prezentuję tylko urywki z opowiadania i nie piszę jego końca. Mawia się, że kiedy pisarz ma ukazać tylko część pracy, ujawnia tylko te, które bardziej podsycą ciekawość czytelnika nakłaniając go do sięgnięcia do całej historii… z pozdrowieniami J.W.

  94. marcin.b pisze:

    Każde miasto posiada swoją ikonę, swój znak rozpoznawczy, swojego bohatera, Prometeusza, który przynosi mieszkańcom światło nadziei. Również nadodrzańska metropolia, kolebka wielu kultur i narodowości, miasto bogatych i przeraźliwie biednych. Miejsce zarówno prawe jak i zbrodnicze, ma swojego Clarka Kent’a. Filologiczny umysł, analizujący każdą zbrodnię, rozbierając na części pierwsze łacińskie maksymy. Człowiek, który kocha swoją pracę bardziej niż, swoje kobiety. Amator setki wódki, wypijanej pod śledzia w śmietanie, w pierwszorzędnych lokalach swego ukochanego miasta. Mózg pracujący w nieodłącznym towarzystwie papierosowego dymu, zapalony fan fordanserek i kobiet lekkich obyczajów, opiętych łydek i pończoch. Zgorzkniały, brutalny i skomplikowany człowiek, który rozjaśnia sobie umysł partią szachów w towarzystwie dwóch kurtyzan.
    Podejrzanych masakruje w ich melinach, kiereszując facjatę i dociskając imadło. Imadło, które jest jego znakiem rozpoznawczym. Imadło, które można założyć każdemu, jeśli się pozna jego ciemne strony. Imadło, które miażdży ciało i roztrzaskuje umysł, wydobywając z zakrętu hipokampa najciemniejsze sekrety.
    Człowiek wykorzystujący wszystko i wszystkich dla osiągnięcia celu. Działa nie zawsze zgodnie z literą prawa i nie lęka się współpracy, z ciemnymi typkami w celu rozwiązania zagadki. Połówka jabłka, której drugą częścią są cztery osobowości, Antwald, Smolarz, Wurth i Zupitza. Dwóch pierwszych go kocha, dwóch następnych nienawidzi, ale każdy z nich razem i osobno oddadzą mu się bez reszty, w jego szaleńczej grze o prawdę. Ta czwórka wie, że są tylko szyją, oparciem dla umysłu prześladowanego przez senne koszmary, alkoholowego i nikotynowego kaca. Umysł, który choć tak obciążony działa jak milion idealnie dopasowanych trybików. Właściciel tego umysłu chędożąc jak buhaj, odnajduje bezbłędnie wyjście z labiryntu Minotaura. Żadna kryminalna zagadka w tym mieście o dźwięcznej nazwie Breslau nie pozostanie sama sobie, dopóki ma swojego Sherlocka Holmesa, swojego agenta 007. Wrocławski pit bull Mock, Eberhard Mock.

  95. wioleta pisze:

    Lwów, 1929.

    Edward wrócił wczoraj bardzo późno. Znowu było czuć od niego alkohol, papierosy i skwarki smażonej kiełbasy. Pewnie był w jednej z tych podrzędnych spelun, do których ostatnio tak często zaglądał. Tych, które chętnie go przyjmowały, z dnia na dzień we Lwowie, było coraz mniej. Z jednych wyrzucali go za głośne zachowanie, groźby wobec przebywających i złe traktowanie kobiet. Do innych nie miał wstępu, po tym jak w ataku epileptycznym, wymazał się we własnych fekaliach. Jeszcze do niedawna te napady były dla niego niczym dar od Boga. Zamykał się w pokoiku u baletmistrz Szaniawskiego i zagłębiał w epileptycznych wizjach. Często, stanowiły one ważne wskazówki do rozwiązania zagadki. Teraz przestał kontrolować napady.
    Z podrzędnych spelun wyrzucały go męty, złodzieje i mordercy, którzy jeszcze niedawno, na sam dźwięk przezwiska „Łysy”, drżeli ze strachu. Teraz był obiektem kpin i złośliwości. Strach i szacunek wypracowany przez Edwarda, nie zawsze w legalny sposób, szantażem, terrorem, biciem, zamieniły się w pogardliwe spojrzenia i docinki.
    Wszystko to stało się po tym, jak Edzia wyrzucono z policji za niesubordynację. Podłamał się. Swój filologiczny umysł, zamiłowanie do łacińskich sentencji oraz zagadki matematyczne zamienił na alkohol, nocne wędrówki po spelunach i uciechy cielesne. Niegdyś chociaż wynajmował salonkę do Krakowa, gdzie oddawał się rozkoszy z jedną lub dwoma kurtyzanami. Teraz wystarczała mu podrzędna prostytutka.
    Ten trudny okres trwa już dwa lata. Dla mnie zawsze będzie policjantem, który za wszelką cenę walczył o sprawiedliwość, wykorzystując logikę, matematyczne równania i łacińskie sentencje. Funkcjonariuszem, dla którego najważniejsze było rozwiązanie zagadki i ukaranie sprawcy. I wiem, że nie zawsze wszystko odbywało się w legalny sposób. Edward potrafi przyprzeć do muru, zaszantażować, zastraszać i użyć przemocy. Jest mściwy i nigdy nie zapomina o wyrządzonej krzywdzie. Aby dopaść winnego lub wroga, skłonny jest złamać prawo, przekroczyć cienką barierę: przekupić świadka, podrzucić dowody, siłą zmusić do zeznań czy kłamać w sądzie. Nie jest mu również obce nielegalne przeszukanie, sfingowanie zbrodni i zrzucenie winy na kogoś innego. Edward jest jak pies, który czeka na swoją kość, tak, jak pociąg na światło w tunelu. Ta kość to zagadka. Ona sprawi, że Edward Popieliski ożyje.

  96. wioleta pisze:

    Każde miasto posiada swoją ikonę, swój znak rozpoznawczy, swojego bohatera, Prometeusza, który przynosi mieszkańcom światło nadziei. Również nadodrzańska metropolia, kolebka wielu kultur i narodowości, miasto bogatych i przeraźliwie biednych. Miejsce zarówno prawe jak i zbrodnicze, ma swojego Clarka Kent’a. Filologiczny umysł, analizujący każdą zbrodnię, rozbierając na części pierwsze łacińskie maksymy. Człowiek, który kocha swoją pracę bardziej niż, swoje kobiety. Amator setki wódki, wypijanej pod śledzia w śmietanie, w pierwszorzędnych lokalach swego ukochanego miasta. Mózg pracujący w nieodłącznym towarzystwie papierosowego dymu, zapalony fan fordanserek i kobiet lekkich obyczajów, opiętych łydek i pończoch. Zgorzkniały, brutalny i skomplikowany człowiek, który rozjaśnia sobie umysł partią szachów w towarzystwie dwóch kurtyzan.
    Podejrzanych masakruje w ich melinach, kiereszując facjatę i dociskając imadło. Imadło, które jest jego znakiem rozpoznawczym. Imadło, które można założyć każdemu, jeśli się pozna jego ciemne strony. Imadło, które miażdży ciało i roztrzaskuje umysł, wydobywając z zakrętu hipokampa najciemniejsze sekrety.
    Człowiek wykorzystujący wszystko i wszystkich dla osiągnięcia celu. Działa nie zawsze zgodnie z literą prawa i nie lęka się współpracy, z ciemnymi typkami w celu rozwiązania zagadki. Połówka jabłka, której drugą częścią są cztery osobowości, Antwald, Smolarz, Wurth i Zupitza. Dwóch pierwszych go kocha, dwóch następnych nienawidzi, ale każdy z nich razem i osobno oddadzą mu się bez reszty, w jego szaleńczej grze o prawdę. Ta czwórka wie, że są tylko szyją, oparciem dla umysłu prześladowanego przez senne koszmary, alkoholowego i nikotynowego kaca. Umysł, który choć tak obciążony działa jak milion idealnie dopasowanych trybików. Właściciel tego umysłu chędożąc jak buhaj, odnajduje bezbłędnie wyjście z labiryntu Minotaura. Żadna kryminalna zagadka w tym mieście o dźwięcznej nazwie Breslau nie pozostanie sama sobie, dopóki ma swojego Sherlocka Holmesa, swojego agenta 007. Wrocławski pit bull Mock, Eberhard Mock. .

  97. marcin pisze:

    BRUTALNE MORDERSTWO W FJALLBACK
    „Wcześniejsze podejrzenie o samobójstwie Alexandy Wijkner nie potwierdziły się. Policja podejrzewa morderstwo.”

    Zwłoki kobiety znaleziono w domu rodzinnym w Fjalback. Początkowo, poszlaki wskazywały na samobójstwo, jednak lekarz sądowy to wykluczył. Ofiara w treści żołądkowej posiadała dużą ilość środków nasennych, a na ciele znaleziono ślady wskazujące na udział osób trzecich. Nacięcia na nadgarstkach nie mogły być czynem ofiary, gdyż były idealnie równe. Sekcja zwłok wykazała również, że denatka była w ciąży.
    Głównym podejrzanym w sprawie był Anders Nilson, miejscowy artysta. Według zeznań sąsiadów podejrzany odwiedził dom zamordowanej kobiety w dniu morderstwa, a także w dniach kolejnych. Wszystko wskazywało, że obie osoby łączył namiętny romans. Było to, jednak dość wątpliwe, gdyż denatka znana była jako kobieta elegancka, a podejrzany był nałogowym alkoholikiem, zaniedbanym i staczającym się na samo dno. Bieg zdarzeń przyjął, jednak zaskakujący przebieg. Kilka dni po przesłuchaniu, znaleziono zwłoki Andersa Nilsona. Ciało denata wisiało na stryczku w jego własnym domu. Ślady znalezione na miejscu zbrodni wykluczały samobójstwo.
    Do rozwiązania zagadki miasteczka Fijalback przyczyniła się Erica Falk, pisarka, a zarazem przyjaciółką z lat dzieciństwa denatki. Jej ścisła współpraca z detektywem Patrickiem Hedstromem zaowocowała nakreśleniem dobrego kierunku śledztwa. Jak się okazało mordercą, a raczej morderczynią okazała się matka Andersa Nilsona – Vera Nilson. Zamordowała ona Alexandrę Wijkner, znalazła również swojego syna, który w rzeczywistości popełnił samobójstwo. Kobieta zatarła ślady, aby zmylić organy ścigania. Od początku starała się chronić dobre imię własnego syna, który popełniając samobójstwo w małym miasteczku, zostałby zapamiętany przez mieszkańców jako nieradzący sobie z życiem – pijak. Vera Nilson zabiła Alexandrę Wijkner, aby ukryć sprawę sprzed lat. Denatka chciała wyjawić, że ona, Anders Nilson oraz Jan Lorentz byli w dzieciństwie molestowani seksualnie przez niejakiego Nilsa Lorentza. Pierwsza dwójka była molestowana w szkole, gdzie Nils Lorentz uczył. Za to Jan był jego przybranym bratem, adoptowanym po śmierci rodziców, którzy zginęli w pożarze swojej narkomańskiej meliny. Jak wynikło ze śledztwa – Aleksandra Wijkner w wyniku gwałtu zaszła w ciążę. Rodzice dwójki wykorzystywanych dzieci, za namową matki seksualnego oprawcy, popartej korzyściami majątkowymi, uciszyli sprawę. Po latach Alexandra postanowiła wyjawić sekret ukrywany tak skrycie przez obie rodziny. Vera Nilson nie chciała pozwolić na ośmieszenie syna i rodziny. W przypływie szału, zamordowała Alexandre Wijkner i upozorowała samobójstwo.

    C.LACKBERG “Księżniczka z lodu”

  98. wioleta pisze:

    Opis Marcina.b i Wiolety dotyczący Eberharda Mocka jest identyczny, mój błąd załadował się opis 2 razy niestety jeden z moim nickiem, a drugi nickiem żony, także w kwestii wyjaśnienia to nie plagiat tylko drobna pomyłka.

  99. Saint81 pisze:

    Domyślam się, że prym w postaciach prezentowanych w konkursie będą wiedli detektywi i inni stróże prawa, dlatego ja chciałbym przedstawić bohatera dzięki któremu wszyscy kryminolodzy nie muszą szukać sobie innego zawodu. Według mnie człowiekiem, którego warto przypomnieć jest Patrick Bateman, jedna z najbardziej okrutnych i makabrycznych postaci jakie zostały stworzone w literaturze. Nienaganna fryzura, idealnie skrojony garnitur, dopasowana koszula, krawat, do tego lśniące buty a na ręce Rolex. Najlepiej gdyby wyjął swoją najnowszą wizytówkę i sam się Wam przedstawił ale uważajcie… gdybyście chcieli podarować mu również swoją, zastanówcie się dwa razy. Jeśli wykonana jest staranniej, z lepszego papieru a litery mają bardziej wyrazisty kształt… za to Patrick potrafi zabić. Jest perfekcjonistą w każdym calu, jego poranna toaleta to wręcz rytuał a jego ocena drugiego człowieka nie ma kompletnie nic wspólnego z dewizą „nie szata zdobi człowieka”. Może godzinami rozmawiać o tym jakie okulary są obecnie modne, jakich kosmetyków używać a jeśli chcecie to streści dokładnie karierę muzyczną Whitney Houston lub Genesis analizując każdy utwór z ich ostatniej płyty. Oczywiście jeśli prowadzi takie rozmowy to tylko w najdroższych restauracjach Nowego Jorku, gdzie przesiaduje pijąc wyłącznie najdroższe alkohole. Ale przecież musiał sobie jakoś zapracować na to co napisałem wcześniej, czyli tytuł jednego z najbardziej przerażających psychopatów jacy pojawili się na kartach książek. Jest seryjnym mordercą jednak próżno szukać u niego jakiegoś wzoru, upodobań, preferencji… Patrick zabija wtedy kiedy ma na to ochotę. I tu wychodzi najmroczniejsza część jego osobowości. To nie są zwykłe morderstwa (aczkolwiek potrafi dźgnąć swoją ofiarę raz nożem i na tym poprzestać), tylko tak jak inne dziedziny jego życia są to prawdziwe rytuały. Nie będę pisał w jaki sposób to robi ani jakich narzędzi do tego używa, jeśli chcecie je poznać – odsyłam do książki, jednak jeśli macie słabe nerwy i myślicie, że nic Was nie zaskoczy, to uprzedzam że się grubo mylicie. Głęboko zakorzeniony w konsumpcyjnym świecie Nowego Jorku Patrick ma szerokie pole do wyboru swoich ofiar, bo kto w tym zabieganym świecie przejmuje się kolejną zaginioną prostytutką czy martwym bezdomnym. Dopiero śmierć człowieka, który obracał się w podobnych kręgach co Patrick zwraca na niego uwagę policji. Tym razem jednak dobro nie wygrywa. Detektyw Kimball, który stara się udowodnić winę Patrickowi przegrywa tę rywalizację, dlatego mam nadzieję, że wszyscy pozytywni bohaterowie, którzy zostaną opisani tutaj przez innych uczestników konkursu będą mieli za swoich przeciwników godnych siebie rywali a takim jest Bateman.
    Bohater powieści „American Psycho” napisanej przez Breta Eastona Ellisa to człowiek, którego nie polubicie (a przynajmniej nie powinniście) i tak powinno być ze wszystkimi mordercami (taka mała uwaga dla fanów bohatera książek Jeffa Lindseya czyli Dextera). Każdy ma prawo do życia, bez względu czy mordowanym jest przestępca (tak robi Dexter) czy też niewinny 5-letni chłopiec (to już chore wybryki Patricka Batemana). Nie mam zamiaru gloryfikować tutaj tego drugiego. Jednym z jego idoli, którzy pojawiają się w powieści jest Ted Bundy, postać już niestety nie fikcyjna, przystojny prawnik, którego zbrodnie wstrząsnęły całą Ameryką. Czasami wręcz odnoszę wrażenie czy nie był on wręcz jednym z pierwowzorów dla postaci Patricka. Być może też dlatego tak utrudnione było wydanie tej książki i takie oburzenie wywołała gdy już trafiła do rąk czytelników. Obawy przed naśladowcami? Propagowanie brutalności? Tak czy inaczej, jeśli już mamy możliwość poznania zbrodni również od strony zła i zagłębienia się w umysł mordercy, myślę że warto z tego skorzystać. Jeśli macie odwagę – poznajcie Patricka Batemana.

  100. miw pisze:

    Toaleta, w której znalazł się Sherlock była ohydna. Ohydna nawet jak na tę dzielnicę Londynu. Jednak dla niego nie miało to znaczenia. Musiał strzelić sobie działkę za wszelką cenę. Jak najszybciej! Teraz!
    Palcem dotknął ruszającą się górną dwójkę. Zostało mu tylko parę zębów. Nic nie szkodzi, bo i tak od dłuższego czasu nie mógł jeść niczego, co nie było w stanie płynnym.
    Na skrzypcach nie grał od czterech lat. Sprzedał je za 25 funtów. Zresztą i tak od tego wszystkiego palce powykręcało mu do tego stopnia, że najmniejszy ruch sprawiał mu ból. Palce odzyskiwały dawną sprawność i precyzję jedynie, kiedy trzeba było przytrzymać strzykawkę.
    Wstrzyknął narkotyk, osunął się na podłogę i przymknął oczy. Pomyślał o Watsonie. Ciekawe czy nadal ma gabinet na Baker Street. Sherlock nie był tam, odkąd Watson wyrzucił go za kradzież 100 funtów z portfela. Oczywiście nie była to jego pierwsza kradzież, jednak Watson po kilkunastu miesiącach prób pomocy przyjacielowi, musiał wreszcie zrezygnować. Zresztą dźgnięcie pani Hudson nożem, w narkotycznym widzie na pewno mu nie pomogło.
    Spróbował podnieść się z podłogi, ale nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Przewracając się uderzył głową o umywalkę. Krew wypłynęła mu z lewego ucha. Stracił czucie w lewej ręce i nodze. Poczuł smak krwi w ustach. Zaczął się dusić. Jego myśli zaczęły wirować. Panicznie starał się skupić na czymkolwiek.
    Umierając pomyślał o Moriatym. O tym jak genialny złoczyńca, pięć lat temu znalazł sposób na pokonanie genialnego detektywa. Okazało się to, jak zazwyczaj bywa w taki przypadkach, dziecinnie proste. Pięć lat temu Moriaty został uczciwym człowiekiem.

  101. Damian Kust pisze:

    Dziesięć małych Murzyniątek
    Jadło obiad w Murzyniewie,
    Wtem się jedno zakrztusiło -
    I zostało tylko dziewięć.

    Dziewięć małych Murzyniątek
    Poszło spać o nocnej rosie,
    Ale jedno z nich zaspało -
    I zostało tylko osiem.

    Rzekło osiem Murzyniątek:
    Ach, ten Devon – to jest Eden,
    Jedno z nich się osiedliło -
    I zostało tylko siedem.

    Siedem małych Murzyniątek
    Chciało drwa do kuchni znieść;
    Jedno się rąbnęło w głowę -
    I zostało tylko sześć.

    Sześć malutkich Murzyniątek
    Na miód słodki miało chęć,
    Jedno z nich ukłuła pszczółka -
    I zostało tylko pięć.

    Pięć malutkich Murzyniątek
    Adwokackiej chce kariery.
    Jedno się odziało w togę -
    I zostały tylko cztery.

    Cztery małe Murzyniątka
    Brzegiem morza sobie szły,
    Jedno połknął śledź czerwony -
    I zostały tylko trzy.

    Trzy malutkie Murzyniątka
    Poszły w las pewnego dnia;
    Jedno poturbował niedźwiedź -
    I zostały tylko dwa.

    Dwu malutkim Murzyniątkom
    W słońcu minki coraz rzedną…
    Jedno zmarło z porażenia -
    I zostało tylko jedno.

    Jedno małe Murzyniątko
    Poszło teraz w cichy kątek,
    Gdzie się z żalu powiesiło -
    Ot, i koniec Murzyniątek.
    Tego wierszyka użyła Agatha Christie w swojej sztandarowej powieści „Dziesięciu Murzynków”(„Ten Little Niggers”). Na odciętą od reszty świata wyspę zostaje zaproszona ósemka gości. Wszyscy zostają zaproszeni listownie przez panią Unę Nancy Owen lub pana Ulricha Normana Owena(w jednym przypadku gość zostaje zaproszony przez starą przyjaciółkę)pod różnymi pretekstami. Gdy cała ósemka przybywa na wyspę okazuje się, że tajemniczy gospodarze nie mogą na nią przybyć. Są tam tylko zaangażowani listownie służący, państwo Rogers.
    Podczas posiłku zostaje odtworzona płyta gramofonowa, którą pan U.N.Owen kazał Rogersowi włączyć w czasie jedzenia. Pan Owen oskarża na niej gości o morderstwa, które popełnili, ale których nie można im udowodnić. Anthony Marston zostaje oskarżony o rozjechanie motorem dwójki dzieci. Dr Armstrong podobno zabił pacjentkę operując w stanie nietrzeźwym. William Blore, policjant, rzekomo złożył fałszywe zeznania przeciwko człowiekowi, który popełnił potem samobójstwo w więzieniu. Emily Brent wyrzuciła z pracy ciężarną służącą, która popełniła samobójstwo. Sędzia Lawrence Wargrave z pobudek osobistych wydał wyrok śmierci. Generał MacArthur rozmyślnie wysłał na bardzo trudną misję kochanka swojej żony. Vera Claythorne umyślnie nie dopilnowała swojego podopiecznego(była guwernantką, a chłopiec utonął w morzu). Philip Lombard zostawił w dżungli swoich dwudziestu jeden towarzyszy z miejscowej ludności(było to w Afryce Południowej).Oskarżeniom nie uszli też Rogersowie, którzy mieli nie udzielić pomocy chorej pracodawczyni. Pani Rogers nagle mdleje i zostaje odniesiona do swojego pokoju. Armstrong daje jej środek nasenny. Fred Narracott człowiek, który wziął gości na swoją łódź i przepłynął z nimi na wyspę ma przypłynąć rankiem następnego dnia z dostawą żywności. Goście planują opuścić wyspę razem z nim. Po kolacji wszyscy zbierają się w salonie i rozmawiają. Marston wypija kieliszek whisky i nagle zaczyna się krztusić, po czym upada na podłogę. Dr Armstrong stwierdza otrucie cyjankiem potasu. Wszyscy zgodnie stwierdzają, że Marston nie był typem samobójcy. Następnego ranka zostaje znaleziona martwa pani Rogers. Podejrzenie pada na doktora, który mógł zamiast środka nasennego podać jej truciznę. Przeszukanie wyspy nic nie daje, mordercą jest jeden z nich. W każdym pokoju nad kominkiem znajduje się przerażający wierszyk o murzynkach. Goście zauważają, że morderca działa w myśl wierszyka. W nocy rozpętała się burza i Fred Narracott nie przypływa. Tego dnia znika generał MacArthur. Kilka godzin później zostaje znalezione jego ciało. Zginął od uderzenia w tył głowy. Trzeciego ranka wciąż trwa burza, a w piwnicy ginie od uderzenia siekiery Rogers. Po obiedzie Emily Brent widzi pszczołę, a chwilę później w jej kark zostaje wstrzyknięty cyjanek potasu. Pod wieczór ginie Lawrence Wargrave. Sędzia zostaje zastrzelony i przebrany w zasłonę symbolizującą togę, a na głowie ma symbolizującą perukę sędziowską włóczkę zmarłej tego dnia panny Brent. Dr Armstrong stwierdza zgon. Atmosfera zagrożenia narasta, podejrzenie pada na Lombarda, któremu rzekomo ukradziono rewolwer. Doktor znika bez śladu, a reszta uznaje, że to on był mordercą. Czwartego dnia jednak Vera i Lombard znajdują jego ciało. Został utopiony. Na Blore’a spada marmurowa figurka w kształcie niedźwiedzia. Ostatni żywi: Lombard i Vera nawzajem oskarżają się o morderstwa. Vera szybko kradnie odnaleziony niedawno rewolwer Lombarda i zabija go. Potem idzie do swego pokoju i przekonana o własnej winie wiesza się na przygotowanym przez prawdziwego mordercę sznurze. Policja przybywa na wyspę i znajduje dziesięć ciał. Po śledztwie okazuje się, że żadna z trzech ostatnich osób nie mogła w świetle zaistniałych faktów i okoliczności doprowadzić do śmierci dwóch towarzyszy i swojej. Wyjaśnienie znajduje się w liście zakorkowanym w butelce i wrzuconym do morza przez mordercę.
    Śmierć pasjonowała go od najmłodszych lat. Zawsze pragnął popełnić morderstwo doskonałe. Gdy dowiedział się od lekarza o śmiertelnej chorobie, postanowił przed śmiercią zrobić coś wyjątkowego – ukarać dziewięciu zbrodniarzy. Przez pewien czas zbierał informacje o dziewięciu osobach, które popełniły zbrodnie niemożliwie do udowodnienia. Następnie pod różnymi sprytnymi pretekstami zaprosił je do rezydencji na Wyspie Murzynków. Mordercą był Lawrence Wargrave, Po popełnieniu pięciu morderstw postanowił upozorować swoją śmierć. Namówił doktora Armstronga do pomocy w upozorowaniu morderstwa. Przekonywał go, że wie, kto jest mordercą i łatwiej będzie mu obserwować go z ukrycia. Żaden z domowników nie mógł nic podejrzewać, bo sprawdzenie tętna zostawiono oczywiście lekarzowi. Kiedy zginęli już wszyscy, popełnił samobójstwo tak, żeby pomyślano, ze zginął rzeczywiście, jako szósty.
    Historia opisana w tej książce to jedna z najbardziej intrygujących i niepowtarzalnych zbrodni wymyślonych na potrzeby literatury kryminalnej.

  102. Krzysztof Polaczenko pisze:

    Mówi się, że każdy dzień zbliża nas do końca w moim wypadku również tak było. Każdy dzień zbliżał mnie do końca mojego małżeństwa. Gdy pracowałem obiecywałem żonie, że wezmę urlop i pobędziemy razem; gdy w końcu odszedłem do cywila nie mogłem się doczekać żeby znowu pracować. Jestem komisarzem policji, a raczej byłem nim aż do emerytury. Przez kilkanaście pierwszych lat wiodłem spokojne nudne życie na małym komisariacie.
    Żyłka amerykańskiego detektywa obudziła się we mnie przez sprawę porwania pewnej dziewczyny, było to jak powiew Hollywood; nagła odmiana od codziennych zgłoszeń do
    wiejskich kłótni zza miedzy. Młoda pół naga kobieta błąkająca się po wsi to nie chleb powszedni!
    Co więcej nie była pijana czy naćpana tylko twierdziła, że ktoś ją porwał. Postawiło mnie to na nogi, pierwszy raz w życiu tak zaangażowałem się w śledztwo. Szukanie winnego, ochrona świadka ,ofiary; wydawało mi się, że czuje powołanie do pracy. Piętnaście lat musiało minąć żebym trafił na taką sprawę! Dziewczyna łapała stopa, bo w drodze na lotnisko zepsuł się jej samochód. Przygarnął ją pan Witold, stary weterynarz i obiecał na czas dowieść na miejsce. Witek okazał się niebezpieczny i poważnie zaburzony psychicznie, widział w ofierze swoją byłą żonę. Pragnął zemścić się na niej za to, że go zostawiła. Traf chciał, że porzucił kobietę na ruinach starego browaru w moim miasteczku. Z badań wynikało, że odurzył ją środkami usypiającymi dla zwierząt w prawie śmiertelnej dawce. Chroniliśmy ofiarę i jej bliskich, bo sprawca dalej chciał ją zabić.
    Historia skończyła się źle chociaż ofiara przeżyła, a sprawca został ujęty to matka i przyjaciel kobiety zginęli. Podobno dziewczyna już po wszystkim zamieszkała w górach gdzie urodziła córkę, dostałem kiedyś od niej list.

    Śledztwo przyczyniło się do powstania u mnie obsesji na punkcie szukania kolejnych do niej podobnych. Popadłem w pracoholizm do tego stopnia, że rozgrzebywałem błahe stare nie rozwiązane sprawy; jak kradzież roweru. Traciłem żonę, zaniedbywałem ją, miała gdzieś czy rozwiązałem kolejne nic nie warte śledztwo o zagarnięcie mienia rolnika. Liczyła na to, że gdy przejdę na przedwczesną emeryturę odpuszczę trochę. Wybłagała u mnie żebym usiadł w domu w kapciach przed telewizorem ale ja i tak wymykałem się pomagać chłopakom. Gdy to odkryła, wściekła się i wyjechała do mamy zostawiając mnie samego w środku lipca. Na początku śmiałem się, że zrobiła sobie wczasy, urlop w małżeństwie ale z czasem sprawa się zmieniła. Wczoraj w skrzynce po pijaku znalazłem pozew rozwodowy i jakiś list. Czytałem te prawne podstawy wolności przysługującej mojej żonie w środku pustego domu który razem „budowaliśmy” i czułem, że umieram i to nie przez kaca.
    -Idiota – powiedziałem do siebie pod nosem.

    Drugi list był inny nie z „urzędu”, nie miał ani znaczka ani nadawcy, był tylko adresat: Komisarz.
    Biała koperta, a w środku kartka w kratkę.

    „Dzień dobry panie komisarzu
    Tu Ewa jakiś czas temu ocalił pan życie mnie i mojej córce”

    -To ona – pomyślałem – wszystko od niej się zaczęło.

    „Czy był pan na grobie mojej mamy i Jurka? Piszę do pana, bo jestem zrozpaczona. Moja ukochana córeczka Zuzia nie wróciła ze szkolnej wycieczki .
    Byłam głupia, że posłuchałam nauczycielki! Nie powinnam jej nigdzie puszczać!
    Wychowawczyni Zuzi zrobiła mi wykład, że trzymam dziecko pod kloszem.
    Podobno dzieci widziały jak jacyś mężczyźni wysiedli z nią z pociągu na
    wsi pod stolicą. Proszę pana o pomoc. Jestem pewna, że ona żyje.
    Muszę znaleźć tych bandytów i odzyskać córkę.
    Proszę jeśli to możliwe do mnie przyjechać na dole listu podałam swój adres.”

    -Jakim cudem ten list do mnie dotarł – pomyślałem w pierwszej chwili – nawet nie jest dobrze zaadresowany.
    Druga moja myśl była jednak zupełnie inna. Sprawa która zniszczyła moją rodzinę znowu do mnie powróciła i kusiła moją naturę detektywa.
    -Nie mam już nic, na czym mi zależy – wymamrotałem gładząc czoło palcami.
    Listy leżały na stole; dwie zupełnie różne sprawy ale ściśle ze sobą powiązane. Pozew był w zasadzie informacją, a z kolei list od Ewy wyzwaniem – zwieńczeniem tego co kiedyś się zaczęło.
    Oba dotyczyły zmiany mojego życia.
    Spakowałem swoją walizkę w pół godziny i jeszcze przed południem ruszyłem w drogę.
    -Całe szczęście, że dzisiaj nie piłem – powiedziałem wsadzając wódkę do schowka na wszelki wypadek.
    Jechałem najszybciej jak mogłem żeby przynajmniej o godzinę skrócić jazdę i zdążyć przed nocą. Może to dziwne ale czułem, że ratuje swoje małżeństwo; to tak jakby rozwiązanie tej sprawy do końca, miało wymazać wszystko co się stało.
    Omijałem duże miasta jechałem bocznymi drogami, całe szczęście jako dziecko jeździłem często w góry właśnie na wschód kraju. Znałem te rejony bardzo dobrze, bo mój ojciec się tam urodził.
    Dzięki temu dotarłem na miejsce wieczorem. Było mi wstyd, że w przeszłości nieraz kląłem na częste wakacje w górach u dziadka. Kiedyś powinien go odwiedzić – pomyślałem.

    Ewa mieszkała jednak prawie sto kilometrów dalej od mojego dziadka w chatce na odludziu. Ostatnie metry do jej miejsca zamieszkania musiałem pokonać pieszo, bo auto poddało się na stromych wertepach. Jej dom wyglądał jak stara leśniczówka i był najdalej wysunięty w las; najbliższe dwa sąsiednie domostwa chowały się za drzewami. Było już bardzo szaro i gdyby nie latarka czy oświetlone ganki szedłbym po omacku.

    W domu pani Ewy nie świeciło się żadne światło.
    -Zamknięte – powiedziałem do siebie.
    -Pewnie, że zamknięte – usłyszałem głos zza pleców – Czego pan tu szukasz?
    -Szukam pani Ewy Jarockiej – odparłem do człowieka z latarką ratowniczą, odruchowo kładąc dłoń na pistolecie ukrytym w kieszeni kurtki..
    -Pani Ewa wyjechała. Pan z rodziny?
    -Z policji.
    -O kruca! Coś się stało? Tak czułem!
    -Spokojnie. Na razie nic nie wiadomo. Zna pan panią Jarocką?
    -Hmm. Zna to za duże słowo ale zapraszam na herbatę z wkładką, bo chłodno.
    Zapraszam to wszystkiego się pan dowiesz.
    -Dziękuje z chęcią skorzystam – powiedziałem i nieufnie ruszyłem za mężczyzną.

    Podążałem za tym człowiekiem i słuchałem opowieści na temat góralskiej gościnności, facet był wyjątkowo potężny. Gdy byliśmy na oświetlonym ganku jego domu zauważyłem, że kuśtyka na jedną nogę.
    -Panie tylko cicho, bo żona i dzieci śpią. Jutro wcześnie wstają do pracy.
    -Dobrze – uspokoiłem się trochę, nie czułem już zagrożenia. Mężczyzna wyglądał na spokojnego. Usiedliśmy w kuchni i przy herbacie zaczęliśmy „przesłuchanie”.
    -I jak herbata?
    -Uuuu! Powiem panu, że wkład mocny w sam raz na kaca.
    -Hehe.
    -Pogadajmy jednak o Ewie – wróciłem do głównego celu mojej wizyty.
    -Cóż ja panu powiem. Mało ją znaliśmy była bardzo skryta. Z dziesięć lat temu ekipa remontowa pana Zdziśka zrobiła dla niej tą leśniczówkę, no i wprowadziła się tu na stałe.
    -Zbratała się z wami?
    -Nie. Nie wychodziła prawie wcale z domu.
    -Czy miała córkę? – zapytałem.
    -Nie.
    -Na pewno? W ostatnim liście napisała, że zaginęła jej córka? We wcześniejszym natomiast twierdziła, że spacerowała z nią po wsi? – dociekałem nie dowierzając.
    -Bzdura. Nikogo z nią nie widziałem. Powiem więcej ją samą rzadko widywaliśmy. Była bardzo dziwna.
    - Napisała mi, że była w ciąży.
    -Wie pan, nie znam się na całym tym macierzyństwie ale na początku faktycznie nosiła takie kiecki ciążowe. Kilka miesięcy jak tu mieszkała ubierała się w luźne ciuchy, a potem już normalnie; może coś było na rzeczy.
    -Czy komuś opowiadała dlaczego tu przyjechała?
    -Oj panie – uśmiechnął się – tutaj ludzie przyjeżdżają odpocząć od miasta, albo żeby od czegoś uciec, schować się. Zdarza się też czasem, że odziedziczą starą chałupę. Pan mi powie ona uciekała prawda? Dlatego policja jej szuka.
    -Tak po prawdzie to już jestem emerytowanym funkcjonariuszem – powiedziałem trochę ze wstydem.
    -O proszę! – podniósł trochę głos i nagle zaraz go opuścił z uwagi na śpiącą rodzinę – Ja też już w spoczynku. Ratownik GOPRU odchodzi szybciej albo przez wysługę albo przez wypadek w pracy. Ja złamałem nogę, a pan?
    -Ja odsłużyłem swoje – skłamałem, bo co miałem powiedzieć, że złamałem życie – Pani Ewa faktycznie uciekła – rzuciłem zmieniając temat tak żeby nie mogło paść kolejne pytanie o służbę – Ktoś ją porwał. Bandyta zabił jej matkę i ojca jej dziecka. Gdy złapaliśmy sprawcę, pani Jarocka wyjechała w góry.
    -O kruca! – krzyknął po czym powtórzył drugi raz ciszej mając na względzie śpiące dzieci i małżonkę – O kruca, to dlatego taka dziwna była.
    -Może pańska żona lepiej ją zna?
    -Helena? Nie zna jej. Wie pan prędzej ta stara z naprzeciwka ją znała ale zmarła prukwa w tym roku.
    -Ma pan klucze do jej domu? – zapytałem zmarnowany brakiem informacji.
    -Nie.
    -Muszę już iść – stwierdziłem nieco poirytowany brakiem postępów śledztwa.
    -A może pan przenocuje, miejsca jest, to duży dom?
    -Dziękuje. Miło było. Do widzenia.
    -Mam nadzieje, że pomogłem do widzenia. – odparł, a ja przemilczałem, bo nie pomógł mi praktycznie wcale. Wybiegłem na podwórko i szybkim krokiem ruszyłem do domu pani Ewy.

    Wparowałem do jej parterowej „leśniczówki” bez nakazu, wybiłem kamieniem szybę i otworzyłem stare odmalowane okno. Przeszukanie trwało ledwie chwilkę, mieszkanie wyglądało normalnie wszystkie pomieszczenia poza jednym pokojem były otwarte i mało umeblowane. Wywaliłem szuflady na podłogę ale nie było tam żadnych istotnych rzeczy. Pamiątki po mamie, zdjęcia, bielizna.
    -Dobrze, że wyjeżdżając nie wykręciła korków, bo musiałbym ich szukać albo biegać z latarką – pomyślałem.
    Wyważyłem drzwi od zamkniętego pomieszczenia.
    -Pokój dziecka!

    Odmalowany i umeblowany pokoik ze szczeblinowym łóżkiem w rogu. Wyglądało na to że był zamknięty przez kilka ładnych lat. Zajrzałem do łóżeczka.
    -Jezu! – krzyknąłem przestraszony. W sinawej pościeli leżał w słoiku z płynem mały płód dziecka.
    -Poroniła – pomyślałem. Wyszedłem z pokoju i stanąłem przy otwartym oknie zaczerpnąć powietrza. Zauważyłem wtedy na parapecie małą kartkę w kratkę z nerwowo zapisanymi trzema linijkami.
    „Komisarzu
    pojechałam ich szukać. Zabije sukinsynów z pańską pomocą czy bez.
    Ewa”
    -Ona chyba myśli, że jej córka została porwana. Może nie pogodziła się z tym, że poroniła. Muszę ją znaleźć. Zadzwonię do chłopaków – rozmyślałem bezskutecznie szukając miejsca z zasięgiem dla telefonu komórkowego. Wyszedłem na zewnątrz przez okno, było już bardzo ciemno.
    -Nawet nie znajdę samochodu – powiedziałem do siebie – zajmę się tym rano.

    Trochę załamany wróciłem do domu pani Ewy. Wyciągnąłem manierkę z kurtki.
    -Całe szczęście, że przelałem trochę z butelki w aucie – słyszałem tą myśl w głowie i wiedziałem jak pijacko zabrzmiała więc próbowałem się usprawiedliwić – gdyby śledztwo szło lepiej nie musiałbym tak zagłuszać samotności. Problem z wódką? Tak ale tylko mały.
    Wypiłem cała manierkę i uwaliłem się na kanapie w salonie.

    Bezwzględne słońce obudziło mnie bardzo wcześnie wpadając wprost przez wybite okno. Czułem się słabo ale jedyne co mnie pchało do działania to ta dziwna myśl, że ta sprawa wszystko rozwiąże.
    Myślałem czy nie odwiedzić mojego nowego znajomego z GOPRU ale w końcu postanowiłem, że
    pobiegnę do auta. Chwiałem się na nogach i normalnie w życiu nie wpadłbym na pomysł aby prowadzić samochód, zresztą i tak było to niemożliwe. Auto stoczyło się na drzewa i od uderzenia zniszczyła się tylna oś; chyba za słabo zaciągnąłem hamulec ręczny.
    -Flaszka jak włożona do schowka tak nietknięta.

    ***

    -O witam pana! Znowu na herbatkę? – zapytał GOPR-owiec otwierając mi drzwi.
    -Witam. Nie, tym razem mam do pana prośbę.
    -Słucham?
    -Czy zawiózłby mnie pan na stację kolejową? – zapytałem.
    -Od czasu wypadku nie jeżdżę ale mogę pożyczyć panu swój wóz.
    -Byłbym bardzo wdzięczny jeśli to nie kłopot.
    -Skąd – powiedział, a w jego głosie było czuć sympatię – później zadzwonię do córki żeby odebrała auto spod dworca to w zasadzie teraz jej wóz.
    -Zadzwoni pan? – zdziwiłem się.
    -Tak
    -Mam pan zasięg czy to jakiś telefon GOPRU.
    -GOPRU? – powtórzył po mnie śmiejąc się.
    -Komórka nie łapie tu wcale zasięgu.
    -To zwykły telefon stacjonarny.
    -A mogę zadzwonić.
    -Proszę, za mną. – powiedział i zrobił gest ręką.

    W domu nikogo nie było wszyscy wyszli.
    -Widzi pan taki duży pusty dom, ta pani Ewa mogła śmiało wynajmować u nas pewnie lepiej by jej było. Tu ma pan telefon, a ja pójdę po klucze do auta.

    ***

    -Witam! Tu komisarz Gdela czy mógłbym rozmawiać ze starszym sierżantem Karlickim.
    -Już proszę
    -…
    -Starszy sierżant Karlicki słucham.
    -Witam! Tu Gdela słuchaj mam sprawę. Pamiętasz tą dziewczynę? – zapytałem.
    -Panie komisarzu pan już nie jest na służbie. Proszę odpoczywać.
    -Nie rozumiem. Co taki poważny ton, kolego?
    -Mam odgórny rozkaz, nie mogę panu pomagać ani udzielać informacji ktoś doniósł o pańskich śledztwach na emeryturze – powiedział.
    -Wiadomo kto? – zapytałem zdezorientowany.
    -Wiadomo ale nie mogę wyjawić.
    -Czy to stara Szymczukowa? Przecież pomogłem jej odzyskać dwa worki nawozu do kwiatów!
    -Nie powiem – odparł lekko się śmiejąc.
    -Dobra nie ważne. Musisz mi pomóc pojechałem w góry do tej dziewczyny i włamałem się do jej domu.
    -Panie komisarzu myślę, że lepiej urwać tą rozmowę dla pańskiego dobra. Wolę nie wiedzieć tego co pan zrobił. Do widzenia.
    -Poczekaj! Daj znać jak coś się stanie! – krzyknąłem ale on i tak odłożył słuchawkę.

    -Coś nie tak? – zapytał GOPR-owiec stojąc z kluczem w ręku.
    -Nic. Muszę już jechać. Bardzo dziękuje za auto na pewno kiedyś się odwdzięczę.
    -W takim razie do zobaczenia.
    -Do zobaczenia.

    ***

    -Dzień dobry! Poproszę bilet do stolicy na dziś. – powiedziałem przy kasie biletowej na dworcu.
    -Dzień dobry! W jedną stronę?
    -Tak.
    -Nie będzie miał pan kilka przesiadek i ma pan szczęście, bo pociąg odjeżdża za niecałe 40 minut.
    -W takim razie poproszę. Mam jeszcze jedno pytanie do pani, jestem z policji – powiedziałem pokazując bileterce starą bezużyteczną legitymację – Czy może pani widziała tą kobietę w ostatnich dniach? Nazywa się Ewa Jarocka? – zapytałem pokazując jej zdjęcie Ewy.
    -Nie wiem. Nie pamiętam. Dużo osób się tu kręci.
    Podziękowałem, wziąłem bilet i zmarnowany odszedłem od okienka.

    -Ty! Smerf chodź tu! – zaryczał jakiś menel który siedział gdzieś w przy wejściu do dworca.
    Podszedłem do niego bez słowa.
    -Jakaś paniusia mówiła, że mam ci dać ten liścik.
    -Skąd wiesz, że mi?
    -Powiedziała, że będziesz gliniarzem i będziesz szukał Ewy. Jak chcesz kartkę to płacisz stówę.
    -Dam ci dychę.
    -Pięćdziesiąt albo zeżrę kartkę i gówno będziesz miał. -odburnkął.
    -Dwie dychy, a jak zeżresz to cię połamie – postawiłem się, nie wiem skąd znalazłem morale, może przez kaca żul wydawał mi się bardzo podobny do mnie – niezdolny do walki. Przystał na moją propozycję i dał mi kartkę. Była to kolejna informacja od Ewy.

    „Skąd pan wie czy to nie ja spuściłam wóz na drzewa?
    Może jechałam z panem cały czas w bagażniku?”

    -Wariatka – szepnąłem sam do siebie, a w głębi ducha bałem się trochę czy gdzieś nie czeka na mnie za rogiem. Czytałem dalej.

    „Wszystko jest z pana winy. Mama i Jurek nie żyją!
    Pan zasługuje na kare.”

    Ostatnie dwa zdania zmieniły mnie w przerażonego pijusa, pobiegłem do kibla, wyjąłem flaszkę zza pazuchy i od razu walnąłem sobie prosto z butelki. Faktycznie matka i ten Jurek zginęli przez nasze uchybienia, zamordował ich oboje, bo nie zapewniliśmy im dobrej ochrony. Cały czas rozglądałem się w koło czy ktoś nie czai na mnie za plecami. Wziąłem jeszcze haust i schowałem wódkę do kieszeni kurtki. Umyłem twarz po czym poszedłem na peron.
    Na pociąg czekało sporo ludzi – ciągało wieś do stolicy – pomyślałem.
    -Zaraz to chyba wycieczka szkolna – rzuciłem pod nosem i już miałem podejść do opiekunów ale poczułem wódkę z ust. Wstydziłem się tego tak bardzo, że ograniczyłem się do podsłuchiwania.
    Były to małe dzieci takie jak Zuzia… Co ja plotę przecież Zuzi nie ma! Opiekunowie nie mówili niczego istotnego, a sama stacja wyglądała zupełnie normalnie. Miałem nadzieje, że pani Ewa jest gdzieś tutaj i zaraz wyjdzie z cienia. Z drugiej jednak strony miałem wrażenie, że wcale nie pojechałem za nią. Wydawało mi się, że dalej siedzę w domu przy stole czytając pozew; popijam czystą i tracę rozum.

    Snując tak różne teorie ani się nie spostrzegłem jak czterdzieści minut minęło i pociąg na który wszyscy czekali przyjechał. Wcisnąłem się do środka, szukając wolnego miejsca w przedziale miałem nadzieje znaleźć w którymś z nich Jarocką. Dosiadłem się do starszego małżeństwa z wnukami, szkolna wycieczka zajęła dwa przedziały obok – musiały być zarezerwowane.

    Cisza w naszym przedziale uśpiła całe obce mi towarzystwo, a więc mogłem bez świadków napić się dla uspokojenia, bo przecież cały czas byłem na warcie – każdy przemykający korytarzem pasażer wyglądał na podejrzanego. Próbowałem przeczytać jeszcze raz „liścik” który odkupiłem od pijaka ale byłem już nieźle wstawiony, bo widziałem przez mgłę.
    -Czy to aby nie jest ten pozew od mojej żony? – pomyślałem zdziwiony. Przez wódkę trochę mieszało mi się w głowie. Kilometry i godziny “płynęły” razem ze mną.

    Na którejś stacji prawie śpiącym spojrzeniem uchwyciłem panią Ewę wbiegającą do mojego wagonu. Zerwałem się na równe, a raczej chwiejne nogi i wypełzłem na korytarz. Świat wirował, a każda kobieta wyglądała jak Jarocka albo jak moja żona. W tym samym czasie dostrzegłem wychodzącego z pociągu mężczyznę z dzieckiem.
    -Ktoś porwał jedno z dzieci – wymamrotałem zawiany do jednego z opiekunów.
    -Spokojnie to jego wujek.
    -Ta wujek – rzuciłem – A Zuza! Znaliście Zuzie! – gadałem bez sensu. Wybiegłem z pociągu za chłopcem i rzekomym „wujkiem”.
    -Stój! – wrzeszczałem, a oni przyśpieszyli kroku.

    Biegłem chwiejnie zataczając się wiedziałem, że nie mam szans w tym pościgu było już ciemno, prawie nic nie widziałem. Mężczyzna wziął chłopca na ręce i biegł do samochodu.
    -Zaraz mi ucieknie – pomyślałem – facet ma pewnie centralny zamek, wrzuci dzieciaka do auta i koniec, odjedzie. Teraz albo nigdy. Wyjąłem broń i strzeliłem.
    Upadli razem na beton, a ludzie z peronu zaczęli biec w moją stronę.

    Gdy tak stanąłem nad nimi zobaczyłem, że chłopak rozwalił sobie głowę o chodnik i się nie rusza.
    Rzekomy porywacz dostał w szyje i właśnie się wykrwawiał, przeraźliwie przy tym charcząc.
    Bujałem się tak ledwo stojąc gdy ktoś do mnie podszedł i próbował złapać. Przewróciłem się obok swoich ofiar. Straciłem przytomność.

    Ocknąłem się po chwili przy stole w salonie z pozwem na kolanach. Na podłodze leżała pusta butelka wódki.
    -To był sen? – pomyślałem i gorączkowo szukałem koperty zaadresowanej na komisarza – A może nie wyjąłem jej ze skrzynki?

    Chwiejnie wyszedłem przed dom i otworzyłem kluczykiem zielone pudełko przymocowane do furtki. Gdy tak wyciągałem kopertę poczułem nagle dziwne ciepło przy lewej łopatce, a za chwilę drugie uderzenie ciepła przy prawej. Odwróciłem się i zobaczyłem Ewę z „czerwonym” nożem w ręku, osunąłem się na ziemię. Czułem ból, nie mogłem oddychać. Gdy tak siedziałem wsparty o bramkę, Ewa otworzyła kopertę i położyła mi kartkę na kolanach.

    „Raz za mamę . Raz za Jurka.
    Ewa”

  103. Rafał pisze:

    — Czy coś ruszano w przedziale?
    — Niczego nie dotykano. Podczas oględzin starałem się nie przesunąć ciała.
    Poirot kiwnął głową. Rozejrzał się. Od razu uderzyło go przenikliwe zimno.
    Okno otworzono do oporu i odsunięto roletę.
    — Brrr… — wzdrygnął się Poirot.
    Jego towarzysz uśmiechnął się ze zrozumieniem.
    — Nie chciałem go zamykać — wyjaśnił.
    23
    Poirot starannie obejrzał okno.
    — Ma pan rację — oświadczył. — Tą drogą nikt nie opuścił przedziału. Możliwe,
    że okno zostawiono otwarte, aby to właśnie zasugerować, ale skoro tak, śnieg
    pokrzyżował plany mordercy.
    Pieczołowicie zbadał ramę okienną. Wyjąwszy z kieszeni małe pudełko,
    rozdmuchał odrobinę proszku.
    — Żadnych odcisków palców — stwierdził. — Co oznacza” że je wytarto. Cóż,
    nawet gdyby były, niewiele moglibyśmy się z nich dowiedzieć. Należałyby do
    monsieur Ratchetta, jego kamerdynera albo do konduktora. W dzisiejszych czasach
    przestępcy nie popełniają takich błędów.
    A skoro już przy tym jesteśmy — dodał pogodnie — to równie dobrze możemy to
    okno zamknąć. Bez wątpienia, tutaj jest lodownia!
    Wprowadził słowa w czyn i po raz pierwszy skierował uwagę ku nieruchomej
    postaci, spoczywającej na skotłowanej pościeli.
    Ratchett leżał na plecach. Kurtkę piżamy, przesiąkniętą rdzawymi plamami,
    miał rozpiętą, poły rozrzucone.
    — Musiałem sprawdzić, jakie mu rany zadano — tłumaczył lekarz.
    Poirot skinął głową. Pochylił się nad ciałem. Wreszcie wyprostował się,
    skrzywiwszy nieznacznie twarz.
    — Nie wygląda to zbyt ładnie — stwierdził. — Ktoś musiał stanąć nad nim i raz
    po raz zadawać mu ciosy. Dokładnie, to ile jest tych ran?
    — Ja doliczyłem się dwunastu. Jedna, dwie są do tego stopnia powierzchowne,
    że zdają się jedynie zadraśnięciami. Natomiast co najmniej trzy ciosy mogły być
    śmiertelne.
    Jakaś nuta w glosie lekarza przyciągnęła uwagę Poirota. Ostro spojrzał na
    lekarza. Mały Grek stał nie spuszczając wzroku z ciała, zmarszczywszy w
    zdziwieniu brwi.
    — Coś pana zdumiewa, tak? — spytał łagodnie detektyw. — Proszę powiedzieć,
    przyjacielu. Czy coś pana dziwi?
    — Nie myli się pan — przyznał tamten.
    — A cóż to takiego?
    — Widzi pan te dwie rany… o, tu i tutaj — pokazał je. — Są głębokie, obie
    musiały przeciąć liczne naczynia krwionośne, a jednak ich krawędzie nie
    rozstąpiły się.
    Nie krwawiły więc tak, jak można by się tego spodziewać.
    — Co wskazuje, że…
    — Że kiedy mu je zadano, ten człowiek już nie żył, i to od jakiegoś czasu.
    Ależ to jest z całą pewnością niedorzeczne.
    — Na to wygląda — zamyślił się Poirot. — Chyba że nasz morderca uznał, iż nie
    wykonał precyzyjnie swojej roboty, więc wrócił, żeby się całkiem upewnić. Ale to
    też jawna bzdura! Czy coś jeszcze?
    — Cóż, może tylko jedno.
    — Co takiego?
    — — Widzi pan tę ranę pod prawą pachą, tuż koło ramienia? Proszę wziąć mój
    ołówek. Czy zdołałby pan zadać taki cios? Poirot uniósł dłoń.
    — Précisément — stwierdził. — Rozumiem. Prawą ręką byłoby to niezmiernie
    trudne, prawie niewykonalne. W ten sposób uderzyć by mogła tylko osoba
    leworęczna. Lecz jeżeli ten cios zadano lewą ręką…
    — Właśnie, monsieur Poirot. Ten cios z całą pewnością wymierzono z lewej
    strony.
    — Więc nasz morderca jest mańkutem? Nic, to jeszcze bardziej skomplikowane,
    prawda?
    — Sam pan to powiedział, monsieur Poirot. Niektóre rany bezsprzecznie zadała
    osoba praworęczna.
    — Dwie osoby. Więc znów wracamy do dwóch osób — mruknął detektyw. Potem
    niespodziewanie spytał:
    — Czy paliło się światło?
    — Trudno powiedzieć. Pan wie, konduktor co rano wyłącza je koło dziesiątej.
    — Sprawdzimy to na kontakcie — orzekł Poirot.
    Zbadał wyłącznik górnego światła, a także lampki przy łóżku. Ten pierwszy był
    wyłączony, drugi również.
    24
    — Eh bien — zamyślił się Poirot. — Zakładamy więc hipotezę o Pierwszym i
    Drugim Mordercy, jak ujął to wielki Szekspir. Pierwszy Morderca zakłuł swoją
    ofiarę i opuścił przedział gasząc górne światło. Drugi Morderca nadciągnął w
    ciemnościach, nie zauważył roboty tamtego czy tamtej, i co najmniej dwukrotnie
    wymierzył ciosy w martwe już ciało. Que pensez vous de ça?
    — Wspaniale — orzekł entuzjastycznie mały doktor. Poirot zamrugał oczami.
    — Tak pan uważa? Bardzo mnie to cieszy. Gdyż wydawało mi się to nieco zbyt
    naciągane.
    — Ale jakież może być inne wytłumaczenie?
    — Takie właśnie pytanie i sobie zadaję. Czyżbyśmy mieli do czynienia ze z
    biegiem okoliczności? Czy są jakieś inne sprzeczności wskazujące na udział dwóch
    osób?
    — Mogę chyba powiedzieć, że tak. Niektóre ciosy, jak już wspominałem,
    wskazują na osobę słabą, na brak siły bądź determinacji. Te rany są ledwie
    draśnięciem. Natomiast ta… i ta tutaj… — wskazał. — Aby je zadać, trzeba
    dysponować wielką silą. One przebiły mięśnie.
    — I, pana zdaniem, są dziełem mężczyzny?
    — Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa.
    — Nie mogła wymierzyć ich kobieta?
    — Mogła, jeżeli była młoda, energiczna, wysportowana, a szczególnie gdy
    działała pod wpływem silnego wzburzenia. Według mnie jest to jednak wysoce
    nieprawdopodobne.
    Poirot milczał dłuższą chwilę.
    Jego towarzysz niespodziewanie zapytał:
    — Czy pan pojmuje, o co mi chodzi?
    — Doskonale — potwierdził Poirot. — Zagadki zaczynają się w cudowny sposób
    klarować! Morderca to mężczyzna dysponujący ogromną siłą, a przy tym słaby, był
    kobietą i zarazem osobą lewo– i praworęczną. Ach! C’est rigolo, tout ça\
    I przemówił z nagłym gniewom:
    — A ofiara?… Jak zachowywał się w tym wszystkim? Czy krzyknął? Walczył? Czy
    się bronił?
    Wsunął dłoń pod poduszkę i wyciągnął stamtąd automatyczny pistolet. Ten sam,
    który Ratchell pokazał mu ubiegłego dnia.
    — Proszę zobaczyć, pełny magazynek — stwierdził.
    Rozejrzeli się wokół siebie. Na ścianie, na wieszakach, wisiało ubranie
    Ratchetta. Na małym stoliku, tworzącym wieko zakrywające umywalkę, stały
    najrozmaitsze przedmioty — sztuczna szczęka w szklance z wodą, druga szklanka
    pusta, butelka wody mineralnej, pokaźna „piersiówka”, popielniczka z
    niedopałkiem cygara, jakieś zwęglone strzępy papieru, a także dwie wypalone
    zapałki. Doktor podniósł pustą szklankę i powąchał ją.
    — Oto wytłumaczenie inercji ofiary — powiedział cicho.
    — Uśpiono go?
    — Tak.
    Poirot skinął głową. Wyjął z popielniczki obie zapałki i starannie je
    obejrzał.
    — Czy one coś panu mówią? — dopytywał się mały lekarz.
    — Mają różne kształty — wyjaśnił Poirot. — Jedna jest bardziej płaska. Widzi
    to pan?
    — Takie można dostać w pociągu — powiedział doktor. — W tekturowym
    pudełeczku.
    Poirot przejrzał kieszenie ubrań Ratchetta. Po chwili z jednej z nich wydobył
    pudełko zapałek. Porównał je starannie. — tę hardziej okrągłą wypalił Ratchett —
    stwierdził. — Sprawdźmy, czy nie miał i tych płaskich.
    Dalsze poszukiwania nie przyniosły jednak rezultatów.
    Poirot wodził po przedziale wzrokiem bystrym i przenikliwym jak u ptaka.
    Można było być pewnym, że nic nie umknie jego uwadze.
    Ze stłumionym okrzykiem nachylił się, by podnieść coś z podłogi.
    Był to mały kwadracik niezwykle wyszukanego batystu. W rogu wyhaftowano
    monogram: „H”.
    — Damska chusteczka — orzekł lekarz. — — Nasz chef de train miał racje. W tym
    morderstwie maczała palce kobieta.
    25
    — I dla naszej wygody zgubiła chusteczkę? — parsknął Poirot. — Dokładnie tak,
    jak to się zdarza w powieściach czy na filmach. A żeby nam jeszcze hardziej
    ułatwić życie, chusteczkę oznaczono inicjałem.
    — Jakiż to dla nas szczęśliwy traf! — zachwycił się, doktor.
    — Prawda? — spytał Poirot.
    Ton jego głosu zdziwił Greka.
    Lecz nim zdołał poprosić o wyjaśnienie, Poirot ponownie zanurkował.
    Tym razem na wyciągniętej dłoni trzymał — wycior do fajki.
    — Może to własność Hatchella? — zasugerował doktor.
    W jego kieszeniach nie było ani fajki, ani tytoniu, ani kapciucha.
    — A więc to ślad.
    — O, bezsprzecznie. I tym razem uprzejmie pozostawiony. Proszę zauważyć, że
    teraz wskazuje na mężczyznę! W lej sprawie nie można narzekać na brak poszlak.
    Wręcz mamy ich nadmiar. A przy okazji, co panowie zrobiliście z narzędziem
    zbrodni?
    — Nie było po nim nawet śladu. Morderca musiał je zabrać ze sobą.
    — Ciekawe, dlaczego — zadumał się Poirot.
    — Ach! — Lekarz ostrożnie badał zawartość kieszeni kurtki od piżamy
    zamordowanego.
    — Przeoczyłem to — tłumaczył się. — Odpiąłem górę piżamy i rozsunąłem poły.
    Z kieszeni na piersi wydobył zloty zegarek. z okrutnie powygniataną kopertą i
    wskazówkami zatrzymanymi na kwadransie po pierwszej.
    — Widzi pan?! — krzyknął skwapliwie lekarz. — Oto mamy godzinę popełnienia
    morderstwa. Zgadza się z moimi obliczeniami. Mówiłem przecież, że dokonano go
    między północą a drugą nad ranem, najpewniej zaś koło pierwszej. Choć w takich
    sprawach trudno jest mieć absolutną pewność. Eh bien, a oto i potwierdzenie.
    Kwadrans po pierwszej. Godzina zbrodni.
    — Tak, to możliwe. Oczywiście możliwe.
    Lekarz popatrzył zdziwiony.
    — Proszę mi wybaczyć, monsieur Poirot, ale niezupełnie rozumiem.
    — Ja sam siebie nie rozumiem — powiedział Poirot. — Niczego nie pojmuję i,
    jak to pan może sam zauważył, nie daje mi to spokoju.
    Westchnął i pochylił się nad stolikiem, badając zwęglony skrawek papieru.
    Mruknął pod nosem:
    — W tej chwili potrzebne mi jest niemodne pudło na damskie kapelusze.
    Doktor Constantine nie bardzo wiedział, jak wytłumaczyć sobie to osobliwe
    żądanie. Tak czy owak, Poirot nie dał mu czasu na pytania. Otworzywszy drzwi na
    korytarz, zawołał konduktora. Ten pojawił się w mgnieniu oka.
    — Ile kobiet podróżuje w tym wagonie?
    Konduktor policzył na palcach.
    — Jedna, dwie, trzy… sześć, monsieur. Starszawa Amerykanka, Szwedka, młoda
    Angielka, hrabina Andrenyi i madame la princesse Dragomiroff z pokojówką.
    Poirot zastanowił się.
    — I wszystkie mają pudła na kapelusze, czyż tak?
    — Tak, monsieur.
    — Proszę więc przynieść mi… zaraz, zaraz… tak, pudło Szwedki i pokojówki. W
    nich dwóch nasza jedyna nadzieja. Proszę wytłumaczyć, że to w związku z
    przepisami celnymi, cokolwiek zresztą, co przyjdzie panu do głowy.
    — Nie będzie żadnych trudności, monsieur. Ani jednej z tych kobiet nie ma w
    tej chwili w przedziałach.
    — Proszę się więc pospieszyć.
    Konduktor wybiegł. Wrócił z dwoma pudlami. Poirot otworzył należące do
    pokojówki i odsunął je na bok. Potem otworzył pudło Szwedki i wydal okrzyk
    zadowolenia. Usunąwszy ostrożnie kapelusze, odsłonił koliste wybrzuszenia
    drucianej siatki.
    — Tego właśnie nam było trzeba. W ten sposób produkowano pudła na kapelusze
    piętnaście lat temu. Kapelusz przymocowuje się szpilkami do oczek siatki.
    Mówiąc to, wprawnie odłączył dwa wiązania. Potem na powrót ułożył kapelusze w
    pudle i polecił konduktorowi odnieść je na miejsce.
    Kiedy zamknęły się za nim drzwi, zwrócił się do lekarza:
    26
    — Widzi pan, mój drogi doktorze, ja nie zaliczam się do osób, które polegają
    na ekspertyzie fachowców. Ja szukam śladów w psychologii, a nie w odciskach
    palców czy popiele z papierosów. Ale w tej kwestii z przyjemnością skorzystam z
    odrobiny naukowej pomocy. W przedziale jest mnóstwo śladów, lecz skąd mogę mieć
    pewność, iż są one rzeczywiście tym, czym się wydają?
    — Nie całkiem pana rozumiem, monsieur Poirot.
    — Cóż, żeby dać panu przykład: znaleźliśmy damską chusteczkę. Czy zgubiła ją
    kobieta? Czy może jakiś mężczyzna, popełniając morderstwo, pomyślał sobie:
    „Zrobię to tak, żeby wyglądało na zbrodnię dokonaną kobiecą ręką. Wymierzę
    swojemu wrogowi nadmierną ilość ciosów, niektóre słabe i powierzchowne, a potem
    podrzucę chusteczkę tak, by nic mogła ujść niczyjej uwagi”. To jedna z
    możliwości. Jest także i inna. Czy Ratchetta zabiła kobieta, która umyślnie
    zostawiła wycior do fajki, żeby wszystko to wyglądało na robotę mężczyzny? Czy
    może powinniśmy na serio założyć, że dwoje ludzi — mężczyzna i kobieta — każde z
    osobna jest w to zamieszane i że każde z nich było na tyle nieostrożne, by
    pozostawić ślad wskazujący na ich tożsamość? To trochę za wicie zbiegów
    okoliczności!
    — Ale co z tym wszystkim ma wspólnego pudło na kapelusze? — dopytywał się
    wciąż zdumiony lekarz.
    — Ach! Już do tego zmierzam. Jak mówiłem, te poszlaki, wskazówki zegarka na
    kwadrans po pierwszej, chusteczka, wycior do fajki mogą być albo prawdziwe, albo
    mają wyprowadzić nas na manowce. Tego jeszcze nie potrafię powiedzieć. Istnieje
    jednak jeden ślad, który, jak sądzę — choć i tutaj mogę się mylić — nie został
    spreparowany. Chodzi mi o tę płaską zapałkę, monsieur le docteur. Uważam, że tej
    zapałki używał morderca, a nie Ratchett. Skorzystano z niej, by spalić jakiś
    kompromitujący kawałek papieru. Jeżeli tak, to w tym liście musiał kryć się
    jakiś błąd, jakaś pomyłka, która zostawiłaby wskazówkę co do tożsamości
    mordercy. A moim zamiarem jest podjęcie próby odtworzenia tego, co w tym liście
    było.
    Wyszedł z przedziału i wrócił po chwili z małą kuchenką spirytusową oraz parą
    szczypczyków.
    — Korzystam z nich przy pielęgnacji wąsów — wyjaśnił zastosowanie drugiego z
    przedmiotów. Lekarz obserwował go z najwyższym zainteresowaniem. Poirot odgiął
    dwa druciane oczka z pudla na kapelusze i z największą ostrożnością owinął jedno
    z nich strzępem spalonego papieru. Umocował drugim drucikiem i, chwyciwszy
    szczypczykami oba końce, przytrzymał papier nad płomieniem kuchenki
    spirytusowej.
    Doktor nie spuszczał z niego oka. Metal począł się żarzyć. Nagle lekarz
    zobaczył blado zarysy liter. Powoli tworzyły się z nich słowa — pisane ogniem.
    Skrawek papieru był mikroskopijny. Ukazały się tylko trzy słowa i fragment
    czwartego:
    „…taj małą Daisy Armstrong”.
    — Ach! — krzyknął ostro Poirot.
    — Czy to coś panu mówi? — dopytywał się lekarz. Poirotowi rozbłysły oczy.
    Ostrożnie odłożył szczypczyki.
    — Owszem — potwierdził. — Wiem, jak naprawdę nazywał się zmarły. I wiem,
    dlaczego musiał opuścić Amerykę.
    — Jak brzmiało jego nazwisko?
    — Cassetti.
    — Cassetti. Constantine zmarszczył brwi. — Coś mi to przypomina. Coś sprzed
    kilku lat. Nie mogę sobie skojarzyć… Jakaś głośna historia w Ameryce, czyż tak?
    — Zgadza się — potwierdził Poirot. — Pewna sprawa w Ameryce.
    Niczego więcej jednak detektyw nie kwapił się wyjawić. Rozejrzał się dokoła i
    powiedział:
    — Niebawem i do tego przejdziemy. Teraz upewnijmy się jeszcze, że nic nie
    przeoczyliśmy.
    Szybko i wprawnie przetrząsnął po raz drugi kieszenie zmarłego, ale nie
    znalazł nic godnego uwagi. Spróbował otworzyć drzwi łączące ten przedział z
    sąsiednim, te jednak były zaryglowane z drugiej strony.
    27
    — Jednego nie rozumiem odezwał się doktor Constantine. Jeżeli morderca nie
    uciekł przez okno, jeżeli te drzwi zamknięto od tamtej strony, a na dodatek
    drzwi wiodące na korytarz zamknięto nie tylko od wewnątrz, ale jeszcze
    zabezpieczono łańcuchem, to w jaki sposób morderca opuścił przedział?
    — To właśnie jest to, co mówi publiczność, kiedy osoba ze spętanymi rękami i
    nogami, zamknięta w skrzyni, znika…
    — Pan myśli…
    — Myślę — powiedział Poirot — że jeżeli morderca chciał, byśmy uwierzyli, że
    wyszedł oknem, dopatrzył, aby wyglądało na to, iż ucieczka dwoma innymi
    wyjściami była niemożliwa. Jak w przypadku owego „znikającego ze skrzyni
    człowieka”… To sztuczka. Naszym zadaniem jest dowiedzieć się, na czym ona
    polega.

  104. Marzena G pisze:

    W każdej kryminalnej powieści mamy do czynienia z walką dobra ze złem – jest czarny charakter i obrońca sprawiedliwości. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że dobro i zło Jeff Lindsay połączył w jedno.

    Dexter Morgan jest policjantem, pracuje w laboratorium kryminalistycznym i pomaga ująć groźnych przestępców stanowiących zagrożenie dla społeczeństwa. Przeżywa te same rozterki co każdy z nas – stresująca praca, konflikty rodzinne, problemy sercowe. I wszystko byłoby w porządku, gdyby tylko o zmroku, gdy Dexter samotnie jedzie przez miasto, nie dosiadał się do niego pewien pasażer. I gdyby tylko
    z tylnego siedzenia nie dobiegał głos, od którego nie może się uwolnić, którego nie może zignorować… Dexter wie doskonale, że musi zrobić to, co każe mu głos. Dlaczego? Bo to jego własny głos – drugie “ja”, które jest w każdym z nas. Ciemna strona Dextera sprawia, że seryjni mordercy grasujący na terenie miasta giną
    w dziwnych okolicznościach, a sprawca pozostaje nieuchwytny. Bo jak złapać mordercę, który jest przecież tropicielem, który wie doskonale, czego będzie szukać policja?
    Jeśli myślisz, że zawsze wybór między dobrem i złem jest prosty, że czarne to czarne, a białe to białe – poznaj “Demony Dextera”, które nie opuszczają go ani na chwilę, przez które powstał specyficzny “Dekalog Dextera”. Poznaj też “Dylematy Dextera”, z którymi musi się mierzyć każdego dnia. I w końcu “Dzieło Dextera”, gdy już mroczny pasażer przesiądzie się z tylnego siedzenia za kierownicę…

  105. bazyl pisze:

    Wielu słynnych detektywów zostało już wymienionych: S. Holmes, Marple, Poirot, Sejer, Wallander itd. Ja jednak chciałbym przypomnieć że ktoś musiał być tym pierwszym. Ten który stał się potem wzorem, ikoną czy wręcz przeciwieństwem dla późniejszych tropicieli złoczyńców. To właśnie C. Auguste Dupin stworzony przez wybitnego E.A.Poe nim był. Chociaż był bohaterem tylko trzech opowiadań(jaka szkoda) to odcisnął na stałe ślad w literaturze. Jego zdumiewająca dedukcja,maniery połączone z wyobcowaniem stworzyły postać niesamowitą, ekscentryczną. Któż jak nie on mógłby wpaść na trop podejrzanego którym okazał się a jakże… orangutan. To on jako pierwszy w historii profiler wkradł się w umysł przestępcy aby odzyskać skradziony przez niego cenny list. Ja żałuję tylko że mistrz Poe nie uczynił go bohaterem jeszcze kilku choćby opowiadań w których moglibyśmy podziwiać kunszt wspaniałego C. Auguste Dupina

  106. ola>46 pisze:

    Tajemnica z przeszłości sięgająca czasów II Wojny Światowej książka C.Lackberg “Niemiecki bękart”jest kontynuacją sagi kryminalnej ,której bohaterami są Patryk Hedstrom i jego partnerka życiowa Eryka Falk .Cała historia zaczęła się właśnie od niej gdy na strychu znalazła dziecięcy zakrwawiony kaftanik i hitlerowski medal .Wiedziona ciekawością co te rzeczy robią na strychu i do kogo należą poszła do Erika Frankla emerytowanego nauczyciela historii.I od tego ruszył łańcuszek krwawych zdarzeń.
    Najpierw dwaj nastolatkowie znajdują Eryka Frankla martwego w jego własnym domu .
    Włamali się do jego domu ,żeby zobaczyć rzeczy gromadzone przez niego i jego brata Axela który zajmował się ściganiem przestępców wojennych.Pytanie dla policji kto i dlaczego zamordował spokojnego staruszka .
    Śledztwo prowadzone przez policje prowadzi do Franca Ringholma zagorzałego nazisty który w młodości przyjaźnił się z braćmi Frankl .Z listów które pisał Ringholm do ofiary wynikało że mu groził.Chodziło mu żeby Eryk z bratem zaprzestali ścigać faszystów .Tym sposobem stał się głównym podejrzanym .W miedzy czasie Eryka zaczęła prowadzić swoje własne śledztwo.Wyszło bowiem że Eryk Frankl został zamordowany dwa dni po jej wizycie u niego .Poza tym znalazła na dnie kufra gdzie był kaftanik i medal stare zeszyty swojej matki które okazały się pamiętnikiem .Matka Eryki pisze w nich że ona, Eryk i Axel Frankl,Franc Ringholm i Britta byli w młodości przyjaciółmi.Poza tym z zapisków matki wynikało że była ona osobą miłą ,ciepłą i kochającą .Dlaczego nigdy nie okazywała tych uczuć swoim córką .Po odpowiedź na to i wiele innych Eryka postanowiła udać się do przyjaciółki matki z dawnych lat Britty.Od niej dowiedziała się niewiele tylko o jakiś kościach które zostały pochowane .Britta miała alchalmera i zdarzenia z przeszłości mieszały jej się z teraźniejszością .Ale morderca nie spał .Dowiedział się o rozmowie Eryki z Brittą i ona również straciła życie .Nie wiem czy mam streścić całą książkę wolałabym zachęcić do przeczytania całej sagi kryminalnej Camilli Lackberg .Mogę jedynie jeszcze zdradzić że rozwiązanie zagadki sięga czasów II wojny światowej .Kiedy to Axsel trafia do więzienia w Grini pod Oslo jak został aresztowany za przewożenie kontrabandy .I jak tam traci wiarę w człowieka .Strażnik o którym myślał że jest mu przychylny okazuje się jego oprawcą .Uderza go go kolbą karabinu w głowę w wyniku czego traci słuch .Pod koniec wojny do wioski Fjallbaka gdzie mieszka piątka przyjaciół przypływa na kutrze ojca Elsy (matka Eryki Falk)uciekinier ruchu oporu Hans Olavsen.Zostaje przez wszystkich przyjęty życzliwie .A szczególnie przez Elsy .Zakochują się w sobie i po pół roku mieszkania u rodziny Falk okazuje się że Elsy jest w ciąży .Jest koniec wojny .Hans postanawia jechać do domu zobaczyć co słychać u jego matki i ogłosić jej radosną nowinę .Pakując się zostawia w szufladzie Krzyż Żelazny który należał do jego ojca za jego zasługi dla kraju .Kim naprawdę jest Hans Olavsen ? Następnie idzie do Eryka żeby prosić go o opiekę nad Elsy gdy go nie będzie .Eryk obiecuje że zaopiekuje się Elsy ale chce również przedstawić mu swojego brata który wrócił z więzienia .Konfrontacja między Axselem a Hansem wychodzi krwawo .Axsel w Hansie rozpoznaje swojego oprawcę z więzienia .Co stało się z Hansem w domu braci ,że to zaważyło na całym życiu całej piątki przyjaciół i wywołało tak tragiczne wydarzenia 40 lat później .Co stało się z Elsy i jej dzieckiem.Elsy która z ciepłej ,życzliwej i potrafiącej kochać osoby stała się zimna i nieprzystępna .I przede wszystkim komu tak bardzo zależało żeby tajemnica sprzed 40 lat nie została odkopana że był gotów zabić dwoje ludzi .Rozwiązanie tych zagadek jest w książce Camilli Lackberg pt”Niemiecki Bękart”.Życzę miłej lektury na wakacje i zachęcam do przeczytania wszystkich części sagi .

  107. Cintryjka pisze:

    Nagły zgon 38-letniego generała Michaiła Sobolewa , stanowiący osnowę fabuły czwartej z cyklu powieści Borysa Akunina o Eraście Fandorinie, Śmierci Achillesa, po przeprowadzeniu sekcji zwłok uznany został za naturalny. W opinii profesora medycyny sądowej Wellinga, który przeprowadzał sekcję: “Nic podejrzanego nie stwierdzono. Zrobię jeszcze analizy w laboratorium, ale jestem całkowicie przekonany, że czynności życiowe ustały w wyniku paraliżu mięśnia sercowego. Stwierdziłem także paraliż lewego płuca, ale to najprawdopodobniej nie przyczyna, lecz skutek. Śmierć nastąpiła momentalnie.” Nawet gdyby w pobliżu znalazł się medyk, nie udałoby się uratować generała. W rzeczywistości generał został zamordowany, jednak była to zbrodnia obmyślona i wykonana tak doskonale, że gdyby sam sprawca, Achimas Welde, nie zdradził, jakim narzędziem się posłużył, zagadka byłaby niemożliwa do rozwikłania.
    Trucizna, która zabiła generała, zniknęła z jego organizmu po kilku godzinach, a ze względu na fakt, że zgon nastąpił w mieszkaniu luksusowej kurtyzany, świta Sobolewa zatroszczyła się o to, by nie został przedwcześnie odkryty i nie splamił reputacji bohatera narodowego. Adiutanci przewieźli zwłoki z powrotem do hotelu i „znaleźli” je dopiero następnego dnia rano.
    Za śmierć generała Achimas Welde otrzymał honorarium w wysokości miliona rubli, zlecenie było jednak bardziej skomplikowane niż tylko „zabić obiekt”. Dlatego zleceniodawca wybrał właśnie Weldego. Był on płatnym zabójcą z dwudziestoletnim doświadczeniem, o sławie niezawodnego profesjonalisty. W całej swojej karierze nie wykonał tylko dwóch zleceń, których się podjął. Jednym z nich było zabójstwo rejestratora kolegialnego Fandorina, zlecone przez organizację Azazel, z którą Weldego wiązał w swoim czasie długoterminowy i lukratywny kontrakt. Przy pierwszej próbie – zadźgania nożem – ofiarę ocalił gorset z łuski wieloryba, a przy drugiej, kiedy Achimas posłużył się ładunkiem wybuchowym, po prostu przypadek. We wspomnianej eksplozji zginęła żona Fandorina.
    Zadanie, którego wypełnienia żądał tajemniczy NN, nawet taki fachowiec jak Welde uznał za prawdziwe wyzwanie.
    “Zgodnie z klasyfikacją, którą niegdyś Achimas opracował[...] zaliczało się do czwartej, najwyższej kategorii trudności: potajemne zabójstwo znanej osoby w maksymalnie krótkim terminie i z dodatkowymi warunkami.”
    Na realizację misji miał trzy dni, później Sobolew miał odbyć spotkania, do których, zgodnie z intencją zleceniodawcy, nie powinno dojść. Musiał upozorować naturalną śmierć, żeby nie wywołać wybuchu niezadowolenia społecznego – generał, bohater wojny z Turcją, cieszył się poparciem wszystkich warstw społecznych i miał bez mała status bohatera narodowego. Właśnie jego popularność stała się przyczyną wydania na Sobolewa wyroku śmierci. Świadomy swojej siły i posiadanego poparcia, „Achilles” planował przewrót na wzór thermidoriańskiego. Wiadomość o spisku wydostała się jednak poza krąg wtajemniczonych i wywołała reakcję carskiego dworu – decyzję o likwidacji jego przywódcy. Sama śmierć mogła jednak nie wystarczyć do powstrzymania puczu. Dlatego ofiarę należało skompromitować w oczach wspólników – tak, by stracili zapał do „wypełniania testamentu”.
    “Naturalną, niebudzącą podejrzeń śmierć można było zadać jedynie za pomocą trucizny. Nieszczęśliwy wypadek nie wchodził w grę – to zawsze wygląda podejrzanie.”
    Jak podać truciznę człowiekowi, którego każdy posiłek jest dwukrotnie sprawdzany – przez ordynansa i kamerdynera? Po przestudiowaniu szczegółowego dossiers Sobolewa, skompletowanego i dostarczonego przez zleceniodawcę, Achimas odkrył jego słaby punkt: przyszły wybawiciel Rosji oświadczył się niedawno kochance, której był wierny od ponad dwóch lat, a ona go nie przyjęła. Zabójca postanowił zatem wynająć prostytutkę i za jej pośrednictwem podsunąć obiektowi truciznę. Aby mieć pewność, że przynęta „chwyci”, zażądał szczegółowego opisu ukochanej ofiary i znalazł kobietę do niej podobną. Rzecz jasna, nie wtajemniczał jej w szczegóły swojego planu. Podał się za kupca, prezesa towarzystwa handlowego z rodzinnych stron generała, którego członkowie postanowili zrobić bohaterowi anonimowy prezent. Zapłacił dziesięć tysięcy rubli – tyle zazwyczaj odkładała przez pół roku, a ponadto obiecał „uwolnić” ją od rezydenta niemieckiego wywiadu w Moskwie, dla którego pracowała. Kiedy kurtyzana zawierała znajomość z Sobolewem w restauracji, Welde włamał się do jej buduaru i podmienił kupioną wcześniej butelkę ulubionego trunku „Achillesa” – chateau d’yqueme – na identyczną, ale zawierającą kluczowy „dodatek”.
    “W danym przypadku idealnie nadawał się ekstrakt soku paproci znad Amazonki. Dwie krople bezbarwnego i niemal pozbawionego smaku płynu wystarczały, żeby u zdrowego człowieka przy nieznacznym przyspieszeniu bicia serca nastąpił paraliż oddechu i pęknięcie mięśnia sercowego.[....]Nikomu nie przyjdzie do głowy podejrzewać otrucia. W każdym razie po paru godzinach śladów trucizny już nie uda się wykryć.”
    Założenia te w pełni potwierdziły przytoczone wyżej wyniki sekcji zwłok. Zresztą, profesjonalista tej klasy nie zaryzykowałby użycia nieznanej sobie i niesprawdzonej empirycznie substancji.
    “Środek był pewny, wielokrotnie wypróbowany. Ostatni raz Achimas użył go przed dwoma laty, wypełniając zamówienie pewnego londyńskiego nicponia, który chciał się pozbyć wujka milionera. [...] Doświadczenie pokazywało, że na silnego młodego mężczyznę preparat podziała wtedy, gdy puls osiąga osiemdziesiąt do osiemdziesięciu pięciu uderzeń na minutę.”
    Niektóre gatunki paproci, np. narecznica samcza, istotnie są trujące i mogą spowodować śmierć w wyniku paraliżu u kładu oddechowego, jednak w przebiegu zatrucia występuje również szereg innych, zdecydowanie „podejrzanych” objawów. Poza tym jest to proces dłuższy, a nie natychmiastowy. Można zatem przyjąć założenie, że trucizna, a w szczególności sposób jej działania, jest dziełem wyobraźni autora. Potwierdza to zwłaszcza fakt, że mimo tak błyskawicznego działania, wskazującego na bardzo wysoką toksyczność substancji, pozostaje ona nieszkodliwa, o ile nie nastąpi odpowiednio gwałtowne przyspieszenie tętna. Przy londyńskim zleceniu Achimas wypił wraz z ofiarą zatrutego szampana, a potem szepnął staruszkowi, że siostrzeniec chce go wykończyć, co zagwarantowało pożądany efekt. Zabójca wrócił do hotelu powolnym, miarowym krokiem, żeby trucizna mogła się rozpłynąć i osłabnąć – i już był bezpieczny.
    Ostatnim interesującym aspektem sprawy Sobolewa jest fakt, że z formalnego punktu widzenia nie można w tym wypadku mówić o zabójstwie, ale jedynie o egzekucji. Achimas nie chciał przyjąć zlecenia, obawiając się, że po jego wypełnieniu sam zostanie wyeliminowany jako niewygodny świadek. Klient przekonał go następująco: “Niech pan wie, panie Welde, że w tym wypadku nie ma mowy o żadnej zbrodni, bowiem Sobolew został skazany na śmierć przez sąd, w którym zasiedli najwyżsi dostojnicy imperium. Z dwudziestu[...]sędziów za karą śmierci głosowało siedemnastu.[...]Sąd był tajny, mimo to w pełni legalny.” Sprawca był zatem nie kim innym, a katem, działającym w imieniu i z mocy prawa.

    Wszystkie przytoczone w tekście cytaty za:B. Akunin, Śmierć Achillesa, Świat Książki, Warszawa 2003

  108. blebleble0802 pisze:

    Inteligencja, cięty humor, dobre serce, styl, umiejętność jednoczenia sobie ludzi… Cechy te, których tak często szukamy u drugiego człowieka, rzadko są domeną tylko jednej osoby. Można je jednak znaleźć cofając się w czasie do Anglii z lat trzydziestych. To właśnie tam mieszka niski, nie rzucający się w oczy Belg – człowiek o wielkim umyśle, używający wręcz z namaszczeniem istoty szarej swojego mózgu. Do życia potrzebuje tylko dwóch rzeczy- dobrego jedzenia i… zagadek kryminalnych.
    Czytając książki o Herkulesie Poirot przenosimy się nie tylko w świat wysublimowanych morderstw. Chcemy być również na miejscu zbrodni- nieważne, czy złym krewnym, czy piękną kochanką zamordowanego bogacza. Chcemy tam być ze względu na towarzystwo głównego bohatera i doskonałego prywatnego detektywa. Przy nim czujemy się bezpieczni i potrzebni. Monsieur Poirot z każdej kobiety uczyni gwiazdę, a jego nienaganne maniery powinny być przykładem dla niejednego nieokrzesanego mężczyzny. Zawsze wystrojony w garnitur i melonik; lśniące buty i podkręcony wąs są jego znakami rozpoznawczymi. Wydawałoby się, że ten wielki detektyw nie bez powodu nosi imię mitycznego bohatera. Pan Herkules bowiem, mimo swej niewielkiej budowy ciała, jest herosem w każdym calu. Czytając jego przygody chciałoby się być Hastingsem lub panną Lemon. Mężczyźni po zakończeniu lektury zapewne pragną być najlepszym “amigo” Poirota, który ganiłby ich za lekkomyślność i śmiał się z ich błędów, jednocześnie nagradzając swoją lojalnością. Kobiety marzą, by być dla detektywa “tą jedyną”, ponieważ mądrość, elokwencja, ironiczne powiedzonka Herkulesa, a także jego pedantyzm potrafią zaimponować wielu przedstawicielkom płci żeńskiej. Jest on bowiem “żonglerem”, który jak sam o sobie pisze w “Niemym świadku”, gdy “nadejdzie moment finałowy jedną po drugiej łapie wszystkie piłeczki, kłania się i schodzi ze sceny”. Schodzi ze sceny w wielkiej krasie – o tak! Jego wady są jednocześnie jego zaletami, rozdrażnienie jakie czuje czytelnik, gdy Poirot działa nie po jego myśli jest natomiast napędem do dalszego odkrywania tajemnicy i… powodem sympatii. Nawet dla potencjalnych przeciwników jego psychologicznych metod rozwiązywania zagadek, jak np. dla inspektora Jappa, detektyw jest przyjacielem i powiernikiem.
    Szukając więc ideału należy w pierwszej kolejności sięgnąć po kryminał z Herkulesem Poirot. Można się w nim albo zakochać, albo być moralnym przeciwnikiem. Wybór należy do Ciebie!

  109. Kokon pisze:

    Nareszcie! Powrót do pracy!
    Zaraz… Czy mnie to powinno cieszyć?
    Blizny jeszcze świeże – oczywiście na psychice, bo te fizyczne, na brzuchu w ciągu roku powinny zagoić się dobrze. Przynajmniej taką mam nadzieję.
    No, najwyższy czas wziąć się do roboty. Myślałem, że powrót do komendy policji w Aberdeen obejdzie się bez większych rewelacji. Ech, gdybym wiedział, w jakim błędzie byłem. Przekroczyłem tylko próg i zaczęło się – jedni patrzą na mnie jak na bohatera, inni wydają się dziwnie niezadowoleni.
    Inspektor Steel, stara lesbijka, wymyśliła dla mnie iście genialne przezwisko: Łazarz. Jak dla gościa, który otarł się o śmierć, może i pasuje, ale jara się tym tylko i wyłącznie szanowna pani inspektor. I jej to wystarczy.
    Isobel mnie unika. Nie wiem kiedy dokładnie to się stało, ale najwyraźniej nie jesteśmy razem. Musiała zmienić zdanie, gdy ratowałem ją z rąk nożownika na dachu budynku… No cóż, nic na to nie poradzę, choć irytuje mnie, gdy widzę naszą kochaną patolog w ramionach tego zidiociałego żurnala, Millera.
    Przynajmniej ja zdobyłem serce Jackie… Całe szczęście, bo gdyby to ona zdobywała moje, wyglądało by to jak bitwa pod Hastings. Swoją drogą zastanawiające, że zamieniłem twardą, silną, bezpośrednią dziewczynę na jeszcze twardszą, silniejszą i bardziej bezpośrednią.
    Zanim dobrze siądę na tyłku, już czuję woń słodyczy. Nieważne co to: czekolada, landrynki, żelki. Co by to nie było, oznacza jedno – Insch. Drogi pan inspektor stawia kroki niczym słoń, taszcząc hipopotamie ciało korytarzami komendy. I wiem, że za chwilę dostanę kolejne zadanie. I następne. I jeszcze na odchodnym przypomni mu się, żebym mu zrobił kawę. Ech…
    A co ja robię w środku tego wszystkiego? Cóż… robię swoje. Próbuję ogarnąć to, co dzieje się w Granitowym Mieście, ścigając morderców, pedofilów, podpalaczy, dilerów, mężczyzn, kobiety, a nawet dzieci! W tym mieście do więzień trafiają całe rodziny. A przynajmniej powinny. Moim zadaniem jest zatroszczenie się, by tak było.
    Nazywam się McRae. Sierżant Logan McRae.
    Poczytaj sobie o mnie u Stuarta MacBride’a.

  110. Martyna pisze:

    Wakacje już trwają na całego, jednak pogoda zbytnio nie dopisuje, czas więc zabrać się za dobry kryminał. Po przejściach i trudnej sesji, w trakcie której jedynymi książkami były “Mikroekonomia” i ” System finansowy w Polsce” miałam ochotę na kryminał, od którego nie będę mogła się oderwać, myślę że nie jeden z was także! Oczywiście świetnym wyborem okazała się niezawodna Agata Christie ” I nie było już nikogo”.
    Zbrodnia doskonała? Oczywiście lektura kryminałów uczy nas, że taka jest niemożliwa, bo morderca zawsze pozostawia po sobie ślad… jednak ta na Wyspie Żołnierzyków- morderstwo dziesięciu osób wydaje się być zbrodnią doskonałą, taką, której ani policja ani wnikliwy czytelnik nie rozszyfruje do końca, pełna tajemic i niedopowiedzeń. Zbrodnia taka zawsze zostawia cień wątpliwości, jednak ta popełniona z dbałością o każdy, najmniejszy nawet szczegół, niewyjaśniona przez samego mordercę, mogłaby pozostać tajemnicą na zawsze. Morderca, który popełnia zbrodnię we wręcz artystyczny sposób, potrzebuje po wszystkim również aplauzu, dlatego też Lawrence Wargrave wyjaśnia sposób morderstwa dziewięciu osób i samobójstwa, które popełnił w liście zamieszczonym w butelce i wrzuconym do wzburzonego morza.
    W dobrym kryminale, takim od którego trudno się oderwać do ostatniej strony, nawet jeśli obiad się przypala, a my na to nie zwracamy uwagi, ponieważ książka tak nas wciągnęła ważne jest napięcie i oczekiwanie na wyjaśnienia ze strony autora, lub próba odszyfrowania zbrodni przez siebie samego. W książce “Nie było już nikogo”, napisanej przez niekwestionowaną mistrzynię kryminału i intrygi, rozwiązanie zagadki Wyspy Żołnierzyków znajdziemy dopiero na samym końcu, jednak przedtem czeka nas dziesięć fascynujących zbrodni, które możemy próbować rozszyfrować na własna rękę, jednak jest to nie lada wyzwanie. Wyspa Żołnierzyków, na której w określonej kolejności ginie dziesięć osób, to idealna lektura na letni wieczór, szczególnie, że osoby te giną jak w wierszyku dla dzieci :
    “Raz dziesięciu żołnierzyków
    Pyszny obiad zajadało
    Nagle jeden się zakrztusił-
    I dziewięciu pozostało.

    Tych dziewięciu żołnierzyków
    Tak wieczorem balowało,
    Że aż jeden rano zaspał-
    Ośmiu tylko pozostało.

    Ośmiu dziarskich żołnierzyków
    Po Devonie wędrowało,
    Jeden zostać chciał na zawsze…
    No i właśnie tak się stało.

    Ośmiu żołnierzyków zimą
    Do kominka drwa rąbało,
    Jeden zaciął się siekierą-
    Sześciu tylko pozostało.

    Sześciu wkrótce znęcił miodek;
    Gdy go z ula podbierali,
    Pszczoła ukłuła jednego
    I tylko w piątkę zostali.

    Pięciu sprytnych żołnierzyków
    W prawie robić chce karierę;
    Jeden już przymierzył togę…
    I zostało tylko czterech.

    Czterech dzielnych żołnierzyków
    Raz po morzy żeglowało;
    Wtem wychynął śledź czerwony,
    Zjadł jednego, trzech zostało.

    Trójka miłych żołnierzyków
    Zoo sobie raz zwiedzała;
    Gdy jednego ścisnął niedźwiedź-
    Dwójka tylko pozostała.

    Dwóch się w słonku wygrzewało
    Pod błękitnym, czystym niebem,
    Ale słońce tak przypiekło,
    Że pozostał tylko jeden.

    A ten jeden, ten ostatni
    Tak się przejął dolą srogą,
    Że aż z żalu się powiesił,
    I nie było już nikogo.

  111. majtkinadrodze pisze:

    “Katie Maguire” to tytuł książki Grahama Mastertona, a zarazem imię i nazwisko głównej bohaterki. Niewysokiej, zielonookiej nadinspektor mieszkającej i pracującej w pewnej Irlandzkiej miejscowości. Chciałbym opisać śledztwo, które prowadziła, chociaż nie jest to typowy kryminał.
    Wszystko zaczyna się od odnalezienia szkieletów na farmie Meagherów; rytualny mord sprzed osiemdziesięciu lat, wychodzi na jaw. Śledczy kompletują pozostałości po jedenastu kobietach. Wysoko postawieni funkcjonariusze próbują jednak zamknąć sprawę, która wyraźnie prowadzi do konfliktu między Irlandią a Wielką Brytanią.
    Świeże zwłoki nie pozwalają im na to. Na farmie pojawiają się obdarte z mięsa kości, starannie ułożone lub powbijane w ziemię. W górnej części obu kości udowych, z dziurek wywierconych w stawach, zwisają szmaciane laleczki z powbijanymi haczykami, gwoździami i pineskami – tak jak w ciałach znalezionych wcześniej.
    Katie i jej współpracownicy wysnuwają przypuszczenie, że przedstawicielki płci pięknej były ofiarami złożonymi w celu przywołania czarownicy Morrigian. W międzyczasie pani nadinspektor przeżywa kryzys w życiu rodzinnym. Jej mąż Paul pakuje się w niezłą kabałę, która może zaszkodzić karierze policyjnej Katie.
    W miarę czytania, wciąga nas mroczna, pradawna Irlandia, zderzona ze współczesnym życiem. Stare baśnie odżywają. Dawne wierzenia są praktykowane. Morderca oprawia dziewczyny zgodnie z rytuałem przywołania. Wycina ciało z żyjącej osoby, starannie i metodycznie; starając się zachować ją jak najdłużej przy życiu. Oskrobuje kości żywego człowieka z tkanek. Następnie układa pomieszane szczątki w Knocknadeenly, Wzgórzu Szarych Istot, na farmie Johna Meaghera. Laleczki zwisają z tego, co kiedyś było udami i mają sprawić, że dusza nieżywej osoby nie zazna spokoju i będzie służyć czarownicy.
    Pani Maguire “puszkuje” podejrzanego. Wszystko wskazuje na niego, mimo tego, że złapany praktycznie na gorącym uczynku – nie przyznaje się. W tym czasie znika Siobhan Buckley, rudowłosa studentka projektująca ubrania. Jej rodzice są zaniepokojeni. Obawę podsyca profesor Lucy Quinn, która pojawia się właściwie znikąd. Posiada wiele informacji na temat Irlandzkich wierzeń. Według niej, do rytuału potrzebne są konkretne postacie, nie ktoś przypadkowy. Trzynasta ofiara to “Szwaczka o włosach płomiennych jak ogień”.
    Oprawca jest mordercą – zboczeńcem, ścina włosy Siobhan i drażni nimi prącie aż do wytrysku, potem zabiera się za skalpel i zaczyna pierwsze cięcie. One jeszcze tego nie wiedzą…
    Lucy ratuje Katie z wypadku samochodowego. Auto wpada do wody zepchnięte przez inny samochód. Obie panie ocalały, niestety mąż Maguire zapada w śpiączkę po tym teoretycznie nieudanym zamachu na jego życie. Kończy jako warzywo.
    Gerard O’Brien dowiaduje się wielu rzeczy, zbyt wielu. Tajemniczy zbrodniarz przywiązuje naukowca do słupa i samochodu; rusza, wyrywając mu ręce z barków. Teraz już nikt nie usłyszy, co zakochany w nadinspektor Gerard miał do powiedzenia o morderstwach w Knocknadeenly.
    Katie chcąc zdobyć trochę informacji, jedzie do farmy Meagherów, gdzie zastaje martwą matkę Johna, i jego samego, zastraszanego przez… profesor Lucy Quinn. Tym razem idąc wbrew swojej woli na miejsce rytuału, Katie dowiaduje się, że posłuży jako czternasta, ostatnia ofiara, którą miała być najsilniejsza pod względem charakteru kobieta z okolicy. John dostał rozkaz rozebrania Maguire. Gdy to wykonał, Lucy poderżnęła mu gardło, tak jak jego matce. Niespodziewanie pojawia się Liam, pomocnik Katie i uwolnił ją od śmierci. Notatki O’Briena dały mu możliwość znalezienia przełożonej. Lucy, pogrążona w szaleństwie po uszy, wykrzykuje, że musi odnaleźć samą siebie i skanduje wezwanie do Morrigian, rozbierając się. Widok jej nagiego ciała szokuje obecnych. Ma obfite piersi kobiety i męskie narządy rozrodcze. Składa ofiarę z samej siebie, na ich oczach powoli rozcina sobie brzuch.
    W ten niecodzienny sposób kończy się ta historia. Historia o fizycznie i psychicznie chorym człowieku, którego do szaleństwa doprowadziła zagadka własnego ciała i pytanie – “Kim jestem?”.

  112. Anna Białek pisze:

    Tytuł: ,,Wszystko czerwone’’
    Gatunek: komedia detektywistyczna inna niż wszystkie
    Reżyseria: Joanna Chmielewska
    Scenariusz: Joanna Chmielewska
    Premiera: 1974 (oficjalna), 2011 (z moim udziałem)
    Produkcja: Polska
    Występują: Alicja Hansen, Ewa, Anita, Henryk, Edek, Leszek, pan Muldgaard, Joanna i Sami-Się-Przekonacie-Kto

    Ekspozycja: spotkanie w Allerod i tajemnicze krzyki Edka…
    Zawiązanie akcji: tajemnicze zabójstwo Edka, pojawiające się pytanie: kto jest mordercą…
    Rozwinięcie: fala zamachów… ofiarami stają się liczni goście Alicji, a ona sama już wie, że to na nią czyha morderca…
    Punkt kulminacyjny: tylko 2 spośród zgromadzonych w feralny wieczór osób mogą być winne śmierci Edka… pętla na szyi mordercy zaciska się…
    Rozwiązanie akcji: tożsamość mordercy jest już znana, lecz motyw wciąż pozostaje niewyjaśniony do końca…

    Garść popremierowych wrażeń widzów:
    - Jejku, co to była za zbrodnia! W życiu bym się nie spodziewał, że to ona ich wykończyła. A tak, jak Alicja uniknęła śmierci… Matko, chciałbym mieć w życiu tyle szczęścia.

    - Myślę, że było to znakomite widowisko. A pan Muldgaard to moja ulubiona postać. Kto to widział, żeby takiego policjanta przydzielić do prowadzenia śledztwa? Nic dziwnego, że strumień morderstw popłynął szeroko. Ale za to jest uroczy i ma tak niesamowite powiedzonka (nic dziwnego skoro styl mówienia jakby żywcem wyjęty spod pióra starożytnych pisarzy). Najbardziej podobało mi się: ,,Azali były osoby mrowie a mrowie?’’. Genialne, po prostu słowny majstersztyk!

    - Jako stały obserwator poczynań Chmielewskiej muszę przyznać, że i tym razem spisała się ona na medal. Prawdziwa uczta dla kryminomaniaków. To było tak świeże, orzeźwiające, oryginalne, lekkie, ale w żadnym razie nie banalne. Motyw poszukiwanego listu i zdjęć trzymał mnie w napięciu do samego końca. Także kreacje głównych bohaterów były niebywale inspirujące, zgoła odmienne od wszystkich, które znam. Postawa Alicji, która usilnie mieszka w domu przesiąkniętym plamą zbrodni, tak niebywale niezłomna i niefrasobliwa jednocześnie… Ach, brak mi słów. Mam ochotę powiedzieć: pani Joanno niech pani idzie ta drogą i nie zbacza z niej!
    A jeszcze chciałem dodać, że…

    - Szczerze mówiąc, to mam ochotę wstać i krzyknąć: yes! yes! yes! To jest to! Jeszcze nigdy się tak nie bawiłam. Nie wierzyłam, że kryminał może być śmieszny, zabawny, ale i nie tandetny. W dodatku humor ten rozciąga się na postaci, dialogi, wydarzenia, znajdziemy tu każdy rodzaj komizmu! Chmielewska to geniusz. Nigdy w życiu nie zgadłabym kto jest mordercą. Byłam w szoku, że to Anita. Co ta miłość potrafi zrobić z człowiekiem… No, ale z drugiej strony tak nieudolnego mordercy to trzeba byłoby ze świecą szukać. Albo mieć nieziemskiego pecha. Tyle prób i nic. Ta Alicja to chyba była pod specjalną opieką pana Boga, jak Boga kocham.

    - Pierwsza myśl… hmm, może być ciekawie. Druga myśl… no, no, no akcja się nam rozkręca. Myśl po zakończeniu… chcę więcej! Właśnie takie uczucia towarzyszyły mi przy oglądaniu tego spektaklu. O jejciu, takiego kryminału z domieszką komedii to ja jeszcze nie widziałem. Chmielewska + jej szalone pomysły = sukces! Doskonale to wyreżyserowała. Fabuła przypomina mi odrobinę książki Agaty Christie, ale została zaserwowana w zupełnie inny sposób. I dobrze! Mamy własną Joannę Chmielewską, nie będzie nam tu nikt podskakiwał!

    - Odrobinę dziwna, lecz zachwycająca, nierealna, absurdalna, porażająca humorem, odważna, lecz mało poważna. Taki właśnie słowami określiłabym książkę, spektakl, fabułę i samą Chmielewską. To było jak trzęsienie ziemi! To dzieło jest kwintesencją twórczości naszej niesamowitej Joanny. I jak mamy jej nie kochać, kiedy pod nos podtyka nam takie zbrodnie i organizuje tak niesamowite widowisko? No, jak? Jestem zauroczona. A te momenty, gdy Alicja przeżywała najazd gości, kładła się spać w innym pokoju lub zamieniała się na łóżka z manekinem były doskonałe. Chyba przyjęłam roczną dawkę pozytywnej energii i humoru.

    - Jedna zbrodnia to za mało, choć z sześć by się przydało! Chmielewska nam rozrywkę zapewniła, a z Anity to dopiero żmija!

    I ja tam byłam, opinie spisałam, a z każdą z nich skrycie się zgadzałam (wszakże książkę czytałam i spektakl z zapartym tchem obejrzałam)!

  113. Kamila Wodnicka pisze:

    Uwielbiam przewrotne i zaskakujące akcje w kryminałach, które czytam. Jedną z takich książek o porywającej fabule, jaką na pewno chciałabym polecić miłośnikom tego gatunku jest przede wszystkim „Utracona” Karin Fossum, jak również „To, co się nigdy nie zdarza” Anne Holt. Skupię uwagę na tej drugiej pozycji ze względu na elektryzujący przykład ujęcia profilu sprawcy, a raczej sprawczyni, gdyż czytelnik dosyć szybko dowiaduje się, że zbrodni dokonuje wyrafinowana, inteligentna kobieta.
    Anne Holt potrafi mistrzowsko kreślić zadziwiające procesy myślenia i działania przestępców. Doskonale i intrygująco robi to w drugiej części cyklu przygód komisarza policji Yngvara Stubø i jego żony, psycholog Inger Johanne Vik.
    ALE TO NIE Yngvar i Inger SĄ GŁÓWNYMI BOHATERAMI KSIĄŻKI. Najważniejsza jest morderczyni, której umysł mamy okazję obserwować, badać, niemalże dotykać mrocznych jego zakamarków podczas czytania, a raczej „ umysłowego wchłaniania” rozdziałów tej wyśmienitej książki bez chwili przerwy na łyk ulubionej kawy. Boimy się, ale czytamy dalej. I co ciekawe, jednocześnie cieszymy się, że jesteśmy tak blisko, tego, czego szukamy- odpowiedzi. Ambiwalencja uczuć ciągle nam towarzyszy w drodze poszukiwań. Czujemy się pochłonięci tą fascynującą zagadką. Wręcz można odczuć oddech bohaterki na własnych plechach. Ona chce byśmy wiedzieli jak najwięcej. Czytelnik, jakby zahipnotyzowany nietuzinkową akcją, śledzi z postępem losy coraz bardziej znanej mu sprawczyni, w przeciwieństwie do komisarza Stubø z mozołem idącego przez sprawę, niepotrafiącego sprawnie dojść do jej sedna. Pomaga mu jego żona, tworząca potrety psychologiczne sprawców.
    Gdy na przedmieściach Oslo dochodzi do serii zabójstw celebrytów zaczyna się wartka przygoda. Początek mrocznych historii jest dosyć symboliczy. Najpierw odnaleziono ciało znanej dziennikarki telewizyjnej- Fiony Helle, której obcięty język został ukryty w idealnie uformowanym celofanowym zawiniątku. Język jest przecięty w połowie, co może symbolizować kłamstwo. Niestety, to dopiero początek tych tajemniczych zbrodni- giną następne gwiazdy show businessu!
    Komisarz i jego żona czują strach analizując przypadki owych zabójstw, gdyż każde następne posunięcie sprawcy zbliża ich do konfrontacji z nim. Dodatkowo działania policji prowadzą do ślepego zaułku i trudnej do zaakceptowania dla czytelnika konkluzji – morderstwa nie maja żadnego motywu, ktoś zabija bez powodów! Ktoś , kto z najmniejszymi szczegółami planuje zbrodnie zapewniając sobie alibi tak doskonałe jak idealnie złożony celofanowy schowek na język swojej ofiary. Ktoś nie daje sobie pozwolenie na błąd, a jego perfekcjonizm pozwala na to, co się nigdy nie zdarza- na zbrodnię doskonałą! Polecam tę książkę zarówno o przewrotnym tytule, jak i niebanalnym zakończeniu. Nie często w roli sprawcy mamy okazję śledzić kobietę, do tego wyrafinowaną perfekcjonistkę, która z impetem przedstawia czytelnikowi, jak doskonale daje sobie radę w każdej sytuacji.

  114. Marta Borowska pisze:

    Agnes była sprytna. Bardzo sprytna i bardzo piękna, co tworzyło mieszankę nadzwyczaj niebezpieczną. Wychowywana przez oddanego jej ojca, od najmłodszych lat uczyła się owijać go sobie wokół palca. I nie tylko jego. Szybko zorientowała się, jak postępować z mężczyznami i gdy tylko sobie któregoś upatrzyła, musiał być jej. I był. Jej biedny, uległy wobec swojej córeczki tatuś nie podejrzewał nawet, do czego zdolna jest ukochana dziewczynka, aby dopiąć swego. Cóż, w końcu nie jego wina. Któż by podejrzewał, że w duszy ślicznej panienki z dobrego domu, odzianej zawsze w najpiękniejsze suknie, skropionej najlepszymi perfumami, rozdającej na prawo i lewo słodkie uśmiechy, drzemie chora ambicja i pokłady niespotykanego okrucieństwa? Ta urocza piękność o kruczoczarnych włosach i błękitnych oczach miałaby być zdolna skrzywdzić choćby muchę? Zadać cios drugiemu człowiekowi? Z zimną krwią zabić… własne dzieci?

    Anders był zupełnie z innego świata. Przystojny, nieco szorstki w obyciu, chwilami po dziecinnemu naiwny mężczyzna przyzwyczajony był do zarabiania na życie ciężką, fizyczną pracą. Kamieniarz – gdyby tylko ojciec się dowiedział! Za każdym razem, gdy potajemnie spotykała się z Andersem, Agnes czuła dreszczyk emocji. Ale urok nowości minął i kochanek szybko ją znudził. Był tylko kolejną zabawką, rozrywką na chwilę, było jasne, że to nie będzie trwać wiecznie. I nie trwało… Zadbała o to.

    Gdyby tylko potrafił zachować się jak prawdziwy mężczyzna i po prostu odejść, gdy miała go już dość. Musiał przecież zauważyć, że ona go już nie kocha! Chyba nigdy nie kochała. To nie tak miało być… Te dzieci… nigdy nie powinny były się urodzić. Na wieść o ciąży zastygła w bezruchu, zabrakło jej tchu, ledwo mogła myśleć. Jedyna nadzieja w tacie. Ale ten podły człowiek odwrócił się od niej, wyrzekł się kochanej córeczki, zmusił ją do małżeństwa z tym prostakiem! Miała teraz zamieszkać na wsi, u boku męża, którym gardziła, otoczona jemu podobnymi, smutnymi, zmęczonymi ludźmi, żyć w brudzie, ubóstwie, upokorzeniu! Czym sobie na to zasłużyła? Przecież ona urodziła się by żyć na salonach, opływać w dostatek, pławić się w luksusie! A tymczasem jej własny ojciec odciął ją od rodzinnego majątku i zapowiedział, że od tej chwili jest na utrzymaniu męża. Nigdy mu tej zniewagi nie wybaczy! Tego była pewna.

    Dzieci… Dwóch chłopców tak bardzo podobnych do swojego ojca. Nienawidziła Andersa za to jeszcze bardziej. W stosunku do synów nie czuła nic… Irytację, może czasami. Byli nieznośni. Zachwyty sąsiadek, jakich to ona, Agnes, ma pięknych synków, wprawiały ją w rozdrażnienie. Że też babska nie mogą nauczyć się pilnować własnego nosa! Całymi dniami siedziała na rozchybotanym krześle patrząc beznamiętnie przez okno, w kierunku morza. Jakie ona miała ciężkie życie! A ten dureń Anders ośmielał się jeszcze domagać obiadu na stole, gdy wracał z pracy. Marzyła tylko o tym, by wydostać się z tego piekła.

    Plan kiełkował w jej głowie od dnia, w którym mąż zakomunikował jej przerażające wieści: kupił bilety na statek do Ameryki. Wpadła w panikę. Jeśli wylądują razem na innym kontynencie, już nigdy się od niego nie uwolni! Ale on, przekonany, że w nowym kraju ich małżeństwo znajdzie się wreszcie na właściwych torach, że na nowo „zakochają” się w sobie, nie zauważył reakcji żony. Wyjechać z tobą i bachorami za ocean? Nigdy do tego nie dojdzie! Nigdy…

    Na pogrzebie Andersa i chłopców zjawili się niemalże wszyscy mieszkańcy wioski. Przyjechał także jej ojciec, skruszony i załamany. Próbował zbliżyć się do córki, lecz Agnes potraktowała go z pełną pogardy wyższością. Może stary przyda jej się jednak jeszcze do czegoś, może da się z niego wydusić trochę pieniędzy, zobaczymy. Stojąc nad grobem męża i synków, Agnes nie uroniła ani jednej łzy. Z politowaniem obserwowała szlochające sąsiadki, posyłające w jej stronę pełne współczucia spojrzenia.

    Przed oczami przesuwały jej się obrazy sprzed kilku dni. To było takie proste. Anders nawet nie zdążył zareagować, gdy szybko podeszła do niego z nożem w ręku. Zdecydowanym pchnięciem zagłębiła ostrze w plecach męża, aż po samą rękojeść. Padł nieżywy na stół. Popatrzyła na niego przez chwilę zimnym wzrokiem, po czym ruszyła w kierunku pokoju synów. Spali. Nie czuła nic, gdy wyciągnęła Karlowi poduszkę spod głowy i szybkim ruchem przycisnęła ją do malutkiej twarzy chłopca. Po chwili było po wszystkim. Nadeszła kolej na Johana. Obudził się i próbował walczyć, ale była dla niego o wiele za silna. Zanim wyszła z pokoju ułożyła trochę ubrań malców w stosik na podłodze i poszła po Andersa. Przeciągnięcie go z kuchni do sypialni chłopców stanowiło największe wyzwanie. Był strasznie ciężki. Ale udało jej się. Wyciągnęła nóż z ciała mężczyzny, po czym oblała stertę na podłodze wódką. Zapaliła papierosa. Zaciągnęła się kilka razy. Po chwili rzuciła niedopałek na stosik wilgotnych już ubrań. Odwróciła się i wyszła z domu. Nikt nie będzie niczego podejrzewał. Ojciec i dwóch synów zginęli w strasznym pożarze. I tyle.

    Agnes odetchnęła głęboko i rozejrzała się wokół siebie. Powoli ogarniał ją spokój…

    [Moja bohaterka to Agnes z książki „Kamieniarz” autorstwa Camilli Lackberg]

  115. ? pisze:

    - Witamy Pana, panie Poirot.
    Hercules Poirot jak zwykle wyróżniał się nienagannymi manierami. Jego czarne wąsiki, za każdym razem elegancko przystrzyżone, również i tego jesiennego wieczora podkreślały jego belgijską urodę. Poirot jako jeden z najlepszych detektywów dostrzegał wszystkie szczegóły, jak i o nie dbał. Za każdym razem jego sposób zachowania nie pozostawiał niczego do zarzucenia. Jednak ten człowiek z pozoru nie wyglądał na tak miłą, uczynną i dobroduszną osobę jaką Hercules Poirot tak naprawdę był. Po rozwiązaniu wszelkich zagadek detektyw był znany w dużej części krajów, dlatego też często wyjeżdża poza granice kraju w którym osiadł, a nie było to jego rodzinne państwo – Belgia, lecz Anglia.

  116. kalinkaa pisze:

    Pozornie wszystko zaczyna się banalnie- od zdrady… jednak niezwykle barwne życie osobiste i bliskie relacje zdradzających z ofiarami zdrady budują intrygującą akcję. A przy tym romans jest źródłem zbrodni, która implikuje kolejne zbrodnie, giną przypadkowe osoby i mogłaby się wydawać, że dokonano zbrodni zabójstwa doskonałego. Nic bardziej mylnego, bowiem niekonwencjonalna taktyka i technika kryminalistyczna detektywa Myrona Bolitar’a nie zawodzi w “Mistyfikacji” Harlana Cobena, któremu nie umknie najdrobniejszy szczegół.

  117. naleśnik pisze:

    Dexter Morgan to niepozorny pracownik labolatorium kryminalistycznego w Miami. Swoją pracę wykonuje świetnie. Nie raz nie dwa pomagał swojej siostrze – Deb – która jest detektywem na tym samym wydziale. Związany jest z Ritą, która ma dwoje dzieci z poprzedniego małżeństwa. Wszystko wskazuje na to, że to zwykły obywatel Stanów Zjednoczonych, gdyby nie fakt, że morduje… innych morderców.
    Dexter w wieku trzech lat widział brutalną śmierć własnej matki. Gang zmasakrował ją piłą mechaniczną. Od tego czasu facet nie posiadał uczuć. W jego sercu zagościł Mroczny Pasażer, który nocą zasiada za ster i obiera kurs na Park Mrocznych Rozrywek. Po mrożącej krew w żyłach śmierci matki, Dextera zaadoptował policjant – Harry Morgan. Wiedział on o osobowości i upodobaniach chłopca, więc nauczył go jak dokładnie i schludnie wykonywać taką a nie inną „pracę”. Mężczyzna postępuje według Kodeksu Harry’ego, którego traktuje jak Biblię.
    Dexter stał się nieuchwytnym mordercą, bowiem znając policyjne metody szukania zbrodniarzy, wszystkie poszlaki może starannie usunąć. Zawsze dokładnie szykuje pokój, oblepiając go folią. Przygotowuje stół, gdzie będzie odbywał się cały rytuał. Gdy „umieści” na nim zbrodniarza zasługującego na Sąd Dextera, pokazuje jemu zdjęcia zamordowanych osób. Potem następuje członkowanie ciała, wkładanie w worki na śmieci, zrywa cała folię i płynąc swoją motorówką, wyrzuca śmieci do morza, daleko od lądu.
    Jak każdy szanujący się morderca, Morgan zostawia pamiątki po zabawach z nożem. Mianowicie są to szybki labolatoryjne, na których znajduje się kropla krwi jego ofiary.
    Można by sądzić, że Dexter Morgan to mroczna postać, ale Jeff Lindsay ukazał postać tak, aby każdy czytelnik ją polubił. Bez wątpienia postać Dextera to jedna z najsympatyczniejszych brutalnych zabójców literatury kryminalnej.

  118. telis pisze:

    Kobieta. Występuje we współczesnych kryminałach, jednak najczęściej jako postać drugoplanowa, a nie główny bohater. A przecież to najczęściej kobiety są ważnym elementem w historii życia obrońcy prawa ze względu na wsparcie, obecność lub wręcz przeciwnie – porzucenie i intrygi.

    W „Cieniu Gejszy” to właśnie dwie kobiety wpływają na losy bohatera, Emila Żądło. Nie da przedstawić się go, nie pokazując tego, jaki wkład w jego życie ma Marta, jego partnerka oraz Yukasan, japońska gejsza.
    Co mają ze sobą wspólnego? Czy Emil to typ Casanovy, który podczas pobytu w Japonii zainteresował się Yukasan? A może Marta i Yukasan to jedna i ta sama osoba?

    Emil Żądło to znany dziennikarz śledczy, mieszkający ze swoją ukochaną Martą oraz kotem Bolero na jednym z gdańskich osiedli. Mężczyzna oddany swojej pracy, pełen pasji i odwagi, która momentami może wydawać się nawet brawurą. Jego życie zmienia się przez Kobiety w dwóch książkach Anny Klejzerowicz – najpierw w „Sądzie ostatecznym”, gdy wiąże się z Martą, a następnie w „Cieniu gejszy”, gdy poznaje japońskie drzeworyty. Właśnie przez nie razem z Martą narażają się na niebezpieczeństwo, pracują całe noce i piją zbyt duże ilości kawy. Pokazuje to zaangażowanie Emila w sprawy, które go intrygują i fascynują. W końcu nie bez powodu został dziennikarzem śledczym. Uwielbia rozwiązywać zagadki, dociekać, zadawać trudne pytania. Jego partnerka nieustannie wspiera go w jego działaniach. Czy jest przystojny? O tym autorka nie wspomina. Przecież i tak w mężczyźnie najważniejszy jest charakter, pewność siebie i poczucie humoru, a tych trzech elementów nie można odmówić Emilowi.

    Domyślacie się zapewne, że nieprawdopodobna jest opcja, aby Emil zainteresował się inną kobietą niż Marta. Ale kim w takim razie jest Yukasan i jak wpłynęła na życie Emila? Dowiesz się, sięgając po „Cień gejszy”.

  119. petroniusz pisze:

    Portret psychologiczny

    Pacjent: Eberhard Mock
    Data i miejsce urodzenia: 18 września 1883 w Wałbrzychu
    Wykształcenie: wyższe, filolog klasyczny
    Zawód: radca kryminalny w Breslau

    Wywiad środowiskowy:
    Eberhard jest młodszym synem ubogiego szewca Willibalda Mocka. Starszy brat, Franz Mock, faworyzowany przez ojca , nie żyje, co negatywnie odbiło się na Eberhardzie Mocku. Matka i ojciec nie żyją. Mock miał dwie żony: Sophie Mock, (później Sophie von Finckl) oraz Karen Mock. Obie żony znacznie młodsze, oba małżeństwa pełne kłótni i konfliktów, nieudane, zakończone tragicznie.

    Rozpoznanie:
    Mock rzadko dotrzymuje słowa, nawet swoim żonom, zawsze i wszędzie pracę i śledztwo stawia na pierwszym miejscu. Pracoholik i pedant. Wielokrotnie szykanowany przez przełożonych ma w pogardzie większość zwierzchników i władzę. Mock przejawia duże skłonności do alkoholu, obżarstwa. Nie potrafi się pohamować, często upija się do nieprzytomności. Wynikać to może z braku akceptacji świata. Jest buntownikiem, często łamie zasady. Często korzysta z usług prostytutek, szukając u nich ciepła i akceptacji, którego nie dały mu obie żony czy rodzina. Należy dodać że został odtrącony też przez brata i jego żonę. Nienawidzi alfonsów, kieruje się specyficznym poczuciem sprawiedliwości, czasami pozuje na idealistę. Często zachowuje się jaka rycerz na białym koniu, ratujący damy w opresji – prawdopodobnie by zmazać własne grzechy i winy. Często stosuje szantaż, intrygi, wymuszenia, przemoc. Potrafi naginać zasady moralne – dąży po trupach do celu. Bywa mściwy i pamiętliwy, co do krzywd i co do poprawnego stosowania łaciny.
    Ciężki przypadek, outsider, trudno nawiązujący kontakty czy przyjaźnie.

    Diagnoza: Zalecam bezwzględną ostrożność, nieufność i trzymanie na dystans. W ramach współpracy z nim nigdy nie należy pozwolić by to on dyktował warunki. Jednak uwaga – zagrożony potrafi być nieobliczalny. Potrafi być szalenie niebezpieczny, w ramach ideałów, obrony słabszych czy siebie lub szeroko pojętej sprawiedliwości potrafi zabić, a na pewno poważnie okaleczyć.

    podpisano

  120. Jacek pisze:

    Chciałbym zaprezentować wyjątkową postać – dr. Davida Huntera. Może nie nosi odznaki detektywa, ale jako antropolog sądowy zgłębił nie jedną tajemnicę. Bohater łączy w sobie kilka cech: bystry umysł, przytłaczająca wiedza z zakresu antropologii, dedukcja nie ustępująca Holmesowi oraz głęboki rys psychologiczny. Doktorek jest postacią nie tuzinkową, jest świadom swoich zalet, jednak nie może wybaczyć sobie, że nie był wraz z żoną i dzieckiem podczas wypadku samochodowego, w którym zginęli. Raz po raz zadręcza się różnymi scenariuszami, bowiem wierzy, że mógł temu zapobiec, lub zginąć wraz z nimi. Te rozważania nie przeszkadzają mu jednak w odkrywaniu niecodziennych zbrodni i wyjaśnianiu dziwnych zagadek. Wyjątkowo zawiła sprawę rozwiązał w “Zapisane w kościach” jednak trafność tezy zaowocowała nożem wbitym w wnętrzności. Hunter nie poddał się jednak i dalej kontynuuje swoją pracę. Jest przykładem zacięcia, wiedzy, oraz nieradzenia sobie ze stratą najbliższych. Gorąco polecam.

  121. Agata pisze:

    “Pippi Langstrumpf dorosła!” – tak powiedział w jednym z wywiadów o swojej najważniejszej bohaterce Stieg Larsson. Muszę przyznać, że gdy zapoznawałam się z Lisabeth Salander to miałam takie przypuszczenia i z niesamowitą radością przyjęłam jego oświadczenie. W ten sposób moja ulubiona postać z dzieciństwa przeobraziła się w moją ulubioną postać w dorosłości… Niesamowite! Tak czarować może tylko literatura. Choć wskazówek było kilka, m.in. napis na sztokholmskich drzwiach Salander przy Svartensgatan – ‘V. Kulla’. Odrazu nasuwa się skojarzenie Villi Villekulli, kolorowego wiejskiego domku Pippi (w którym byłam!). Lisabeth zdradza także, że kruczoczarne włosy to efekt farby fryzjerskiej, bo naturalnie jest… ruda:) W dodatku od zawsze drobnej postury a z niesamowitą krzepą fizyczną – przetrwała nawet zakopana w grobie. Ale jako mała Pippi w tym nie ustępowała – wszak potrafiła na jednej ręce unieść swojego rumaka. Tym co najbardziej imponuje mi w tej postaci jest niewątpliwie inteligencja, bystrość oraz niesamowicie chłonny i ponadprzeciętny umysł. Potrafi zapamiętać i przetwarzać mnóstwo informacji, co niejednokrotnie przyczyniło się do rozwikłania mrocznych tajemnic a także pozwoliło uniknąć kłopotów. A tych w jej życiu nie brakuje… Choć pozornie jest sama przeciw całemu światu, to jednak z czasem poznajemy jej empatyczną i wrażliwą naturę. Gdy jej na kimś zależy to potrafi całkowicie się poświęcić, gotowa narazić zdrowie a nawet życie. Jej agresywne czasem zachowanie nie powinno zbytnio dziwić – po takich przejściach trudno pozostać spokojnym i z nienaruszoną psychiką. Choć to trzeba przyznać – niejednokrotnie trudno ją zrozumieć, podobnie było z Pippi, jednak niezmiennie mam przeświadczenie, że wszystko co robią jest podporządkowane jakiejś wyższej idei. W dodatku pełni smaku dodaje dla mnie fakt, że wszystko to dzieje się w mojej ukochanej Szwecji, miejscu o którym myślę z ciepłem w sercu i do którego wracam, kiedy tylko mogę. Akcja powieści zarówno Astrid Lindgren, jak i Stiega Larssona często dzieje się w miejscach, które znam, którymi chadzam; uwielbiam to uczucie. Tym bardziej stapiam się wtedy z książką w jedno. Od zawsze mam skłonność do lubienia nieszablonowych postaci i taka właśnie jest ona. Inna, trudna, pogmatwana a jednocześnie bliska, intrygująca i scalająca. Udowadnia, że nie można nigdy oceniać nikogo po pozorach i że siła kobiet ma niewyobrażalną moc. A ja, cóż – zabieram się do planowania kolejnej szwedzkiej podróży szlakami moich ulubienic (a może właśnie wciąż jednej i tej samej?) oddając tym samym hołd niesamowitym postaciom, które trwale pozostawiły ślad we mnie – Lindgren i Larsson. Tack Sverige!

  122. annna84 pisze:

    Porucznik Eve Dallas z serii kryminałów autorstwa J.D. Robb to moja ulubiona obrończyni prawa. Niebezpieczne akcje, makabryczne widoki i bycie celem zbrodniarzy, którym depcze po piętach, to dla niej niemal codzienność. Jednak ona nie łamie się i na każdym kroku pokazuje swoją odwagę i silny charakter. Mimo niełatwych przeżyć w pracy, prywatnie potrafi być normalną dziewczyną z poczuciem humoru. Jest dobrą przyjaciółką i żoną. Mąż Roarke nieraz pomaga jej w śledztwie. Ma on duże możliwości, bo jest jednym z najbogatszych i wpływowych ludzi na świecie. Eve dręczą tragiczne wspomnienia z dzieciństwa. Była molestowana przez ojca i zabiła go we własnej obronie. Mimo tragicznych przeżyć udało jej się zmierzyć z przeszłością. Te wydarzenia z pewnością wpłynęły na jej mocny charakter. Jednak wspomnienia czasem wracają, szczególnie wtedy, gdy zajmuje się przestępstwami, w którym ofiarami są dzieci i doznają krzywd, które i ją spotkały w dzieciństwie. Dzięki wsparciu przyjaciół i męża Eve potrafi przezwyciężyć lęki i znaleźć siły, aby schwytać sprawców i wsadzić ich za kratki.
    Eve Dallas to bohaterka, do której przygód wracam z przyjemnością.

  123. kastankiewicz@wp.pl pisze:

    Sherlock Holmes to wszechstronnie uzdolniony 124 letni brytyjski detektyw. Choć ma już swoje lata nadal zachwyca! Umie boksować, grać na skrzypcach i ma węch myśliwskiego psa. Na kilometr wyczuwa przestępcę. Narkoman uzależniony od kokainy o czym wspomina jego nieodłączny współtowarzysz doktor Watson, ale któż z nas jest doskonały? Zna się na psychologii, geologii, matematyce, chemii, i balistyce. Jest bystry, inteligentny, podejrzliwy i spostrzegawczy. Czasem pewnie z rozpędu podejrzewa sam siebie… Szczupły, z fajką, w kraciastym płaszczu i z orlim nosem. Zwykły, a jednocześnie wielki człowiek. Wystąpił w wielu filmach, ale wolę go na widzieć w swojej wyobraźni niż na szklanym ekranie. To mój idol!

  124. glabelka pisze:

    Gdy ktoś wypowie przy mnie słowo „kryminał” od razu dostaję wypieków na twarzy, moje serce zaczyna szybciej bić a adrenalina osiąga poziom taki sam jak wtedy, gdy zdaję jakiś bardzo trudny egzamin. Jako ogromna miłośniczka kryminałów zdążyłam się już nie raz przekonać, że ten gatunek literacki jak żaden inny (może z wyjątkiem romansów) ma najliczniejszą rzeszę wielbicieli. Nie wyobrażam sobie kogoś, kto rozczytuje się w takiej literaturze a komu obce by były nazwiska takie jak: Agata Christie, Henning Mankell, Stieg Larsson, Karin Fossum. Któż z tych osób może także nie znać naszej rodzimej Joanny Chmielewskiej?

    Uważam, że na miano Królowej Kryminału bezsprzecznie zasługuje Agata Christie i sądzę, że większość osób, które zapoznały się z jej twórczością, zgodzą się z moim zdaniem. Przeczytałam mnóstwo kryminałów, w tym wszystkie tej właśnie autorki, ale żaden nigdy nie wywarł na mnie aż tak wielkiego wrażenia i do tej pory żaden swym kunsztem nie dorównał dziełom tej słynnej Brytyjki.

    Korzystając z okazji, chciałam przedstawić zapalonym czytelnikom książek wywołujących dreszcz emocji trzech autorów i ich książki, które miałam okazję niedawno przeczytać a które są warte polecenia.

    Pierwszą z nich jest „Dewiant” Cody’ego McFadyena. To historia seryjnego mordercy, który sam sobie wybiera przydomek Kaznodzieja. To opowieść o grzechu, karze, prawdzie i sekretach. O niewyobrażalnym okrucieństwie i o tym jak zatrważająco logiczny w swym powikłanym myśleniu jest umysł mordercy. To także zaskakująca zwrotami akcji i trzymająca w napięciu aż do samego końca opowieść o tym, że każdy z nas, w tym niezłomny stróż prawa, ma sekrety i rzeczy, których wstydzi się wyznać nawet przed ukochaną osobą. To opowieść o tym, że wyznanie grzechów prowadzi do śmierci lub wyzwala i pozwala zrzucić z serca i duszy przytłaczający ciężar. To również przerażający opis pracy agentki FBI Smoky Barrett, która polega na wnikaniu w umysły zbrodniarzy zabijających ze szczególnym okrucieństwem, by złapać ich i postawić przed obliczem sprawiedliwości.

    Autorowi udało się w ciekawy sposób nakreślić portrety psychologiczne bohaterów i, co nieczęsto się zdarza w tym gatunku literackim, utrzymać napięcie i odpowiednio je stopniować aż do ostatniej strony. Podołał on też skonstruowaniu fabuły wiarygodnej, konsekwentnie logicznej i tak bardzo w swej logice przerażającej, że co wrażliwsi czytelnicy mogą mieć co i rusz podczas czytania gęsią skórkę i ciarki na plecach.

    Choć nie czytałam wcześniejszych książek Cody’ego McFadyena, to lektura „Dewianta” zachęciła mnie do sięgnięcia po resztę jego twórczości. Uczynię to przy pierwszej nadarzającej się okazji a „Dewianta” z czystym sumieniem polecam wszystkim miłośnikom kryminałów, thrillerów, logicznego myślenia, dreszczyku emocji i Hannibala Lectera. Lektura wciąga tak samo jak zagłębianie się w zakamarki umysłu każdego zbrodniarza. Książki nie polecam jednak osobom o słabych nerwach, gdyż, jak mało która w swym gatunku, epatuje niewiarygodnym okrucieństwem a to, co pozostaje niedopowiedziane, usłużna wyobraźnia podsuwa nocą we snach. Z „Dewiantem” wieczór pełen emocji gwarantowany!

    Drugą książką wartą polecenia jest „Sąd ostateczny” Anny Klejzerowicz, po który sięgnęłam z ciekawości. Wiem, że jestem sceptycznie nastawiona do polskich kryminałów i za bardzo przyzwyczaiłam się do twórczości zagranicznych mistrzów tego gatunku z Królową Kryminału Agathą Christie na czele, więc postanowiłam zagłębić się w twórczość naszych rodzimych autorów. Traf chciał, że w bibliotece jako pierwszy wpadł mi w ręce właśnie „Sąd ostateczny”.

    Autorka akcję książki osadza we współczesnym Gdańsku. To właśnie mieszkańców tego miasta upatruje sobie tajemniczy zbrodniarz na cel swych makabrycznych knowań. Do rozszyfrowania umysłu mordercy, który nie poprzestaje na pierwszym podwójnym zabójstwie, skierowany zostaje podkomisarz Marek Zebra. W rozwikłaniu zagadki pomaga mu jego przyjaciel, Emil Żądło, były policjant a obecnie dziennikarz borykający się ze znalezieniem pracy, który dziwnym, ale nadal wiarygodnym zbiegiem okoliczności, zostaje wciągnięty w zatrważający plan mordercy. W pewnym momencie, dzięki przypadkowemu olśnieniu tego drugiego, policja wpada na trop, który pomoże pojmać przebiegłego szaleńca. Okazuje się, że morderstwa mają jakiś związek z pewnym szczególnie bliskim gdańszczanom dziełem sztuki.

    Fabuła książki jest zaskakująco interesująca, akcja wciągająca, dialogi barwne, realia Gdańska zdumiewająco prawdziwe a całość niepozbawiona logiki. Z kolei ciekawy pomysł wplecenia historii sztuki w opowieść o seryjnym zabójcy zaskarbi sobie na pewno uznanie niejednego czytelnika.

    Choć książce z pewnością wiele brakuje, by stać się mogła światowym bestsellerem, to niewątpliwie jest ona warta przeczytania. Na pewno pokaże ona wszystkim, którzy zechcą po nią sięgnąć, że z polską literaturą kryminalną wcale nie jest tak źle, jak mogłoby się wydawać. Że jest nawet całkiem dobrze i może być jeszcze lepiej, jeśli autorzy tacy jak Anna Klejzerowicz zabiorą się za pracę z tym gatunkiem literackim i doszlifują swój warsztat. Kto wie, może rosną nam na naszym podwórku światowi mistrzowie kryminału? Przekonajcie się o tym sami. Nie pożałujecie.

    Trzecim kryminałem, który zasługuje moim zdaniem na uwagę, są „Uwięzieni” Hilary Norman. W książce tej oprócz niesamowitej intrygi, mamy wspaniale zarysowane postacie, szczególnie głównych bohaterów. Od lektury nie można się oderwać, gdyż tak bardzo chce się dowiedzieć kto i dlaczego zabija.

    Akcja rozpoczyna się od podwójnego morderstwa, jak się później okazuje, świeżo poślubionych młodych ludzi. W zbrodni nie byłoby może nic aż tak dziwnego, gdyby nie fakt, że nagie ciała nieszczęśników zostają podrzucone przed budynek galerii sztuki, upozowane i sklejone w pewnym miejscu klejem. Detektywi zajmujący się rozwikłaniem tej zagadki trafiają na naprawdę twardy orzech do zgryzienia, gdy w kilka dni później w podobny sposób ginie kolejna para. Akcja ze strony na stronę nabiera tempa, detektywi zmagają się ze zmęczeniem spowodowanym prowadzonym śledztwem i z osobistymi problemami a seryjny morderca nie zamierza wcale poprzestać na dwóch podwójnych morderstwach. Rozwiązanie zagadki jest zatrważające, gdyż okazuje się, że nikomu nie można ufać a szaleńcy żyją w bardzo bliskim otoczeniu zwykłych obywateli, przybierając maski dobrych ludzi, wzorowych mężów, żon, synów, córek, ojców i matek.

    Sama do dziś pamiętam pierwszy kryminał, po który sięgnęłam wiele lat temu i po dziś dzień nieobce mi są emocje, które towarzyszyły mi wtedy podczas jego lektury. Jestem w stanie zrozumieć, co zjednuje takim książkom rzesze wielbicieli. Podobnie jak wszyscy miłośnicy kryminałów, uwielbiam dreszczyk emocji, który towarzyszy mi podczas czytania. Nie ma nic wspanialszego, niż ten przyspieszający puls, podnoszący się poziom adrenaliny, wypieki na policzkach, ciarki na plecach. Nie ma to jak wnikanie w na swój sposób logiczny umysł mordercy, podążanie wraz z detektywami tropem szaleńca, uczestniczenie w ich śledztwie i staranie się dojść do tego, kto i dlaczego zabił lub wciąż zbija. Właśnie taka lektura jest najlepsza dla miłośników mocnych wrażeń. Właśnie taka lektura jest najlepsza dla mnie : )

  125. samsonita pisze:

    I nadszedł ten dzień.. Wyczekiwany, wyśniony i od dłuższego czasu zaplanowany. Nikt nie wiedział co się zdarzy… Pozornie byłam szczęśliwa, ale nie potrafiłam wykreować swojego świata, nie miałam już sił w dążeniu do swoich marzeń. Bo ona i on zniszczyli jej szczęście, miłość przegrała, tak wiele lat budowana. Moje życie, toczyło się dość skrycie, cierpiałam, ale chciałam za wszelką cenę stworzyć to, co marzyłam. Ale ona.. wiecznie ona… zniszczyła to.. a on ? On się poddał temu…
    Za oknem zimno i szaruga. Światła latarni same wiedziały jak się zachować, mgła pomogła im przygasnąć.. Ubrałam piękną czarną suknię, kapelusz i ciemne okulary, tak by nikt Mnie nie rozpoznał..chciałam ten dzień zapamiętać na zawsze. Moje pełne nienawiści serce, nie mogło się powstrzymać. Jak nigdy, nie bałam się, szłam przed siebie, nic nie zauważałam… przed oczami miałam tylko śmierć. Nie mogłam inaczej myśleć, żeby się nie wycofać…
    Ulica Marców 3.. Trzy jak ja, on i ona… Jak 3 lata życia w kłamstwie, jak 3 dni planowania zemsty, jak 3 letni syn, który kiedyś się dowie… Wiatr delikatnie poderwał liście, a ja wpatrzona w okno za którym przechadzała się ona… Ta której moje serce nienawidziło, z minuty na minutę… Ta której zaufałam, na która uśpiła moją czujność.. Nagle, pojawił się uśmiech szyderczy na mojej twarzy, wiedziałam że jej czas się już skończył. Niech ona cierpi te 3 minuty tam mocno jak ja przez 3 lata…
    Stałam i czekałam, aż wreszcie zginie czekoladową śmiercią… Czekałam aż wybije odpowiednia godzina.. Godzina zapisana na blankieciku: „Zjedź Mnie kochanie o północy. Kocham Cię…”. I dołączone były przepysznych czekoladek, które popołudniową porą dostarczył kurier… Jaka radość pałała na jej twarzy. Była pewna, że to prezent od niego.. Nie mogłam się już doczekać, minuty się ciągły.. Aż w końcu Ona zaczęła rozpakowywać, spojrzała jeszcze raz na blankiecik, pocałowała go..
    Nie wiedząc że robi to ostatni raz, przyłożyła do serca, rozmarzyła się. Odpakowała gustowną kokardę, i wyciągnęła czekoladkę, owoc mojej zemsty. Zanurzyła ją w ustach… oh co za zmysłowy widok, byłam taka szczęśliwa… Widziałam jak ogarnia ją podniecenie, jak smak ją rozkoszował…
    Nie potrafię opisać co czułam, ale to było cudowne uczucie.. Najcudowniejszy moment dopiero miał nastąpić. Jak trucizna zaczęła działać… Chwyciła się za szyję, jakby nie mogła oddychać. Miałam wyobrażenia że właśnie ja stoję i duszę ją swoimi rękoma. I tym razem to ja niszczę ją, tak jak ona zniszczyła Mnie… Stałam i patrzyłam jak męczy się, jak te moje 3 minuty szczęścia uciekają.
    Jak opada na ziemię, a ja popadam z sił. Tylko że ja wstaję się, podnoszę i jak nigdy nic… wracam do domu, z kieliszkiem w ręki, nalewając szampana i triumfując zwycięstwo.

  126. Katarzyna Gielec pisze:

    Magda wyszła wściekła z domu. Miała dosyć wszystkiego, a szczególnie Bartka. Czemu nie mógł zrozumieć, że ona go już nie kocha? Co prawda byli ze sobą już ładnych parę lat (we wrześniu minie 5), ale ich związek był w rozsypce od kilkunastu miesięcy. Magda była pewna, że nie tylko ona to zauważyła. Jeszcze rok temu starała się z całych sił, aby temu zapobiec. Niestety tylko jej na tym zależało, a Bartek nie dawał nic z siebie.
    Nie wiedziała gdzie ma się podziać. Postanowiła pójść zwierzyć się ze swoich problemów przyjaciółce. Klaudia przesiadywała wieczorami w knajpie o nazwie „Pod Cytrusem” w centrum Lublina. Kiedy Magda weszła do środka od razu zauważyła przyjaciółkę.
    - Cześć! Co ty tu robisz? Nie powinnaś być teraz z Bartkiem?
    - Tylko o nim nie wspominaj! Pokłóciliśmy się! Chciałam rozstać się z nim w spokoju, ale on tak nie potrafi. Ciągle wypomina mi moje błędy i nie chce się pogodzić z faktem, że to już koniec.
    - To do Bartka podobne. On nigdy nie umiał przyjmować porażek ze spokojem.
    - Nie chcę dzisiaj wracać do tego mieszkania i dalej się z nim kłócić. Czy mogę u ciebie przenocować?
    - Jasne, nie ma sprawy. Przestań się denerwować i wypij ze mną drinka.
    - Ok.
    Po trzech drinkach do Magdy przyczepił się jakiś wysoki, uśmiechnięty brunet z blizną na prawym policzku.
    - Jest Pani najbardziej czarującą osobą na tej sali – zwrócił się do dziewczyny, podczas gdy jej przyjaciółka Klaudia flirtowała przy barze z jakimś szatynem.
    - Proszę mi wybaczyć, ale nie mam dzisiaj ochoty na poznawanie nikogo nowego- odparła.
    - A może jednak skusi się Pani na chociaż jeden taniec? Nie dam Pani spokoju jeśli się Pani nie zgodzi.
    - No dobrze- odpowiedziała dziewczyna, mając nadzieję, że namolny adorator, da jej w końcu spokój- ale tylko jeden taniec-dodała.
    Akurat skończyła się poprzednia piosenka i zaczęto grać „Always” Jona Bon Joviego. Magda nie miała wyboru i musiała zatańczyć z nim wolny taniec. Była wściekła, bo nie dość, że właśnie zerwała z chłopakiem, to jeszcze przyczepił się do niej jakiś nieznajomy i nie chciał jej dać spokoju. Kiedy tylko zabrzmiały ostatnie takty muzyki, dziewczyna udała się w kierunku toalety. Potem podeszła do przyjaciółki i powiedziała, że jest zmęczona i chce już wracać. Nie zauważyła, że za jej plecami stoi jej niedawny partner od tańca, który gdy tylko usłyszał jej słowa od razu zaoferował pomoc.
    - Nie ma sprawy, ja was mogę odwieźć.-powiedział wtrącając się w ich rozmowę.
    Magda strasznie się zdenerwowała na namolnego intruza i powiedziała, żeby dał jej spokój.
    - Odczep się wreszcie i zostaw mnie w spokoju! Nie podobasz mi się w ogóle i nie masz na co liczyć! – wykrzyczała wściekła.
    Nieznajomy zrobił się czerwony i wyszedł trzaskając drzwiami knajpy.
    - Chyba trochę za ostro go potraktowałam- powiedziała Magda do przyjaciółki.
    - Subtelna to ty nie byłaś- skwitowała Klaudia.
    Zadzwoniły po taksówkę i za godzinę położyły się spać w mieszkaniu Klaudii.

    ***

    Noc strasznie dłużyła się Magdzie. Nadal przeżywała rozstanie i ostatnią kłótnię z Bartkiem. Postanowiła rano zabrać swoje rzeczy ze wspólnego mieszkania i wynająć pokój w pobliżu pracy. Wstała o piątej i wyszła czym prędzej aby zdążyć na autobus. Za oknem było jeszcze szaro, a na ulicach nie spotkała nikogo. Aby dojść na przystanek, musiała przejść przez ciemną, wąską uliczkę po obu stronach, której stały stare, nieczynne fabryki. Magda poczuła się nieswojo, przyspieszyła więc kroku. Nagle poczuła uderzenie w tył głowy, zrobiło jej się ciemno przed oczami i padła nieprzytomna na ziemię.

    ***

    Komisarz Maciejewski jak co dzień przesiadywał w swoim gabinecie. Był zmęczony po wczorajszym dniu, bo przesłuchania pseudokibiców nie dawały żadnego rezultatu. Żaden nie chciał przyznać się do winy, pomimo iż zostali złapani przed stadionem, tuż po meczu, jak rzucali kamieniami w ludzi i niszczyli witryny pobliskich sklepów. Tyle godzi poszło na marne. Komisarz postanowił zrobić sobie kawę. Kiedy wyszedł z gabinetu, akurat w jego stronę kierowało się dwóch funkcjonariuszy- Marek i Wojtek.
    - Dzień dobry Panie Komisarzu!- powiedzieli razem.
    - Nie dla wszystkich- odpowiedział Maciejewski.
    - Niestety my także nie przynosimy dobrych nowin. Na ulicy Grodzkiej znaleziono ciało młodej kobiety, potraktowane w drastyczny sposób- powiedział jeden z funkcjonariuszy.
    - Na Grodzkiej powiadacie? Hmmm….! No to na co czekacie? Jedziemy!!!- powiedział komisarz.

    ***

    Kiedy dojechali na miejsce, komisarz rozejrzał się dookoła. Ciemny zaułek, który otaczały ruiny starych fabryk, nawet w dzień wydawał się straszny. Co skłoniło młodą kobietę, aby tędy sama szła?- zastanawiał się. A może nie była sama? Może morderca był jej znajomym i szukał zemsty?
    Komisarz podszedł do śledczych. To co zobaczył, sprawiło, że zrobiło mu się słabo. W rogu uliczki leżało ciało młodej kobiety. Ubrana była w niebieską sukienkę. Z jej głowy spływały strużki krwi, a palec serdeczny u jej dłoni był odcięty.
    - Czy na miejscu znaleziono jakieś narzędzie zbrodni, albo jakiś ślad?- zapytał Maciejewski.
    - Niestety nic nie znaleźliśmy oprócz torebki z dokumentami. Kobieta nazywała się Magda Donecka i miała 26 lat. Morderca był przygotowany i zapewne wszystko zaplanował.- powiedział śledczy- na więcej szczegółów musimy poczekać, aż uzyskamy wyniki ekspertyzy ciała denatki.

    ***

    Komisarz wrócił do biura i długo myślał nad morderstwem kobiety. Jaki motyw mógł mieć zabójca i dlaczego odciął jej palec serdeczny? Może to jej narzeczony chce się na niej za coś zmieścić? Muszę to sprawdzić- pomyślał.
    Komisarz Maciejewski pojechał do miejsca zamieszkania dziewczyny. Zadzwonił domofonem, ale nikt nie odbierał. Postanowił dowiedzieć się czegoś od którejś z sąsiadek. Odebrała Pani Markowska.
    - Słucham!!!- krzyknęła przez głośnik.
    - Dzień dobry nazywam się Maciejewski i jestem komisarzem policji. Czy mogę chwilę z Panią porozmawiać?
    - A co się stało?- spytała wystraszona teraz kobieta.
    - Chodzi o Pani sąsiadkę. Proszę mnie wpuścić to wszystko wyjaśnię.- powiedział.
    Kobieta otworzyła mężczyźnie bramę. Komisarz po kilku sekundach był już pod jej drzwiami. Pani Markowska miała jeszcze bardziej wystraszoną minę, kiedy zobaczyła barczystego mężczyznę w kapeluszu.
    - Czy coś się stało którejś z moich sąsiadek? To pewnie chodzi o Kolską, ona ciągle szlaja się z jakimiś zbirami i sprowadza ich do domu.
    - Przyszedłem w sprawie Pani Magdaleny Doneckiej. Wczoraj wieczorem została ona zamordowana.
    - Nie mogę w to uwierzyć!- zaczęła lamentować Pani Markowska- przecież to taka dobra dziewczyna. Nigdy nikomu złego słowa nie powiedziała. Zawsze wszystkim się kłania i ten jej narzeczony też. Chociaż wczoraj słyszałam jak się kłócili. Ona wybiegła z mieszkania, trzaskając drzwiami. To do niej było zupełnie nie podobne.
    - A czy Pani wie gdzie teraz może być narzeczony Pani Doneckiej i jak się nazywa?- spytał komisarz.
    - Tak nazywa się Bartosz Warski czy Walicki. Jakoś tak, nie mam pamięci do nazwisk. Ale teraz na pewno jest w pracy. Wraca zazwyczaj tak około godziny 16.00.
    - A czy wie Pani może, gdzie ten Pan pracuje?
    - Nie mam pojęcia.
    - Dobrze. Dziękuję Pani za informacje. Do widzenia.
    - Do widzenia.

    ***

    Komisarz wracając do biura był pewien, że policja musi tu dzisiaj przyjechać po narzeczonego ofiary. Ten cały Warski czy Walicki jest podejrzany. Miał motyw aby zabić Donecką. Byli zaręczeni, pokłócili się wczoraj. Może denatka chciała go zostawić, a on nie mógł pogodzić się z porażką i ją zabił. To by tłumaczyło dlaczego miała odcięty serdeczny palec, czyli ten na którym nosi się pierścionek zaręczynowy. Tylko czy uda im się go zastać w mieszkaniu?

    ***

    Punktualnie o godzinie 16.00 pod blokiem Magdaleny Doneckiej stał już radiowóz. Kiedy narzeczony ofiary wysiadł z auta, funkcjonariusze podbiegli do niego i zaprowadzili do radiowozu. Zdezorientowany mężczyzna nie wiedział o co chodzi.
    - Dlaczego mnie aresztujecie? Co ja takiego zrobiłem? Przecież ten mandat za nadmierną prędkość spłaciłem w zeszłym tygodniu.- tłumaczył się.
    - Tu nie chodzi o żaden mandat. Porozmawiamy na komendzie.- powiedział funkcjonariusz.
    Kiedy zabrano podejrzanego do pokoju przesłuchań, nawet się nie stawiał. Szedł spokojnie ze zdziwioną i przestraszoną miną. Na miejscu czekał już Komisarz Maciejewski. Czekał aż funkcjonariusze wprowadzą mężczyznę i zamkną za nim drzwi.
    - Dlaczego mnie tu przyprowadziliście?- zapytał.
    - Jest Pan podejrzany o zamordowanie Pani Doneckiej- powiedział komisarza.
    - Jak to zamordowanie? Magdy? To ona nie żyje? O Boże! Ja w to nie wierzę! Przecież wczoraj się widzieliśmy. Co prawda pokłóciliśmy się trochę. Właściwie to ona mnie zostawiła po pięciu latach związku. Nie rozumiałem dlaczego mnie zostawia. Pytałem jej o to, ale odpowiedziała, że my od dawna do siebie już nic nie czujemy. A przecież ja ją tak bardzo kocham. Ja nie wierzę, że ona nie żyje!!! Boże!!!- mężczyzna zaczął płakać.
    - A czy Pani Donecka odzywała się do Pana po owej kłótni?
    - Nie. Wybiegła z mieszkania i już się nie odezwała.
    - A czy wie Pan może gdzie mogła się udać po waszej kłótni?
    - Pewnie poszła do Klaudii. To jej najlepsza przyjaciółka. Często razem się spotykają.
    - Gdzie był Pan wczoraj o godzinie 5.00 rano?- spytał Maciejewski.
    - Jak to gdzie? W domu. Spałem. O 6.00 wstaję żeby zdążyć na 7.00 do pracy. Wczoraj było tak samo jak zawsze.
    - Czy ktoś może to potwierdzić?
    - Ale kto miałby to potwierdzić? Nocowałem sam, a w pracy byłem tak jak zawsze. Możecie zapytać mojego szefa.
    - A więc nikt nie może potwierdzić tego gdzie Pan przebywał w tych godzinach?
    - No nie ale…
    - W takim razie na razie zostanie Pan zatrzymany jako główny podejrzany.
    - Nie!!! Ja nic nie zrobiłem!!! Przecież ja ją kochałem!!!

    ***

    Następnego dnia komisarz postanowił z samego rana pojechać do domu przyjaciółki ofiary- Klaudii. Mieszkała ona w dosyć spokojnej dzielnicy, jednakże miejsce morderstwa było jakieś 10 minut drogi stąd. Zadzwonił do jej drzwi. Już myślał, że nie ma nikogo w mieszkaniu, ale po 5 minutach klamka się poruszyła i zobaczył młoda kobietę, odzianą w szlafrok i z nieuczesanymi włosami.
    - Słucham?- zapytała kobieta.
    - Dzień dobry. Nazywam się Komisarz Maciejewski i chciałbym zamienić z Panią kilka słów na temat Pani Magdaleny Doneckiej.
    - A co się stało? Czy z Madą wszystko w porządku?
    - Niestety Pani Donecka nie żyje. Została zamordowana niedaleko stąd, na ulicy Grodzkiej.
    - O Boże!!! Jak to? Przecież to niemożliwe! Magda spała u mnie dwa dni temu. Zerwała ze swoim narzeczonym. Była zdenerwowana. Potem napiłyśmy się parę drinków i przyjechałyśmy taksówką do mnie. Jak rano wstała Magdy już nie było. Myślałam, że pojechała do Bartka i się pogodzili. Chciałam do niej zadzwonić, ale zostawiła komórkę u mnie. Boże!!! Nie wierzę, że ona nie żyje!!! – dziewczyna się rozpłakała.
    - Czy miała ona jakichś wrogów? Może ktoś jej nie lubił?- spytał Maciejewski.
    - Hmm… nie sądzę. Wszyscy Magdę bardzo lubili. Jedynie ta kłótnia z Bartkiem.
    - yhm
    - ale zaraz….- zamyśliła się- tego dnia, kiedy byłyśmy napić się drinka, aby Magda przestała myśleć o rozstaniu, przyczepił się do niej jakiś mężczyzna. Zatańczyła z nim jeden taniec, bo nie chciał się od nie odczepić, ale potem on wciąż nie dawał jej spokoju i Magda się strasznie wkurzyła i zaczęła na niego krzyczeć, żeby dał jej wreszcie spokój i żeby spadał. Wtedy on zrobił się czerwony na twarzy i wyszedł.
    - I co było potem?
    - Potem zamówiłyśmy taksówkę i wróciłyśmy do domu.
    - A czy pamięta Pani jak ten mężczyzna wyglądał?
    - Tak. Był wysokim brunetem i miał bliznę na twarzy. Nie sposób go zapomnieć.
    - A czy pamięta Pani może jak się nazywał?
    - Niestety.
    - A jak się nazywała ta knajpa?
    - „Pod Cytrusem”, to w samym centrum miasta.
    - Dziękuję Pani bardzo. Do widzenia.
    - Do widzenia.

    ***

    Komisarz Maciejewski pojechał do knajpy „Pod Cytrusem”. Kiedy wszedł do środka owionął go zapach dymu papierosowego zmieszanego z potem i alkoholem. Postanowił rozejrzeć się i sprawdzić, czy nie ma tu żadnego bruneta z blizną na policzku. Niestety nikogo takiego nie zauważył. Usiadł więc przy barze, zamówił piwo, zapalił papierosa i postanowił zadać kilka pytań barmanowi. Był on wysokiej postury blondynem o niebieskich oczach. Kiedy komisarz zaczął zadawać mu pytania stał się troszkę podejrzliwy.
    - Czy widział może tu Pan takiego wysokiego bruneta z blizną na policzku?- zapytał Maciejewski.
    - Panie! Nie masz Pan pojęcia ile tu się dziennie ludzi przewija. Jedni mają blizny, inni nie. Nie zwracam na to uwagi. Ważne żeby mieli za co zapłacić za piwo.- powiedział barman spoglądając podejrzliwym wzrokiem.
    Komisarz dokończył piwo i zamówił taksówkę.

    ***

    Kiedy Maciejewski rano wstał wciąż zastanawiał się czy mordercą rzeczywiście był narzeczony Magdy, czy może ten tajemniczy mężczyzna z blizną, a może to jakiś przypadkowy morderca? Ktoś kto nie znał wcześniej ofiary?
    Zamówił taksówkę pod knajpę „Pod cytrusem”, żeby odebrać zostawiony tam wczoraj samochód. Kiedy podszedł do auta zauważył, że pod wycieraczką była jakaś kartka. Przeczytał jej treść: „NIE WĘSZ!!! PSIE!!!”. Kto mógł zostawić tą kartkę i skąd wiedział, że jest policjantem? Może to ten barman? Zachowywał się jakoś podejrzanie? A może brunet o którego wypytywał, widział jak wchodził do knajpy i jak rozmawiał z sąsiadką Magdy?
    Komisarz pojechał czym prędzej do biura. Kiedy tylko wszedł, dwóch tych samych co poprzednio funkcjonariuszy podeszło do niego z ponurymi minami.
    - Mamy dla Pana nowe wiadomości. Znowu zamordowano młodą kobietę i tak samo jak poprzednio odcięto jej serdeczny palec.- powiedział jeden z funkcjonariuszy.
    - Gdzie to się wydarzyło?- spytał komisarz.
    - Na ulicy Brunatnej.
    - Już tam jadę.

    ***

    Kiedy komisarz dojechał na miejsce zbrodni jego oczom ukazał się znowu makabryczny widok. Ofiara była 22 letnią blondynką ubraną w jeansy i białą tunikę. Z głowy ofiary, tak samo jak w poprzednim przypadku, spływała krew, a palec serdeczny był odcięty. Ofiara nazywała się Tamara Brzeska i była mężatką.
    Komisarz wiedział już jedno na pewno. Narzeczony Magdy- Bartosz Walicki- jest niewinny, bo w tym czasie kiedy zamordowano nową ofiarę, podejrzany siedział w areszcie. Kto zatem był seryjnym mordercą i jaki miał motyw?

    ***

    Komisarz pojechał do mieszkania nowej ofiary. Zastał jej męża w domu. Nie lubił przekazywać smutne wiadomości, ale ktoś musiał to zrobić.
    - Dzień dobry. Nazywam się Komisarz Maciejewski. Czy mam przyjemność z Panem Brzeskim?- powiedział do mężczyzny, który otworzył mu drzwi.
    - Tak to ja. Czy coś się stało?- spytał.
    - Przynoszę złe wieści. Pana żona została napadnięta. Niestety nie żyje.- powiedział komisarz.
    - Jezu!!! Nie!!! To niemożliwe!!! Kto? Kto to zrobił?- powiedział zalany łzami mężczyzna.
    - Niestety tego jeszcze nie wiemy. Kiedy ostatni raz widział się Pan z żoną?
    - Jakieś cztery godziny temu wyszła do pracy. Gdybym tylko wiedział, że coś może jej się stać odprowadziłbym ją na przystanek. O Boże!!! I co ja teraz bez niej zrobię? Co ja powiem jej rodzicom? Oni tego nie wytrzymają.- płakał.
    - Czy Pana żona miała jakichś wrogów? Może ktoś jej groził?
    - Nie. Nikogo takiego nie było. Mamy wielu znajomych. Często wychodzimy z nimi na piwo. Nikt jej źle nie życzył.
    - A czy chodzili Państwo może do knajpy „Pod Cytrusem”?
    - Owszem często tam się spotykamy ze znajomymi. A dlaczego Pan pyta?
    - Czy zauważył Pan tam wysokiego mężczyznę, w czarnych włosach, z blizną na twarzy?
    - Nie. Nikogo takiego nie widziałem.
    - Dziękuję Panu za informacje. Będzie Pan musiał jeszcze zjawić się dzisiaj na komisariacie w celu złożenia zeznań. Do widzenia.

    ***

    Komisarz Maciejewski domyślał się, że sprawa seryjnego mordercy może być powiązana z knajpą „Pod Cytrusem”. Możliwe, że za wszystkim stoi tajemniczy człowiek z blizną. Postanowił się temu przyjrzeć z bliska. Pojechał na komisariat i pożyczył od kolegi auto, aby nikt pod pubem nie rozpoznał jego samochodu. Pojechał pod bar i zaparkował na poboczu. Otworzył gazetę i popijał kawę z termosu. Po dwóch godzinach zaczął się już zastanawiać, czy w ogóle istnieje szansa, że mordercą jest ktoś z pubu. Nagle zauważył barmana, który wychodził z samochodu i rozglądał się na wszystkie strony. Wszedł do knajpy z jakąś czarną walizeczką. Komisarz dalej obserwował. Do lokalu zaczęli się schodzić ludzie. Po godzinie 22.00 w środku był już wielki tłum. Ludzie śmiali się, pili piwo, palili papierosy, wychodzili, wchodzili do środka. Ale nigdzie nie udało mu się zauważyć wysokiego bruneta z blizną. Maciejewski zaczął się już zastanawiać, czy przypadkiem przyjaciółka Magdy nie wymyśliła specjalnie tego tajemniczego mężczyznę, aby odwrócić uwagę od kogoś innego.
    Nagle przed knajpą zauważył wysokiego mężczyznę w czarnym garniturze. Miał czarne włosy i bliznę na prawym policzku. To musi być on.- pomyślał komisarz i wszedł za nim do pubu. Nieznajomy usiadł sam przy w ciemnym kącie i zamówił piwo. Maciejewski obserwował go z innej części sali. Brunet podszedł do blondynki ubranej w kusą spódnicę i bluzkę z dekoltem. Rozmawiał z nią chwilę, a potem wrócił na swoje miejsce. Chyba został spławiony- pomyślał komisarz. Ale mężczyzna nie poddawał się tak łatwo. Za parę minut przyniósł drinka dla nieznajomej. Jednak widać było, że i tym razem nie udało mu się poderwać kobiety.
    Po jakichś 40 minutach wysoki brunet wyszedł z knajpy. Komisarz śledził go. Szedł ciemną ulicą. Po 15 minutach dotarł do pobliskiego bloku i wszedł do jednej z bram. Maciejewski postanowił poczekać trochę i zobaczyć czy aby podejrzany nigdzie się nie wybiera. Po kilku godzinach nadal nic się nie działo, wrócił więc po samochód i zaparkował go w miejscu gdzie miał najlepszy widok na bramę bloku. O godzinie 6.00 rano podejrzany wyszedł z mieszkania i udał się do auta. Komisarz śledził go przez całą drogę. Okazało się, że jechał do pracy na budowę. Zrezygnowany Maciejewski pojechał na komisariat i kazał funkcjonariuszom udać się po podejrzanego i przywieźć go na przesłuchanie.

    ***

    - O co chodzi? Dlaczego mnie tu przywozicie? Ja nic nie zrobiłem!!!- krzyczał mężczyzna z blizną na twarzy, wprowadzany przez dwóch funkcjonariuszy policji.
    - Niech się Pan uspokoi. Chcemy zadać Panu parę pytań.- powiedział komisarz.
    - Jakich pytań? O co chodzi?- spytał nieznajomy.
    - Po pierwsze- jak się Pan nazywa?
    - Jestem Janusz Belkowski.
    - Co Pan robił 3 dni temu około godziny 5.00 nad ranem?
    - Byłem w domu. Spałem.
    - Czy ktoś może to potwierdzić?
    - Tak. Moja mama. Mieszkam z nią. Nie mam żony.
    - Dobrze, a gdzie był Pan wczoraj około godziny 8.00?
    - W pracy. Może to potwierdzić mój majster i wielu kolegów z pracy.
    - Czy znał Pan może którąś z tych kobiet?- komisarz pokazał mu zdjęcia ofiar morderstw.
    - hmmm… Tę jedną już widziałem. Tańczyliśmy razem ale mnie spławiła. Zdenerwowałem się i wyszedłem z klubu. Potem już jej więcej nie spotkałem. A tą drugą widzę pierwszy raz na oczy.
    - Dobrze to w takim razie to by było na tyle. Dziękuję za informacje.-powiedział komisarz.

    ***

    No i nic nie mamy na tego bruneta. Ma alibi- pomyślał komisarz. Nie poddam się tak łatwo. Te morderstwa muszą być powiązane z knajpą „Pod Cytrusem”. Przecież tam chodziły obydwie ofiary i tam ktoś wsunął mi karteczkę z ostrzeżeniem pod wycieraczkę mojego auta. Ten barman zachowywał się jakoś dziwnie i wczoraj niósł jakąś czarną walizkę. Może to jego powinienem śledzić? – zastanawiał się. Tak jak wczoraj zaparkował samochód kolegi pod pubem. Po czterech godzinach zobaczył barmana wchodzącego do knajpy z czarną walizeczką.
    Prze kolejnych osiem godzin barman obsługiwał klientów. Około godziny 0.00 zamknął pub i razem z walizeczkę szedł gdzieś przez ciemne ulice. Komisarz go śledził. Gdy doszedł do ulicy Świętokrzyskiej zauważył, że w oddali widać jakąś młodą dziewczynę, a barman przyspieszył kroku i wyjął jakieś narzędzie z walizki. Maciejewski pobiegł pędem za mężczyzną. Dopadł go w ostatnim momencie, kiedy ten był tuż za plecami młodej kobiety i zamierzał się na nią młotkiem. Powalił go na ziemię i skuł kajdankami. Przestraszona dziewczyna zaczęła krzyczeć i uciekać. Maciejewski sięgnął do kieszeni po komórkę i wezwał policję. Po dziesięciu minutach barman został zabrany przez radiowóz na komendę miejskiej policji. Przesłuchał go sam komisarz i dowiedział się wielu szczegółów.
    - Dlaczego zamordowałeś akurat Martę Dolecką i Tamarę Brzeską?- spytał Maciejewski.
    - One źle traktowały mężczyzn. Przypominały mi moją byłą narzeczoną, która zdradziła mnie z moim najlepszym przyjacielem. Ta pierwsza poniżyła jednego mężczyznę w knajpie, a druga naśmiewała się z męża, opowiadając jaki to on jest naiwny i łatwowierny i nie zauważa jej romansu z kolegą z pracy.
    - Czy to był powód dla którego zabiłeś te kobiety?
    - Tak. Nienawidzę takich „puszczalskich”, które nie szanują mężczyzn i sypiają z kim popadnie oszukując kochających ich facetów. Dlatego odcinałem im palec serdeczny. Aby nigdy już nie mogły zranić żadnego faceta.
    - Za te morderstwa spędzisz resztę życia za kratkami.- dodał komisarz.

  127. Korvo pisze:

    Rinnelis Tyen, piękna i nieustępliwa śledcza Straży Królewskiej miasta Illeny, stolicy państwa Erolu. Głowna bohaterka powieści Kariny Pjankowej „Z miłości do prawdy” za wszelką cenę dąży do rozwiązania danej sprawy, która aktualnie się zajmuje, w końcu nie na darmo jest najlepsza w mieście, ciężko na to zapracowała i nikt jej tego nie zabierze. Tyen to faktycznie niesztampowa i nietypowa postać, którą można albo kochać, albo szczerze nienawidzić. Młoda i piękna pani śledcza odznacza się specyficznymi cechami charakteru, które wśród współpracowników, ale i przesłuchiwanych budzą zarówno szacunek, jak i niechęć czy wręcz – w przypadku tych drugich – przerażenie. To prawdziwa żmija – jak mówią za jej plecami inni – bezwzględna, bezkompromisowa i nieustępliwa w tym, co robi. Potrafi wykorzystać w swej pracy wszelkie możliwe sztuczki, podstępy, nawet zastraszenie, tak by złamać niezłomnych podejrzanych i wydobyć od nich potrzebne informacje.W każdym swym działaniu stara się tak korzystać z przywilejów jakie posiada jako śledcza, by wszystko było zgodne z literą prawa, nie ma miejsca na przekupstwo, liczy się tylko sprawiedliwość. Trzeba pamiętać, że śledcza jest pamiętliwa i łatwo nie zapomina doznanych krzywd czy zasłyszanych oszczerstw na jej temat i nie poddaje się. Potrafi wystawić swemu przeciwnikowi rachunek z lichwiarskim procentem – nie ma miejsca w którym można się skryć, gdy raz trafi się na jej czarną listę.

  128. Martynn pisze:

    Kiedy przeczytałam na czym polega Wasz konkurs, pierwszą osobą, która przyszła mi na myśl był Myron Bolitar. Jest to postać niezwykle dla mnie ważna, właściwie z pobudek czysto sentymentalnych… Chodzi o to, że właśnie postać Myrona, jak i książki Cobena wzbudziły we mnie miłość do kryminałów. I tak niezmiennie od lat 7, czytam, co mi tylko wpadnie w ręce. Myrona polubiłam już od pierwszych stron mojej pierwszej książki- “Najczarniejszy strach”. Jakoś tak czuję, że wiele nas łączy – proszę się nie śmiać, bo na przykład kontuzja kolana, czy choćby sentymentalizm i wszechobecny sarkazm. Czasem mu współczuję nieudanej kariery sportowej, a czasem zazdroszczę przygód, często brawurowych. Bo ja o takich przygodach mogę tylko pomarzyć, bo ja mam prozę życia
    i monotonię, a on przygody! Zazdroszczę mu także bardzo oddanych przyjaciół. Mimo, że Windsor ma często drastyczne metody działania i żelazne poglądy, Myron zawsze może na niego liczyć. Tak samo jest z Esperanzą. Często powracam do przygód dzielnego agenta sportowego RepSport MB. Czasem wydaje mi się, że jest on i Win są Don Kichotami dzisiejszych czasów, bo przecież zło jest wszechobecne i nigdy nie da się go “wyplenić”. Ale podziwiam, że zarówno jeden, jak i drugi, potrafią poświęcić się dla bliskich im osób, często bezinteresownie.

  129. Port pisze:

    Trudno mówić, że panna Gilchrist jest typowym czarnym charakterem. “Była szczupłą kobietą o przekwitłej już urodzie i szpakowatych włosach. Jej twarz bez wyraz przypominała jedną z tych twarzy, jakie często spotyka się u kobiet po pięćdziesiątce.”
    Panna Gilchrist z powieści “Po pogrzebie” Agathy Christie jest jedną z tych ekscentrycznych postaci. Wydawać się może, że osoba, która ma nawyki starej panny, może być trudna w kontaktach z innymi, może zanudzać swoją obecnością, ale nie zabić…
    Jak każdy zabójca, tak i ona ma swój motyw. Motyw ten nie jest w swej istocie groźny – chęć przywrócenia do życia swojej herbaciarni. Makabryczny jest środek, jaki ona użyła do realizacji swojego celu. Było to jej marzenie i utrzymywało ją przy życiu, jak się później okaże, również w więzieniu jej jedynym zajęciem było snucie planów sieci herbaciarni “Krzew Bzu”.
    Panna Gilchrist była trudną osobą w obejściu. W jej rozmowach ciągle przejawiał się motyw herbaciarni “Palma” i wyimaginowane wizje przyszłości.
    Zabiła ona swoją towarzyszkę, Corę Lansquenet. Cora była osobą, która płaciła jej za swoją obecność. W rzeczywistości uważała ją za swoją służącą, choć nigdy panna Gilchrist tak by nie powiedziała…
    Pani Lansquenet nie kontaktowała się z rodziną od dłuższego czasu i gdy miała pojawić się na pogrzebie swojego najstarszego brata, Richarda Abernethie, panna Gilchrist wykorzystała sposobność. W dzień wyjazdu na pogrzeb dała Corze środek nasenny, a sama przebrawszy się za nią pojawiła się u rodziny Abernethie. Rodzinę, służbę i stary dom Enderby Hall znała dobrze z wielu opowiadań “przyjaciółki”. Na rodzinnym spotkaniu “Cora” wyraziła głośno swoją uwagę, że Richard mógł zostać zamordowany. Zapewne nikt by w to nie uwierzył, wszyscy by skrytykowali lub zignorowali to spostrzeżenie, gdyby nie znali charakteru Cory. Była to osoba prostoduszna, bardzo ekscentryczna, miała w sobie coś z artystki. Najważniejsze jest to, że zawsze umiała trafić w sedno, nie mając przy tym za grosz wyczucia chwili, nierzadko mówiła niewygodną prawdę.
    Po przyjeździe do swojego domu panna Gilchrist zabiła prawdziwą Corę siekierą w trakcie snu. Cała rodzina myślała, że zbrodnia ma coś wspólnego z nieostrożną uwagą Cory na stypie. Tymczasem panna Gilchrist, po śmierci Cory, miała otrzymać kilka przedmiotów zapisanych jej przez towarzyszkę w spadku. Wśród paru rupieci był jednak jeden cenny przedmiot, o którego wartości zdawała sobie tylko spadkobierczyni. Jeden z kupionych przez Corę tanich pejzaży, był w rzeczywistości zamalowanym obrazem Vermeera. To właśnie ze sprzedaży obrazu nasza morderczyni chciała sobie urządzić herbaciarnię.
    Naszą zbrodnie wyjaśnił nie kto inny, jak Hercules Poirot. Oczywiście, panna Gilchrist popełniła szereg błędów, które wykazał ów detektyw. Najważniejszym jest ten, że ćwicząc przed lustrem charakterystyczny gest Cory, nauczyła się go wykonywać w lustrzanym odbiciu. Dopiero po dłuższym czasie zdał sobie sprawę z tego jeden z członków rodziny. Mimo dobrego kamuflażu, a nawet intrygi w postaci podtrucia samej siebie, Gilchrist sama się ostatecznie zdradziła. Przypadkowo, w rodowej rezydencji Abernethie zwróciła ona uwagę, że woskowe kwiaty pięknie wyglądały na malachitowym stole. Ta nic nieznacząca uwaga dla członków rodziny doprowadziła ostatecznie słynnego detektywa do odkrycia, gdyż kwiaty, o których mówiła, zostały schowane do szafy (stłukł się wazon) jakiś czas przed pierwszą “oficjalną wizytą” panny Gilchrist do rezydencji.
    Panna Gilchrist – nudna, staroświecka, pełna staropanieńskich nawyków kobieta okazała się morderczynią. Agatha Christie nie zawiodła nas. Zabiła osoba, która wcale nie należała do rodziny, która tylko albo aż wykorzystała śmierć jednego z jej członków. Dla wymarzonej herbaciarni.

  130. Radzio pisze:

    Mrok powoli ogarnął całą dzielnicę. Gwarne za dnia ulice Bishopsgate na zachodzie, Hanbury Street na północy, Brady Street oraz Cavell Street wschodzie i Commercial Road na południu pustoszeją. Wzmaga się za to gwar w melinach i domach publicznych. W bramach i ciemnych zaułkach gromadzą się przestępcy i pijaczkowie. Jedni zliczają ukradzione za dnia pieniądze, drudzy żebrzą na kolejne piwo. W przylegającej do budynku mieszkalnego przy Hanbury Street 29 szopie słychać przygaszone dźwięki zasypiających zwierząt. Smród, ścisk, nędza. Właśnie tutaj, w najbiedniejszej dzielnicy Londynu ¬– Whitechapel, Annie Chapman niedbale zarzuca na siebie niebieską chustę. Z niesmakiem myśli o robotniczych, spoconych dłoniach, które ją będą dziś dotykać.
    W tym czasie mężczyzna o ostrych rysach twarzy, ubrany w czarny płaszcz i równie czarny kapelusz wyłania się zza drzew parku Allens Garden. Nie myśli o niczym. Znika w zamglonej Hunton Street. Być może jest to jednak krępy młodzieniec, z wydętymi ustami i rozwianymi blond włosami. Kierując się do pubu, myśli o jutrzejszym obiedzie u uroczej Emmy. Lub też zgarbiony, starszy pan z laską. W szarej marynarce i mocno tupiących, eleganckich butach. Myśli o jutrzejszej wizycie u lekarza, wspinając się po schodach kamienicy w kierunku małego, wynajmowanego pokoiku.
    Nikt nie wie jak wyglądał, w co był ubrany, o czym myślał i dokąd zmierzał. Jedno jest pewne, Annie Chapman, z domu Eliza Ann Smith, zwana Dark Annie, 8 września 1888 roku nie wróciła do domu. Znaleziono ją martwą na podwórku budynku przy Hanbury Street 29, z wyciętą macicą. Podobny los spotkał inne kobiety trudniące się prostytucją: Mary, Elizabeth, Catharine, Mary… Zmasakrowane twarze, głębokie rany szyi, ślady dźgnięć nożem i wycięte narządy wewnętrzne: macica, serce, nerka. Cięcia precyzyjne jak u wprawnego chirurga. Kto się za nim kryje? Chory psychicznie Thomas Hayne Cutbush? Pisarz Lewis Carroll? Przestępca o polskich korzeniach Józef Lis? Do dziś nie ma wystarczających dowodów i światków, aby ustalić tożsamość postaci, znanej na całym świecie pod przydomkiem Kuba Rozpruwacz. A Ty? Co robiłeś 8 września 1888 roku?

  131. Lidia pisze:

    „Każdego ranka, każdej nocy, dla męki ktoś na świat przychodzi. Każdego ranka, każdej nocy, dla szczęśliwości ktoś się rodzi. Jedni się rodzą dla radości, inni dla nocy i ciemności” – tymi słowami poety Williama Blake’a rozpoczyna się najlepsza powieść kryminalna Agathy Christie. Napisała ją w 72 roku życia w zaledwie 6 tygodni, co może świadczyć tylko o jej wielkim geniuszu. Bohaterem opowieści jest młody, przystojny, szarmancki Michael Rogers, który ceni sobie swoje dotychczasowe życie polegające na imaniu się różnych zajęć, podróżowaniu po świecie i zdobywaniu kobiet. Mimo że uchodzi za człowieka zadowolonego z życia sam do końca nie wie, czego tak naprawdę od tego życia chce. Wszystko jednak zmienia się w momencie, gdy przypadkiem dowiaduje się o sprzedaży Cygańskiego Gniazda pięknej posiadłości niecieszącej się jednak dobrą opinią wśród mieszkańców. Przypadkiem również spotyka na swej drodze piękną, młodą niewiastę, ale czy oby na pewno przypadkiem? Od tej chwili już wie, czego chce od życia i czego pragnie, i ku jego zaskoczeniu wszystko toczy się po jego myśli, z łatwością dostaje to, czego tak bardzo pożądał i wydaje się być najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem.. Niestety jak to bywa w życiu nic nie trwa wiecznie… Powieść ta pełna jest zaskakujących wątków, przez cały czas trzyma w napięciu, a zakończenie wprawia w osłupienie nawet najwierniejszych czytelników Agaty Christie. Tym kryminałem autorka udowadnia, że nie zawsze Agata Christie to powieść z pedantycznym, wierzącym w nieomylność swoich szarych komórek Poirotem, czy też powieść z udziałem wścibskiej, choć bez wątpienia posiadającej niebywałą znajomość ludzkich zachowań panną Marple.

  132. Mirella Chołda pisze:

    Mogłabym napisać wielki elaborat o przeróżnych kryminalnych bohaterach – dzielnych stróżach prawa, zagadkowych mordercach czy ich ofiarach. O skomplikowanym palaczu i alkoholiku Harrym Hole’u, o dobrotliwym Konradzie Sejerze – bohaterze powieści Karin Fossum, o mankellowskim Wallanderze czy naszym rodzimym Eberhardzie Mocku.
    Mogłabym, ale nie napiszę o nich ani słowa. To tylko fikcyjni bohaterowie stworzeni by zabawiać wielbicieli gatunku swoimi spektakularnymi śledztwami i przy tym przyczyniać się do powiększenia stanu konta swoich twórców. Ponadto, jestem zdania, że najciekawsze kryminalne scenariusze nie są dziełem wyobraźni pisarzy z mroźnej Skandynawii czy zza oceanu. Tworzy je samo życie.

    Taką jest historia Jacka Unterwagera, którą opisał John Leake w swojej powieści z nurtu True Crime – “Pisarz, który nienawidził kobiet”(tytuł orginalny “Entering Hades”, został zmaskrowany przez wydawce tak, by przywodził na myśl trylogię S.Larssona). Jack, syn wiedeńskiej prostytutki i brytyjskiego żołnierza, wychowany przez dziadka alkoholika i za swój podły los obwiniający matkę, to postać autentyczna. Z krwi i kości. Sadysta, manipulator i uwodziciel, który w roku 1976 został skazany na dożywocie przez austriacki sąd za zamordowanie prostytutki. Jak twierdził, przypominała mu matkę. Psychopata? Tak, ale inteligetny, bo podczas pobytu w więzieniu napisał szereg sztuk i opowiadań oraz sławną powieść o resocjalizacji pt. “Czyściec”. Traf chciał, że pokochały go elity intelektualne, umożliwiając tym samy jego zwolnienie warunkowe. Na wolności Jack – narodowy przykład na skuteczność procesu resocjalizacyjnego, stał się celebrytą, jednocześnie nadal kontynuując swój morderczy proceder. Pisał artykuły o seryjnych mordercach, będąc jednym z nich. W końcu, wpadł. Oskarżono go o 11 morderstw na prostytutkach w 3 krajach. Pogrążyły go badania DNA.

    Niesamowite? Owszem. Tym bardziej, że historia zdarzyła się naprawde. I to nie w mrocznych krajach skandynawkich czy jakimś amerykańskim Sin City, tylko pareset kilometrów stąd – w oświeconej, uporządkowanej Austrii, a czarnym bohaterem był człowiek jakich wielu – serdeczny, elokwentny, inteligentny mężczyzna, który z łatwością potrafił zaskarbić sobie ludzką przychylność. W rzeczywistości pod płaszczykiem ulubieńca mas krył się manipulator i bezwzględny zabójca, który czerpał przyjemność z cierpienia kobiet. A może tylko mały skrzywdzony przez kobietę chłopiec? Ofiara nieodpowiedzialnego rodzicielstwa? Nieleczony, chory psychicznie człowiek?
    By się dowiedzieć trzeba zanurzyć się w umysł mordercy i chcieć poznać odpowiedź. Nie tylko na, stawiane w każdym kryminale, pytania: kto i jak? Ale, ponad wszystko: dlaczego?

  133. Iwona pisze:

    W Polsce ogromną popularnością cieszą się kryminały skandynawskie, których sama jestem miłośniczką. Mroczny klimat, ciekawe zagadki kryminalne, ale przede wszystkim wyraziście zarysowani bohaterowie – to ich niewątpliwe atuty.

    Warto jednak zainteresować się także kryminałami pochodzącymi ze Wschodu, a wśród nich powieściami Borisa Akunina. Zaletą książek jego autorstwa jest nade wszystko główny bohater. Erasta Fandorina czytelnik poznaje, gdy dopiero zaczyna karierę, ale najciekawsze są w mojej opinii jego losy po tragicznej śmierci ukochanej. Elegancki, z przedwcześnie posiwiałymi skroniami, inteligentny i pełen ironii jest Fandorin postacią godną uwagi. To nie tylko znakomity detektyw, ale i człowiek kierujący się w życiu określonymi zasadami: uczciwy, nieprzekupny i honorowy.

    Zagadki, które rozwiązuje, mają zróżnicowany charakter. Jest wśród nich tajemnica zbrodniarza okaleczającego swoje ofiary, być może Kuby Rozpruwacza („Dekorator”), są kradzieże („Koronacja”) i zamachy terrorystyczne („Radca stanu”). Przygody Erasta Pietrowicza są dla Akunina pretekstem do opisania realiów XIX-wiecznej Rosji. Czyni to w sposób dowcipny i ciekawy.

    Zatem jeśli ktoś nie boi się literatury rosyjskiej, ma poczucie humoru i wyczucie dobrego stylu – na pewno nie zawiedzie się, czytając cykl książek o radcy kolegialnym Eraście Fandorinie.
    I lepiej zrozumie słowa Bułata Okudżawy:
    „Dziś już nie musimy piechotą się wlec na spotkanie,
    i tyle jest aut, i rakiety unoszą nas w dal…
    A przecież mi żal, że po Moskwie nie suną już sanie,
    i nie ma już sań, i nie będzie już nigdy, a żal!”

  134. Gosia pisze:

    Jestem zwykłą dziewczyną i zawsze pociągali mnie bohaterowie, prowadzący
    podwójne życie. Uwielbiałam Zorro i Spidermana, którzy w ciągu kilku chwil zmieniali się ze zwykłego, przeciętnego człowieka w niezwykłą postać. Kiedy byłam mała często wyobrażałam sobie że moi rodzice nie pracują w zwyczajnym biurze, tylko tak naprawdę są tajnymi agentami FBI i rozwiązują skomplikowane sprawy kryminalne. Nie chciałam być córką zwykłych urzędników, a prawdziwych bohaterów, którzy ocalą świat. Dziś kiedy już jestem dorosła moja fascynacja podwójnym życiem nie zmalała. Studiuję resocjalizację i w związku z tym obecnie moim ulubionym bohaterem prowadzącym podwójne życie jest Dexter Morgan. Jest
    on genialnym seryjnym mordercą, a do tego pracuje w wydziale morderstw, jako policyjny analityk krwi! Cóż za ironia losu :)Najczęściej zaciera własne ślady, ale pewnego dnia…ktoś odkryje jego tajemnicę….

  135. Juni pisze:

    PARADOKS CHANDLERA – CZYLI KLASYKA, KTÓRA ZASKAKUJE.
    Raymond Chandler zaprosił Philipa Marlowe’a do “współpracy” niemal 80 lat temu, tworząc tym samym jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci detektywów i jednocześnie pierwowzór wielu późniejszych śledczych, zyskujących popularność tak w literaturze, jak i w filmie. Co sprawia, że książki tego autora są wciąż tak popularne? Niewątpliwie paradoks Chandlera, któremu udało się połączyć klasykę z elementami zaskoczenia. Marlow to detektyw z krwi i kości. Inteligentny, cyniczny, broniący się (choć przecież nie tak znowu stanowczo) dzięki czarnemu humorowi przed wpływem środowiska, w którym obraca się z racji wykonywanego zawodu. Z drugiej jednak strony staje się czytelnikowi bliższy niż inni detektywi, tacy jak chociażby Sherlock Holmes, bo nie jest doskonałym geniuszem – wyrzucono go z policji za zbytnią asertywność, lubi kobiety (choć żartuje, iż żyje niczym tybetański mnich)i z lubością poddaje się nałogom (pali i pije). Nie zmienia to jednak faktu, że jest znakomity w tym co robi, a Chandler pozwala mu ostatecznie rozwiązywać każde, nawet najdziwniejsze sprawy, choć często wiedzie na manowce w drodze do celu. To powoduje, że ten bohater w prochowcu z postawionym kołnierzem i w kapeluszu nasuniętym na oczy to klasyczny bohater powieści detektywistycznej, a jednocześnie niezwykle ciekawa, intrygująca postać, odnajdująca, dzięki stałemu wsparciu Chandlera, zaskakujące czytelników rozwiązania kryminalnych zagadek.

  136. indy pisze:

    Jego biuro znajduje się na czwartym piętrze chicagowskiego wieżowca. Jest niewielkie, skromnie umeblowane, z miejscem na biurko, obok którego stoi pudło z kupionymi po znacznej przecenie książkami. Od biur większości słynnych detektywów pokój ten różni się tylko tabliczką na drzwiach: „Harry Dresden- mag”.
    Jednak ktokolwiek zapukałby do tych drzwi w poszukiwaniu pomocy jasnowidza lub atrakcji na przyjęcie urodzinowe, doznałby bolesnego zawodu. Harry Dresden specjalizuje się bowiem w odszukiwaniu tego co zaginione, a także w rozwiązywaniu zagadek, w które zaangażowane są siły nadprzyrodzone.
    Oczywiście niewielu ludzi zdaje sobie sprawę z istnienia sfery metafizycznej. Do garstki zaufanych przyjaciół Dresdena należą, między innymi, porucznik Karrin Murphy, którj pomaga w charakterze konsultanta, oraz chrześcijański obrońca pokrzywdzonych, Michael, Rycerz Świętego Krzyża.
    Bo każda z przygód Dresdena jest czymś więcej niż tylko rozwikłaniem tajemnicy, opierającym się na, typowym dla fantasy, zgładzeniu możliwie największej liczby potworów. To zajmuje najwyżej kilkanaście stron każdego tomu. Każda ze spraw stanowi bitwę pomiędzy realnym Dobrem a siłami zła zagrażającymi ludziom.
    Sam Dresden reprezentuje siły dobra. Jest dżentelmenem, zawsze uprzejmym wobec przedstawicielek płci pięknej, ponadto posiada silny kręgosłup moralny. Oprócz tego jest właścicielem kota oraz nepalskiego psa obronnego.
    Każdą sprawę analizuje ze spokojem, angażując w to cały swój intelekt. Jego dociekliwość często naraża go na odwet przestępców ziemskich i metafizycznych. Z licznych zagrożeń ratuje go lekko ironiczny stosunek do życia. Bo należy zauważyć, że sytuacje, w jakich Jim Butcher stawia swojego bohatera, nadają zupełnie nowe znaczenie sformułowaniu „między młotem a kowadłem”.
    Odziany w ciemny płaszcz, uzbrojony w czarodziejską laskę i własne umiejętności, Dresden przechadza się mrocznymi uliczkami Chicago, przygotowany na spotkanie z wilkołakami, wampirami, elfami i innymi przedstawicielami świata paranormalnego, narażony na ich knowania i intrygi. Rzeczą jakiej się naprawdę obawia, nie są jednakże upiory- w stosunku do nich czuje wyłącznie respekt, rosnący wraz z ich przewagą liczebną.
    To co napawa go prawdziwym lękiem, tkwi w jego wnętrzu- to świadomość swojej podatności na złe wpływy, oraz wynikający z tego brak zaufania we własną przynależność do sfery życia i światła, a więc tych wartości, dla których niejednokrotnie ryzykuje życie… dla nich, oraz dla garści dolarów, by opłacić rachunki, rzecz jasna.
    Jego praca zmusza go do balansowania pomiędzy złowieszczymi dworami wampirów, nawiedzonymi cmentarzami i miejscami niewyjaśnionych zbrodni. Do komplikacji teraźniejszych należy dołączyć uporanie się z własną przeszłością- a to wszystko z krótkimi przerwami na tanie posiłki w barze McAnally’ego.

  137. konkurs pisze:

    Obudził mnie dzwonek telefonu. Zwlokłem się z posłania, przetarłem dłonią oczy i podniosłem słuchawkę. Dzwonił Bernie.
    - Cześć Phillip – zawołał do słuchawki aż zabrzęczało mi w uchu – dzisiaj wielki dzień. Włączyłeś już radio?
    - Radio? – na wpół senny ledwo skojarzyłem znaczenie tego słowa – po co? Ogłaszają wyniki loterii stanowej? Nie przypominam sobie abym kupił los.
    - Nie – Bernie był wyraźnie rozczarowany – dzisiaj ten szczeniak Sugar Ray Robinson ma spuścić manto Baby Face Echevarrii, pamiętasz?
    - A, coś kojarzę. Mają się tłuc w Madison Square Garden, tak? To już dziś?
    - Nie dziś, tylko wczoraj – Bernie się roześmiał – pamiętaj o różnicy czasu.
    - OK. – spojrzałem na leżący na szafce zegarek, trochę dwoił mi się w oczach. Wpół opróżniona butelka Old Grand-Dad stojąca przy nocnej lampce mogła mieć z tym coś wspólnego.
    - A, możesz mi przypomnieć na kogo postawiłem?
    - Na Sugar Raya – parsknął Bernie – choć Bóg mi świadkiem nie wiem dlaczego. Baby Face zamiecie nim ring. Ja i cały Departament Policji Los Angeles ci to mówimy.
    - Trzeba wspierać młodzież – bąknąłem.
    - Chyba zaprzyjaźnionego bukmachera. – parsknął Bernie. – To słuchasz, czy nie? Masz jeszcze trochę czasu.
    - Posłucham, ale w biurze – odparłem – może znajdę jakieś zlecenia – mój głos nie zdradzał większych nadziei.
    - Zlecenia, jak zlecenia, ale rachunki znajdziesz na pewno.
    - Ja też cię kocham Bernie – uśmiechnąłem się kwaśno i odłożyłem słuchawkę.
    Potem wstałem, rozmyślałem chwilę nad sensownością zakazu uprawiania hazardu na terenie stanu Kalifornia, ogoliłem się, ubrałem i pojechałem do biura.
    Było tak jak mówił Bernie. Zero zleceń, trzy rachunki. Czekały na mnie tuż za drzwiami poczekalni jak przywiane skądś liście. Otworzyłem biuro, a rachunki rzuciłem na mosiężną paterę by dotrzymały towarzystwa dwóm innym doręczonym mi kilka dni temu. Potem włączyłem radio, wykrzywiłem twarz w grymasie bólu, przyciszyłem radio, dostroiłem falę i zabrałem się do tego co powinienem zrobić na samym początku. Wstawiłem wodę na kawę.
    Najpierw myślałem, że to dźwięk z radia, potem, że to zamknięto drzwi w biurze obok, w końcu, że się przesłyszałem, co w moim stanie nie byłoby niczym dziwnym. Dopiero zapach jaśminu przekonał mnie, że do mojej poczekalni jednak na pewno ktoś wszedł. Aromat był subtelny, ale pełny i wyraźny. Taki jak powinien być, gdy sprzedaje się go w smukłych flakonikach na Rodeo Drive w Beverly Hills. Chyba miałem gościa.
    Wyłączyłem radio, podszedłem do okna i spojrzałem na ulicę. Pod samym wejściem do budynku parkował kremowy Packard Super 8. Stojący przy nim szofer w czarnym uniformie i takiej czapce pochłonięty był polerowaniem łabędzia zwieńczającego chłodnicę luksusowego samochodu. Patrzyłem na niego przez moment, facet miał sporo roboty, październikowy wiatr niesie ze sobą dużo pustynnego pyłu. Odszedłem od okna i spokojnie zaparzyłem kawę pozwalając by całe biuro wypełniało się zapachem jaśminu, luksusu i pieniędzy. Ktoś się wykosztował na te perfumy. Miałem nadzieję, że obdarowana nimi kobieta, była warta wydatku.
    - Nie wiedziałam, że pan jest w biurze – powiedziała gdy wyszedłem do poczekalni i wprowadziłem ją do mego przykurzonego królestwa.
    - Przecież musiała pani słyszeć radio – wskazałem jej krzesło dla interesantów. Sam usiadłem za biurkiem.
    Usiadła sztywno wyprostowana, tak jak powinna siadać wychowanka pensji dla bogatych dziewcząt. Zdjęła rękawiczki i włożyła je do prostokątnej torebki z cielęcej skóry którą położyła na kolanach i skrzyżowała na niej dłonie. Włosy miała długie, kasztanowe. Ubrana była w elegancki kostium kremowego koloru i kapelusz z szerokim rondem opadającym na prawe oko. Nogi skrzyżowała pod krzesłem. Wyglądała na kobietę która najchętniej by stąd uciekła. Nawet nie zdjęła kapelusza, może bała się go pobrudzić.
    - Ma pan rację. Niezręczne kłamstwo. Po prostu siedziałam tam i zastanawiałam się, czy nie iść na policję, ale Norma powiedziała…
    - Norma? – przechyliłem się w stronę biurka.
    - Tak. Norma Madox.
    - Korpulentna posiadaczka rozkosznego, małego Yorka i pary diamentowych kolczyków, które ktoś samowolnie wziął w zastaw? – uśmiechnąłem się do niej.
    - Tak, właśnie ona. – podniosła na mnie wzrok. Miała intensywnie zielone oczy. Wyglądały jak dwa szafiry oprawione w macicę perłową. – Powiedziała, że pan jest najlepszy w tego typu sprawach.
    - To zależy czy zginął pani York, czy kolczyki? – znowu się uśmiechnąłem, ale ona patrzyła już na swoje skrzyżowane dłonie. Palce miała długie, pięknego kroju, paznokcie w kolorze pasującym do kostiumu.
    - Panie Marlowe – spojrzała na mnie ostro. – Nazywam się Gina Laborteux i nie mam ochoty tracić czasu, a na pewno nie z panem. – spuściła wzrok wyraźnie zaskoczona swoim wybuchem – Po prostu trzeba, aby na rogu Dziewiątej Wschodniej i San Pedro wręczył pan to – wyjęła z torebki grubą kopertę, którą przesunęła po blacie biurka tak jakby to była bomba zegarowa – człowiekowi, który do pana podejdzie i przedstawi się jako Eddie Lisner.
    - Spokojnie – odrzekłem spojrzawszy w kopertę – chyba zgubiła pani stado Yorków i to całkiem spore – dodałem przeczesując kciukiem pieniądze. W kopercie były same pięćdziesiątki i setki w używanych banknotach. Na oko z 8 – 10 tysięcy.
    - Nie, panie Marlowe. Chodzi o moją córkę, Lisę.
    Spokojnie otworzyła torebkę z której wyjęła zdjęcie. Położyła je na biurku. Odłożyłem pieniądze i wziąłem do ręki fotografię. Było to typowe zdjęcie z urodzin zrobione na werandzie bogatego domu. Mama Gina, nieznany facet trzymający prawą dłoń ozdobioną sygnetem na ramieniu stojącej przed nimi 8 – 9 letniej dziewczynki, zapewne Lisy. Mała wyglądała jak Judy Garland w „Czarnoksiężniku z Oz”.
    - Ten mężczyzna na fotografii to kto? – zapytałem
    - To mój mąż Louis Laborteux, oczywiście – spuściła oczy
    Uśmiechnąłem się.
    - Louis Laborteux, przemysłowiec i filantrop, dawniej przemytnik i bimbrownik z Kentucky, obecnie członek Beverly Hills Country Club i partner do golfa pana burmistrza?
    - Oczywiście. – patrzyła na mnie zaskoczona. – A także mój mąż i ojciec Lizy.
    - Oczywiście – podsunąłem jej fotografię i łyknąłem odrobinę kawy. – A skąd się wziął Eddie Lisner?
    - No więc mój mąż i ja… – zawahała się – wie pan jak to jest, moi rodzice zainwestowali i… – zrezygnowana machnęła ręką, potem wzięła głęboki wdech – no i trafił się Louis. Najpierw myślałam, przyzwyczaję się… ale, pan rozumie… Beverly Hills i Kentucky, a on był… – popatrzyła na zdjęcie, wyjęła chusteczkę z torebki i złożywszy ją na pół łowiła rogiem łzy w kącikach oczu. Trwało to chwilę. – no i on, to znaczy Eddie, porwał Lisę i teraz żąda okupu. – westchnęła jakby spadł jej kamień z serca – Ja nie chcę żadnych kłopotów panie Marlowe – była już opanowana i rzeczowa. – Chcę tylko zapłacić i odzyskać córkę
    - Rozumiem, że pani mąż…
    - Mój mąż nic o tym nie wie i tak ma pozostać – posłała mi błyskawiczne spojrzenie, to… – znowu spuściła wzrok, westchnęła – nie są jego sprawy.
    - Moim zdaniem…
    - Panie Marlowe – przywołała mnie do porządku
    - Oczywiście, rozumiem – byłem teraz uosobieniem etyki zawodowej. Odstawiłem kubek z kawą i poprawiłem krawat. Wypadło to nawet profesjonalnie. – Ustalmy więc szczegóły. Moje wynagrodzenie to dwadzieścia pięć dolarów dziennie plus wydatki. – Jej ręka zanurzyła się w torebce. – Nie, pani Laboteux – powstrzymałem ją ruchem dłoni – pieniądze zainkasuję po wykonaniu zadania. O której ma dojść do spotkania?
    - O 12:30 na rogu…
    - Pamiętam gdzie – tym razem to ja jej przerwałem. Wstałem ująłem ją pod ramię przynaglając tym samym by wstała. Następnie odprowadziłem ją do drzwi wejściowych do biura. – Proszę czekać na mnie w domu, rozumiem że pani męża raczej nie zastanę – przytaknęła zaczerwieniona – zjawię się jak tylko doręczę pieniądze – rzuciłem zamykając za nią drzwi na biurowy korytarz.
    Jej kroki oddaliły się wolnym, równym rytmem. Stąpała lekko, jak człowiek, który właśnie załatwił kłopotliwą sprawę w urzędzie.
    Wróciłem do gabinetu, zamyślony pociągnąłem resztkę kawy i włączyłem radio by dowiedzieć się, że walka już dawno się skończyła, a prawdziwi mężczyźni palą tylko Camele. Wyłączyłem radio i spojrzałem na zegarek. Miałem prawie półtorej godziny czasu. Ćmienie w żołądku przypomniało mi o śniadaniu. Wziąłem kapelusz, zgarnąłem kopertę z pieniędzmi, którą schowałem w wewnętrznej kieszeni marynarki, uchyliłem okno i wyszedłem na korytarz zamykając gabinet na klucz. Drzwi do poczekalni zostawiłem otwarte. Nigdy nic nie wiadomo.
    Gdy wyszedłem na ulicę Packarda oczywiście już nie było. Skręciłem w prawo, przeszedłem ulicę i wstąpiłem do Black Koffee’n, przyzwoitej jadłodajni gdy jest się nieszczególnie zamożnym klientem. Specjalnością zakładu był sok ze świeżo wyciśniętych pomarańczy. Siedząc przy długim kontuarze obitym stalą nierdzewną zjadłem porcję sadzonych jaj na szynce, którą popiłem szklanką zachwalanego soku. Podano go w wysokiej szklance, na białej, papierowej serwetce. Pływające w nim kawałeczki pomarańczowego miąższu niezbicie dowodziły, że istotnie dopiero co go wyciśnięto. Kawy spróbowałem tu tylko raz. Istotnie była czarna i smakowała zabójczo.
    Gdy płaciłem niewygórowany rachunek dochodziła dwunasta. W sam raz. Wyszedłem i poszedłem w stronę biura. Samochód miałem zaparkowany tuż za rogiem, po zacienionej stronie budynku. Wsiadłem do przyjemnie chłodnego wnętrza auta, uruchomiłem silnik i ruszyłem w kierunku Dziewiątej Wschodniej i San Pedro. Nie spieszyłem się, miałem czas, ruch o tej porze jest niewielki. Lepiej żebym nie wystawał zbyt długo na rogu z kieszenią wypchaną tłustą kopertą.
    Poznałem go gdy tylko zaparkowałem samochód. Stał blady przed zamkniętym na głucho zakładem fryzjerskim po przekątnej północnowschodniego narożnika Dziewiątej Wschodniej i San Pedro. Ubrany był w wygnieciony, popelinowy garniturek jasnego koloru, który wyraźnie domagał się wizyty w pralni. Raczej wysoki, choć chudy i lekko przygarbiony. Drżącą dłonią przecierał górną wargę pokrytą kilkudniową szczeciną. Twarz miał szczupłą i pociągłą. Czaiła się w niej inteligencja. Podkrążone, głęboko osadzone oczy świeciły jak w gorączce. Instynktownie czułem, że to jest człowiek z którym mam się spotkać. Postanowiłem ułatwić mu zadanie. Wysiadłem z samochodu, trzasnąłem drzwiami by zwrócił na mnie uwagę, potem oparłem się o maskę, twarzą do niego, zapaliłem papierosa i starałem się wyglądać jak człowiek, który na kogoś czeka. Rozglądając się kątem oka zauważyłem, że wpatruje się we mnie. Po chwili patrzyliśmy sobie w oczy. W końcu ruszył w moim kierunku, niepewny, przygarbiony, gotów w każdej chwili uciec. Wyglądał jak spocona ze strachu mysz, którą głód pcha prosto w zastawioną pułapkę. Gdy podszedł, okazało się, że śmierdział tak jak wyglądał.
    - Eddie Lisner – przedstawił się wyciągnąwszy rękę o brudnych paznokciach, ozdobioną złotym sygnetem.
    - Philip Marlowe – odpowiedziałem nie robiąc żadnego gestu. Trochę go to zdziwiło.
    - Ma pan coś dla mnie? – zapytał lekko drżącym głosem.
    - Mam – powiedziałem zupełnie obojętnie, sięgnąłem do kieszeni marynarki i wyciągnąłem z niej kopertę tak jakbym wyciągał chusteczkę do nosa, a nie dziesięć tysięcy w używanych banknotach. Zrobiłem to miękkim, niedbałym ruchem trzymając kopertę między kciukiem a palcem wskazującym. W momencie przekazywania koperta wyśliznęła mi się ręki.
    - Ups, ale ze mnie niezdara – jęknąłem jak uczeń, który upuścił kredę.
    Potem zrobiłem gest jakbym chciał się schylić. Tamten mnie ubiegł. Wpatrzony w kopertę podnosił ją z ziemi. Szczęk odciąganego kurka rewolweru zamroził go w półprzysiadzie. Podniósł wzrok by spojrzeć prosto w lufę mojej trzydziestki ósemki. Mysz wpadła w potrzask.
    - Nie jesteś, niezdara – spojrzał mi prosto w oczy.
    - A ty nie jesteś Eddie Lisner. Wskakuj – trzymając go na muszce przesunąłem się odsłaniając mu drogę do drzwi samochodu.
    - Za kierownicę – powiedziałem. Celując mu prosto w brzuch, poczekałem aż siądzie za kierownicę, obszedłem tyłem samochód i wsiadłem od strony pasażera. Był tak przerażony, że nawet nie pomyślał by szybko przekręcić kluczyk w stacyjce i po prostu uciec.
    - Przejedziemy się i pogadamy – lufą rewolweru wskazałem mu kluczyki.
    Zapalił silnik i z niejakim trudem ruszył.
    - Dokąd panie Marlowe?
    - Przed siebie – roześmiałem się – panie…
    - Yates – dokończył – Paul Yates
    - Nie wyglądasz mi na porywacza Paul
    - Porywacza? Człowieku, w co ty chcesz mnie wrobić! – krzyknął i prawie wjechał na chodnik. – Nie wiem nic o żadnym porwaniu.
    - Hej, uważaj – roześmiałem się – bo do listy przestępstw dopiszesz wypadek drogowy, a nie wiem nawet czy masz prawo jazdy. Skręć w prawo, potem cały czas prosto.
    - Mam – powiedział zrezygnowany
    - Mam nadzieję, że na nazwisko Paul Yates. Następna w lewo.
    Skręcił a ja opowiadałem co pewien czas korygując kurs.
    - Dzisiaj rano odwiedziła mnie piękna kobieta, która twierdzi, że niejaki Eddie Lisner porwał jej dziecko i przyszła do mnie bo nie chce kłopotów. Jednak to nie przeszkodziło jej w starannym doborze garderoby i makijażu na co potrzeba sporo czasu i pewnej ręki. Potem pokazała mi zdjęcie człowieka, który miał być Louisem Laborteux, ale to nie był Louis Laborteux. Tak się składa, że oprócz gry w szachy czytam czasami kronikę towarzyską, rozumiesz, w moim zawodzie muszę wiedzieć kto jest kto. Podała mi adres gdzie miałem spotkać się z Eddiem Lisnerem, który okazał się Paulem Yatesem…
    - Skąd pan wiedział? – przerwał mi
    - Co?
    - Skąd pan wiedział, że nie jestem Lisner.
    - Jakby ci to wytłumacz… – popatrzyłem na jego sygnet i postanowiłem załatwić sprawę bez znieczulenia – jesteś chudy, blady, w tanim garniturze i masz brudne paznokcie. Na pewno nie jesteś w typie pani Laborteux. Kim więc jesteś?
    - Pośrednikiem. – patrzył przed siebie lekko nieobecnym wzrokiem – Tego Lisnera poznałem kilka dni w barze na Sunset, zabrakło mi paru centów do drinka, poratował mnie i od słowa do słowa zaproponował mi dolę jeżeli spotkam się dzisiaj z facetem który bez słowa wręczy mi kopertę. Miałem ją odebrać i spotkać się z nim o 14 w „The Conquistador”…
    - Gdzie to jest?
    - Na Piątej Wschodniej
    - Co dalej?
    - Nic. Miałem oddać mu kopertę i odebrać swoją działkę.
    - Żeby opłacić uniwerek?
    Spojrzał na mnie. Był zupełnie zaskoczony.
    - Dobry pan jest – posmutniał – nie… już dawno mnie wylali. Po prostu… – potarł dłonią wewnętrzną stronę prawego przedramienia – potrzebuję tych pieniędzy. – zamilkł i przez chwilę całkowicie skupił się na prowadzeniu samochodu – Jak się pan domyślił? – nie wytrzymał.
    Pociągnąłem nosem
    - Wyczułem.
    - Przycisnęło mnie trochę, przyznaję – spocił się jakby bardziej. Zrobiło się ciężko w powietrzu. Przerzuciłem pistolet do lewej i uchyliłem szybę.
    - I co, nie zapytałeś Lisnera o szczegóły?
    - A co miałem pytać? – prawie krzyknął – potrzebowałem pieniędzy i on o tym wiedział.
    - Skąd?
    - Nie wiem. Pewnie wyczuł – spojrzał na mnie – tak jak pan.
    - OK. Paul – powiedziałem – na następnym skrzyżowaniu skręcisz w prawo i zatrzymasz się przed bardzo wysokim budynkiem, na pewno go poznasz.
    Spojrzał na mnie przestraszony, ale nie robiłem wrażenia jakbym chciał zmienić zdanie. Lekko roztrzęsiony wykonał moje polecenie i już za chwilę parkowaliśmy przed departamentem Policji Los Angeles.
    - Wysiadaj – przynagliłem go lufą pistoletu. Przez moment drżącą ręką mocował się z drzwiami w końcu wysiadł, a ja za nim. Kazałem mu podnieść ręce i iść do wejścia budynku. Zgodnie z przewidywaniami już na chodniku zainteresowało się nami kilku umundurowanych gliniarzy. Pokazałem im swoją licencję, poleciłem skuć Yatesa i zatrzymać pod zarzutem współudziału w porwaniu Lisy Laborteux
    – Na razie. – powiedziałem mu prosto w twarz.
    - Ty szczurze – wycedził – myślałem, że chcesz mnie przesłuchać i puścić
    - Puściłbym cię gdybyś naprawdę był tylko pośrednikiem – uśmiechnąłem się chowając rewolwer do kabury – ale sam przyznasz że ta twoja historyjka…
    - Historyjka jak historyjka, w sam raz na prywatnego łapacza – roześmiał się nerwowo
    - Może – zamyśliłem się – wiesz, od biedy mógłbym ci nawet uwierzyć, gdyby nie twoja próżność.
    - Co? – popatrzył na mnie jak na ducha
    - Próżność – poklepałem go po ramieniu. – prokurator ci to wytłumaczy.
    Policjant zabrał Yatesa, w drzwiach budynku minęli się z Berniem.
    - A „The Conquistador” zamknęli miesiąc temu! – krzyknąłem za nimi.
    Tymczasem Bernie podszedł do mnie, wyciągnął paczkę Cameli.
    – Co to za heca z tym facetem – poczęstował mnie papierosem, którego przyjąłem – pół departamentu stoi w oknach.
    Spojrzałem w górę.
    - Faktycznie – przyjąłem podany mi ogień – facet nazywa się Paul Yates, choć przedstawił mi się jako Eddie Lisner. Pan Yates ma nieświeży zapach i sygnet który dzisiaj rano widziałem na pewnej fotografii, ale wtedy nosił go na palcu inny mężczyzna, który miał się nazywać Louis Laborteux, tylko że to nie był Louis Laborteux. Tak się składa, że pan Louis to zażywny jegomość z Kentucky, a ten na zdjęciu wyglądał jak Cary Grant na dopingu.
    - No to kto to był?
    - Myślę, że właśnie Eddie Lisner.
    - Znasz jego adres?
    - Nie – zamyśliłem się – ale myślę, że jego aktualny adres zna pan Yates
    - Jak to?
    - Jestem pewien, że Yates zabił Lisnera i dzisiaj miał za to dostać ode mnie dziesięć tysięcy.
    - Skąd ta pewność?
    - Bo dzisiaj rano przyszła do mnie szykowna kobieta, Gina Laborteux opowiedziała mi o rzekomym porwaniu swojej córki takim tonem jakby zaginął jej jeden z mniej lubianych pudli i wręczyła mi tłustą kopertę z zastrzeżeniem, że mam ją wręczyć bez zbędnych pytań człowiekowi, który przedstawi się jako Eddie Lisner z którym niby to miała romans. Tymczasem facet okazuje się być w typie o jaki pani Laborteux nie chciałaby się nawet potknąć. Rozumiesz – zaciągnąłem się dymem – że nabrałem podejrzeń.
    - I porozmawiałeś z gościem? – Bernie się roześmiał
    - Jak widzisz – odpowiedziałem uśmiechnięty.
    - A skąd wiesz, że Lisner nie żyje?
    - Jeżeli Lisner to nie facet z fotografii, a założę się że nim jest, to żeby romansować z Giną Laborteux potrzebuje samochodu, krawca, fryzjera i pieniędzy. Tego, co pan Yates widuje tylko w kinie, jeżeli oczywiście akurat ma na kino.
    - Nie te sfery?
    - Przynajmniej nie na tyle by darowywać sobie sygnety.
    - A może Yates go ogłuszył i obrobił w jakimś ciemnym kącie?
    - I dostał za to dziesięć tysięcy dolarów w używanych banknotach?
    - Myślisz, że Gina Laborteux kazała Yatesowi sprzątnąć Lisnera, dlaczego?
    - Bo u mnie w biurze gdy mówiła o nim to patrzyła na fotografię na której miał być jej mąż, a dziewczynka oczy ma po mamusi, ale nos i podbródek na pewno nie po tacie Louisie.
    - Myślisz, że Lisa Laborteux jest córką Eddiego i Giny?
    Uśmiechnąłem się.
    - Tak i jestem pewien, że Louis Laborteux nic o tym nie wie.
    - Możliwe – mruknął Bernie – I co? Eddie chciał mu powiedzieć?
    - Nie wiem. Ale wiem, że dziesięć tysięcy to suma w sam raz za uciszenie kogoś, szczególnie dla takiego ulicznego męta jak Paul Yates. Ja miałem być ślepym narzędziem aby piękna Gina nie brudziła sobie rąk.
    - No dobrze, ale jak wyszła na Yatesa.
    - Nie wiem. Może to jakiś kolega ze studiów. Najlepiej zapytajmy ją osobiście.
    Bernie spojrzał na mnie z uśmiechem.
    - Towarzyskie wizyty składa się dopiero od piątej.
    - To nie będzie towarzyska wizyta.
    Wsiedliśmy do mojego samochodu i ruszyliśmy w stronę posiadłości Giny Laborteux. Było mi jej prawie żal. Prawie.

  138. bojan21 pisze:

    CZERWONA ZAGŁADA !
    Jest rok 2011 do władzy w Polsce dochodzą ludzie z organizacji „RydzSamoPis” .
    W polskim sejmie, senacie, hotelu sejmowym i innych miejscach przebywania elit politycznych zaczyna się seria okrutnych morderstw. Ofiarami stają się ludzie powiązani z dawnym aparatem władzy i PZPR . Znajdowane zmasakrowane zwłoki łączy narzędzie zbrodni pozostawiane na ofiarach a są nimi „sierp i młot” i wycinany na piersi numer legitymacji partyjnej PZPR. Blady strach pada na wszystkich o komunistycznych korzeniach a nawet korzonkach. Do akcji wkracza detektyw Willis, który został ściągnięty z wczasów gdzie przebywał wraz z Renatą G gdzie raczyli się owsem. Wnikliwe dochodzenie przypadkiem naprowadza Willisa na taśmę z monitoringu Agencji Towarzyskiej na której nagrana jest scena zabójstwa towarzysza Leszka M . Wyraźnie na nagraniu jest widać dużą postać odzianą w dwie czerwone flagi z emblematami sierpa i młota upadłego ZSRR i nieśmiertelnikiem na szyii. Niestety twarz jest ukryta pod czapką uszanką z wyciętymi dziurami na oczy a na nogach mordercy były charakterystyczne czerwone walonki. Co czuł nasz dzielny Willis, gdy oglądał ten film te krwawe nagranie? chyba tylko smród czosnku z hamburgera którego pożerał porucznik Freeman. Operacyjnie naszego niebezpiecznego killera nazwano Kaczorus. Willis postanowił, że zorganizuje zasadzkę a na wabia wystawi dawnego pierwszego sekretarza emeryta towarzysza Leszka M. Niestety nasz dzielny detektyw zostaje wplątany w jakiś uknuty spisek i trafia do więzienia wraz ze swoimi kolegami Tango i Keszem. Wszyscy zostają osadzeni w tajnej bazie na wyspie w Szymanalcatraz. W czasie , gdy nasz dzielny detektyw siedzi w pudle planując ucieczkę dochodzi do prawdziwej „rzezi niewiniątek” w jedną noc zostaje wymordowany prawie cały klub parlamentarny jednej z partii lewicowych.
    Sposób działania niebezpiecznego i bezwzględnego Kaczorusa był w każdej sytuacji taki sam zmasakrowane zwłoki sierpem i rozbicie głowy młotem i numer wycinany na piersi. Tylko w jednym przypadku nie było numeru , ale sprawa szybko się wyjaśniła, ponieważ ofiara zamiast numeru miała wycięty napis „bolek” i to był już trop , że u mordercy jest słabo z edukacją, bo imię napisał z małej litery. Niestety na nic to wszystko się zdało , bo kaczorus mordował sobie dalej sięgając już nawet do dawnych członków ZSMP. W obawie o swoje życie nie wytrzymał już tego dłużej bogaty filmowiec Kot Rybin i pomógł w ucieczce z Szymanalcatraz wspomnianym wcześniej dzielnym detektywom. Ucieczka podstawionym na brzegu wyspy podwodnym rowerem wodnym szczęśliwie się powiodła a uciekinierzy szczęśliwie niezauważeni dopłynęli do Morskiego Oka .
    Finansista Kot wydał ogromną kasę kupił sobie gazetę lub czasopisma i schronił się pod skrzydłami jeszcze żyjącego choć w strachu Olka K. Niesamowity zwrot akcji nastąpił, gdy do akcji wkroczyli Chack Noris i Gliniarz z Bewery Hils dorwali oni kaczorusa zabrali mu sierp i młotek i mieli ściągać już czapkę uszatkę, gdy nagle zaległa ciemność, bo drugi z braci ukradł księżyc i znów kaczorus umknął. Nic niestety nie trwa wiecznie i w końcu wytrzeźwiał nasz dzielny Willis doznając cudownego olśnienia wpadając do pojemnika z makulaturą. Do jego czoła bowiem przykleiła się ulotka reklamowa. Pojechał on natychmiast tramwajem , bo swojego poloneza nie prowadzi na kacu do pewnego hipermarketu budowlanego, który niedawno oferował wiosenną wyprzedaż narzędzi, sprawdził listę osób kupujących sierpy i młotki. Na liście kupujących był tylko ON JAREK K płacił gotówką bo nie ma konta i karty . Kiedy nasz detektyw i dzielni komandosi z Gromu i Pioruna zaskoczyli kaczorusa w jego arabskiej rezydencji w Klewkach czytał on właśnie w internecie listę pana Bronka W, Antka M i księdza JZ. Strach pomyśleć, co by się działo, gdyby nie nasz dzielny detektyw Willis i porucznik Freeman !

  139. Aurelia pisze:

    Co właściwie może decydować o wyborze najbardziej fascynującego detektywa? Skuteczność działania? Inteligencja? Przenikliwość? To chyba wspólne zalety większości literackich (i chciałoby się dodać – realnych) tropicieli zbrodniarzy. Jakie inne cechy szczególnie przyciągają uwagę? Zadowolenie z siebie jak u Poirota czy depresyjność jak u Wallandera? Nieskazitelność Sherlocka Holmesa czy deprawacja Mocka? Życzliwość wobec ludzi Panny Marple czy raczej mizantropia Harry’ego Hole? Zazwyczaj dzięki tak radykalnym cechom charakteru nasi ulubieni detektywi zyskują wyrazistą osobowość…
    Jakie więc cechy sprawiły, że choć z ciekawością śledzę losy Wallandera, Salander czy Marininy, moim ulubieńcem jest polski prokurator Teodor Szacki, bohater powieści „Uwikłanie” Miłoszewskiego?
    Szacki niewątpliwie nie jest herosem, choć w efektowny sposób rozwiązuje intrygujące zbrodnie. Uważa się za racjonalistę, ale potrafi wykorzystać w śledztwie i tropy sugerowane przez jasnowidza, i zaskakujące metody psychologicznej terapii ustawień. Poczucie bliskości z czytelnikiem budzi przede wszystkim „zwyczajność” Szackiego. Żyje on w świecie, który znamy z własnego doświadczenia. Zachwyca się i gorszy elementami warszawskiego krajobrazu, z ironią obserwuje polską rzeczywistość i, jak wielu z nas, z niechęcią odrzuca popadających w samozachwyt polityków. Szacki zmaga się z problemami, które mają bardzo konkretny wymiar. Wchodzi w wiek średni, coraz mocniej odczuwając znudzenie swoim życiem, ograniczenia wynikające z uwikłań zawodowych, rodzinnych, finansowych. Jego rozterki dalekie są jednak od patosu i wysublimowania klasycznych bohaterów literackich. Czyż można sobie wyobrazić Sherlocka Holmesa, który ubolewa nad pożółkłą bielizną żony (nawet, gdyby ją miał…)? Szacki ujmuje także specyficznym poczuciem humoru. Lakonicznie i zgryźliwie komentuje zarówno zachowanie osób ze swojego otoczenia, jak i własne postępowanie. Uśmiech szefowej przypomina mu „postacie z obrazów Breughla”, a przyglądając się swoim działaniom, stwierdza: „Jasnowidze i pokręcone terapie – jego praca coraz bardziej przypominała marny serial o prokuratorze tropiącym zjawiska paranormalne”…
    Dlaczego właśnie Szacki tak mnie zaintrygował? Przede wszystkim ma szczęście do pisarza (choć nie do reżysera…), który stawia przed prokuratorem ciekawe wyzwania i kreuje bogatą, wiarygodną osobowość bohatera. Cieszę się, że we wrześniu będzie można poznać jego kolejne śledztwo.

  140. morkel pisze:

    Kiedy ta mała postać rzuciła wielki cień na szybę w drzwiach mojego biura gdzie bardzo eleganckimi złotymi literami stało napisane: Harry Ryan, prywatny detektyw, w ogóle nie przeczułem żadnych kłopotów. Gdy postać cichutko zapukała do drzwi i na moje donośne “proszę” nieśmiało weszła do środka okazało się, że jest to mężczyzna. Kłopoty sprowadzały kobiety (pamiętacie zapewne sprawę Lady Wystawowej, o której rozpisywały się popołudniówki), więc klient wyglądający na księgowego w fabryce wrotek nie wzbudził we mnie żadnych podejrzeń. O jakże się myliłem!
    -Proszę siadać – wskazałem facetowi krzesełko przed swoim biurkiem bo już zaczynałem podejrzewać, że przestoi pod drzwiami cały dzień nie odezwawszy się ani słówkiem. Podręcznik “Młody biznesmen” strona 51: “postaw klientowi krzesło niższe od twojego; uzyskasz przewagę psychologiczną patrząc na niego z góry”. To bardzo cenna rada i cytuję ją w każdej sytuacji, więc jeśli macie coś pod ręką to ją sobie zapiszcie. Człowieczek jak wspomniałem był mały, krzesło również, więc facet zniknął z pola mojego widzenia za stertą papierów mających za zadanie sprawiania wrażenia, że jestem bardzo zapracowanym człowiekiem. Gdy usiadł spojrzał oko w oko mojego rewolweru, który sprytnie miałem przymocowany pod biurkiem (tej rady nie znajdziecie w podręczniku “Młodego biznesmena” ale weźcie ją sobie także do serca jeśli chcecie odnieść jakikolwiek sukces i przeżyć). Facecik z pewnością pierwszy raz widział takiego olbrzyma z tak bliska więc gdy już udało mi się go docucić i posadziłem go na krzesełku, które ustawiłem na czterech tomach “Lalki”, zapewniłem go, że w moich rękach jest absolutnie bezpieczny (tak wiem, że to tekst dla kobiet ale nic stosowniejszego nie przyszło mi do głowy). Facet w dziwny sposób wzbudzał we mnie instynkt macierzyński.
    -Co pana do mnie sprowadza? – starałem się przybrać jak najłagodniejszy wyraz twarzy.
    -Pan Harry Ryan? Najlepszy prywatny detektyw na wschód od Edenu?
    -Tak wiem, że to kiepski slogan. Zmieniłem już agencję reklamową.
    -Ktoś porwał mój cenny diamencik!
    -Diamencik?
    -Mój największy skarb, jedyny sens życia. Nie mam nic, zabrano mi wszystko. – Być może sprawa była bardziej interesująca niż się wydawała.- Mój jedyny skarb. Ktoś go ukradł rozumie pan? Straciłem wszystko, nie mam teraz nic. Musi go pan odzyskać.
    -Diament?
    -Największy diament świata. Klejnot! – Sprawa zaczynała robić się interesująca. Facet wyglądał mi raczej na takiego co diamenty ogląda co najwyżej na wystawach jubilerów, ale z drugiej strony wiadomo (i to bez czytania “Podręcznika młodego biznesmena”), że pozory najczęściej mylą. Człwieczek zaczął drżeć. Wyciągnąłem notes, zza ucha ołówek, przyjąłem nonszalancki wyraz twarzy mówiący „nie takimi sprawami się zajmowałem” – pełny profesjonalizm. Gość nazywał się Dick Gilmore.

  141. Kachasia pisze:

    Godzina 15.21 i dziesięć sekund, właśnie wtedy wszystko się zaczęło, od słów: “This is a robbery. Nobody moves”.
    Kobieta za kontuarem ledwie widocznie poruszając ręką, włącza przycisk alarmu. Złodziej przeszedł sześć kroków, od drzwi do kontuaru, przeskoczył ladę i stanął za plecami Stine Grette. przyłożył do jej karku czarno-oliwkowy karabin AG3 . Pochylił się nad nią i szepnął coś, co ,na razie, dla pozostałych było tajemnicą.
    “Helge! Klucze do bankomatu. Prędko bo inaczej…on mnie zastrzeli”. Sekret został ujawniony. Kierownik wyciąga klucze w kierunku bandyty, jednak złodziej znowu szepce do zakładniczki. “On mówi że masz otworzyć bankomat i włożyć te dwie nowe kasety z pieniędzmi do czarnej torby, masz 25 sekund.Potem będzie strzelał.Do mnie. Nie do ciebie. Szybciej Helge!” Kierownik oddziału Klementsen wszedł na salę w akompaniamencie brzęczyka mechanizmu otwierającego drzwi.
    Trzydzieści sekund od rozpoczęcia napadu.
    Helge osunął sie na kolana przed bankomatem z pękiem czterech kluczy.
    “Zostało dwadzieścia sekund” powiedziała Grette .
    Klementsen drżącymi palcami wybrał klucz. Nie pasował.
    “Siedemnaście” kolejna informacja od Stine.
    “Ale” kierownik chciał coś wytłumaczyć.
    “Piętnaście” przerwała mu zakładniczka.
    Helge wybrał kolejny, również zły klucz.
    “Ale,na Boga…”
    “Trzynaście, znajdź ten oklejony zieloną taśmą” poinformowała kierownika Stine.
    Klementsen
    wpatrywał się w pęk kluczy jak gdyby pierwszy raz go zobaczył.
    “Jedenaście.”
    Trzeci klucz wybrany przez kierownika okazał się tym właściwym. Otworzył drzwi i odwrócił się w stronę Stine i bandyty informując ich o jeszcze jednym zamku…
    “Dziewięć!” Przerwała mu zakładniczka.
    Kiedy zostały dwie sekundy Helge otworzył drugi zamek.
    Zapakował kasety do czarnej torby w ciągu sześciu sekund. Na rozkaz bandyty Helge zasunął zamek i stanął przy kontuarze. Wszystkie rozkazy były przekazywane przez Stine, której głos uspokoił się.
    Jedna minuta i trzy sekundy. Koniec napadu.
    Jednak zamiast wziąć torbę i uciekać bandyta obrócił krzesło Stine w swoją stronę, pochylił się i wyjawił jej kolejną tajemnicę. Staje przed nią w lekkim rozkroku a lufę wymierza w głowę kobiety.
    Jest godzina 15.22.22 kiedy bandyta naciska spust.
    Helge spóźnił się o sześć sekund.

  142. King jak zwykle zachwyca pisze:

    W rankingu najbardziej irytujących i najbardziej działających na nerwy moim zdaniem w samej czołówce plasuje się Duży Jim Rennie, ambitny lokalny polityk z książki “Pod Kopułą” Stephena Kinga . Może jego “przewinienia” nie są zbyt wybitne oraz wymyśle jak przystało na morderców wielkiego kalibru ale jest w swoich poczynaniach bezwzględny i konsekwentny w swoim działaniu. Bardzo skrupulatnie i z premedytacją przygotowuje każdą kolejną sytuacją i rzadko mu się zdarza postępować według impulsu co sprawia że trudno jest mu udowodnić przewinienie, chodź jak zawsze moja mama prawi “przyjdzie kryska na Matyska” i tak tez w tym przypadku się staje. Jim zaczyna sam plątać się w swoich kłamstwach i “usuwając” każdą kolejną osobą uważaną za przeszkodę. Ten miejscowy ignorant oraz członek rady uwielbia mieć władzę w swoich rękach bo dzięki niej czuję że może wszystko i to on rozdaje karty. Lubi gdy wszyscy tańczą tak jak im się zagra i nie przyjmuje sprzeciwu, jest doskonałym przykładem dążenia do celu po trupach lecz jak wiadomo takie działania przeważnie kończą się fiaskiem. Jim jak już wiemy nie przyjmuje sprzeciwu a każda osoba która staje mu na drodze w realizacji jego “polityki” jest jego wrogiem a do największych zalicza miejscową dziennikarkę oraz byłego komandosa który przyjechał do miasta by odciąć się od przeszłości jednak nie na długo.
    Duży Jim Rennie to prosty facet który dorobił się na lokalnym biznesie i teraz sprawując ważną władzę samorządową dokonuje brudnych interesów a wszystkie ważne sprawy ustawiane są tak by jego lokalny mały biznes narkotykowy nie wyszedł na jaw. Dorabia się kosztem mieszkańców i gdy zostanie do tego zmuszony manipuluje b każdy liczył się z jego zdaniem oraz nie wtrącał się w jego sprawy.
    Dla mnie taki przykład mordercy najgroźniejszego i najgorszego ponieważ świadomie zdaje krzywdę bliźniemu by osiągnąć własny sukces,jest to doskonały przykład polityka któremu woda sodowa uderzyła do głowy i dzięki temu nie cofnie się przed niczym by dokonać zbrodni. Ma na swoim koncie wiele ofiar które kiedyś były jego wyborcami, sąsiadami a nawet przyjaciółmi.. Przez wielu znienawidzony a nawet jego własny syn podąża jego śladami likwidując przeszkody swoje jak i ojca. Wszystko dokonuje z pełną świadomością oraz z zaangażowaniem co jest w tym momencie największą jego ujmą.

  143. AdAlbert pisze:

    Dźwięk trąbki Davisa z jego ulubionej płyty “The Kind of Blue”, wdzierał się w każdą komórkę jego ciała nie pozwalając mu spać. Wiedział, że musi jeszcze zrobić jedną maleńką rzecz, zanim z powrotem zanurzy się w swoją alkoholową niepamięć. Otwierał powoli oczy, a światło tysiącami sztyletów wbijało się w jego mózg.
    Zemdlał.
    Znów się ocknął. Czuł przenikliwe zimno, jakby otaczały go zwały śniegu, nie wiedział gdzie się znajduje, w ustach czuł nacisk igieł i powoli zaczynało mu brakować powietrza, czuł, że znowu odpływa.
    Włączył telewizor. Na ekranie pokazywali bank i mężczyzne w masce. Mężczyzna rozmawiał z kasjerką, nagle wyciągnał broń. Harry odwrócił głowę usłyszał strzał i dźwięk ciała upadającego na podłogę.
    Sięgnął po stojącą na stole Whisky. Podniósł ją do ust i spojrzał na wiszące na ścianie zdjęcie Rakel i Olega. Odstawił butelkę na szafkę i spojrzał na leżące tam zdjęcie.
    Przedstawiało mapę miasta, a na niej leżały odcięte palce, ułożone w figurę przypominającą pięcioramienną gwiazdę. Odwrócił się do okna.
    Na dworze padał pierwszy w tym roku śnieg, jakiś dzieciak przed domem obok lepił bałwana. Ulicami przechodzili uczestnicy festynu organizowanego przez Armię Zbawienia. Nagle na dachu kamienicy na przeciw, spostrzegł strzelca, mierzył do jednego z żołnierzy Armii. Harry dobrze znał tę broń, to Marklin.
    Obudził się zlany potem.
    Rozejrzał się i zobaczył, że obok leży rudowłosa kobieta, zamknął oczy i wtulił się w swą Australijsko-Norweską piękną Inger.

  144. onlyme30 pisze:

    Jego praca jest jego życiem i kto uważniej by mu się przyjrzał zobaczył by podobieństwo do Sherlocka Holmesa, ale to jednak nie on! To inteligentny i równie bystry – Rodion Gieorgijewicz Wanzarow – służący w Rosyjskiej policji. Teren jego działań jest spory, lecz spora jest też jego kryminalna wiedza, znawstwo panującej korupcji i swojego fachu. Żadna sprawa, ani żaden szczegół nie ujdzie jego uwadze, w końcu w kojarzeniu faktów jest lepszy od niejednego detektywa. Oto Wanzarow i Sankt Petersburg z którym musi się zmierzyć. Ma on swoje grono podejrzanych ale i często zagubionych choć ofiarnych pomocników. Tutaj proste z pozoru mordersto nie jest łatwe do rozwiązania, trup sieje się gęsto, ale choćby nie wiem jak zagmatwane było śledztwo nasz nader inteligentny i niezwykle uroczy i pełen wdzięku Wanzarow sprowadzi nas na ziemię. Jego tok myślenia, szybkie działanie i cierpliwość są nagradzane. Kto wejdzie mu w drogę, kto popełni wykroczenie na jego terenie jest skazany albo na śmierć albo na więzienie.
    Trzeba wytężyć umysł by nadążyć za jego tokiem myślenia, wczuć się w rozwiązywaną sprawę, bo jego geniusz i rozwikłanie zagadek są ponad przeciętną:)

  145. aniakuka pisze:

    Malin Fors nie wie, jak jak po ludzku poukładac swoje relacje z byłym męzem, ale wie jakim głosem mowią wisielcy. Wie jak czytac slady, podążać logiką mordercy, wsłuchac się w niemy krzyk ofiar. Nie wie, jak przestać popijac wieczorami i jakim językiem rozmawiac z córką. Taka super-kobieta bez czerwonego znaku “S” na piersi i bez peleryny, nie ma super-mocy, często ma kaca, nagonkę mysli, poczucie winy. Fajna ta pani dedektyw, wierze jej bohaterce, ide za nia w najmroczniejsze zakątki ludzkich słabosci. Słucham, gdy ona słucha ostrzeżeń, wołań o pomoc, oskarżeń tych, którzy nie żyją i domagają sie sprawiedliwości. Marznę zimą, razem z nią badając slady wokół wisielca, mdleję z gorąca latem gdy drży o własną córkę, czekam na chłód jesieni, bo nie wiem, jakie straszne strasze wieści przyniesie skandynawski wiatr…

  146. Marta pisze:

    Lisbeth w kryminale

    Jako pierwszą kobiecą ofiarę w kryminale Bo Lundin identyfikuje kobietę znalezioną na Rue Morgue w powieści Edgara Allana Poe. Potem była bohaterka „Czerwonego goździka” i wiele kobiet pełniących role pomocnicze, których udział w śledztwie kończył się nadzwyczaj szybko. Co do kryminału skandynawskiego, od początku akcent kobiecy był bardzo silny. W końcu do rozpropagowania tego typu powieści przyczynił się duet żona + mąż, czyli Maj Sjöwall i Per Wahlöö, którzy wspólnie stworzyli Martina Becka, a w swoich książkach dawali wyraz swoim mocno lewicowym poglądom. Można więc powiedzieć, że za jednym zamachem sprawili, że kryminał stał się popularny w Szwecji (a następnie w innych krajach Północy), wprowadzili kobietę-autorkę i wyraźne tło polityczne.

    Nikt jednak nie przewrócił pojęcia o kobietach w literaturze współczesnej jak drobna, zakolczykowana Lisbeth Salander – bohaterka trylogii Millenium Stiega Larssona. Warto poświęcić jej trochę uwagi, ponieważ w wielości dyskusji, recenzji i analiz nie znalazłam jeszcze uwagi najważniejszej co do tego, „czym jest postać” Salander.

    To, co stworzył Larsson, to konstrukt antykobiecości, ale nie tylko – to również stworzenie, którego wytrzymałość porównać można tylko z Terminatorem…

    Spójrzmy bowiem na najważniejsze informacje o Lisbeth Salander: geniusz matematyczny, hacker potrafiący włamać się wszędzie, ofiara gwałtu, przemocy fizycznej i psychicznej, ofiara systemu opieki społecznej, lekarzy psychiatrów, śledczych, niesłusznie ogłoszona wrogiem numer jeden w mediach.

    Cechy charakterystyczne: drobna, chuda, nie dba o wygląd, bywa okrutna, chłodno analizuje wszystkie sytuacje, w których się znajduje. Nie pozwala sobie na okazywanie emocji, ale w obronie osób, które są dla niej ważne albo które szanuje, nie cofnie się przed niczym. Potrafi obsługiwać broń i walczyć, jest niezwykle zwinna. W razie potrzeby sprawia wrażenie niedorozwiniętej umysłowo.

    Jeśli ktoś ją skrzywdzi, planuje wymyślną zemstę, zdobywa informacje, wykorzystuje słabe strony przeciwnika. Jest w stanie z najdrobniejszych szczegółów wysnuć wnioski oparte na logicznym rozumowaniu. Każdą słabość uznaje za ułomność, dlatego stara się jak najbardziej kamuflować własne.

    Podsumowując: fizycznie postać Lisbeth Salander jest typową, książkową ofiarą, przede wszystkim wiąże się to z jej drobną posturą i, co powtarzane jest w książce wielokrotnie, tym, że wygląda jak kilkunastolatka, a nie jak dorosła kobieta. Co więcej, w ciągu całego życia pada nieustannie ofiarą niesprawiedliwości czynionej wobec niej przez mężczyzn.

    Kobiety z jej życia – matka oraz siostra bliźniaczka – poddają się, są uległe albo zostawiają wszystko i uciekają. Tutaj pojawia się przewrotność postaci Salander – wbrew fizyczności, otoczeniu i wychowaniu wykształca cechy takie jak upór, wola walki o swoją godność i pragnienie życia. W tej małej osobie znajdziemy nienawiść, zawiść, chęć zemsty, determinację, odcinanie się od uczuciowości – to przecież cechy przypisywane standardowo postaciom męskim. Również intelektualność Lisbeth jest zmaskulinizowana – gdy usłyszymy, że ktoś ma analityczny, genialny, matematyczny umysł, niebywałe zdolności komputerowe, to, nie oszukujmy się, we wszystkich głowach pojawi się mężczyzna.

    Tak więc podsumowując, oto co zrobił Larsson: wziął fizyczną postać typowej ofiary, umysłowość geniusza, uczuciowość mężczyzny, dodał do tego dedukcyjność a’la Sherolock Holmes, zdolności technologiczne rodem z filmów o Jamesie Bondzie, a umiejętność kamuflowania się, którymi obdarzył bohaterkę, można przyrównać jedynie do tych, które prezentował Superman albo rosyjscy szpiedzy. Wszystko to wrzucił w mierzącą niewiele ponad metr sześćdziesiąt dwudziestokilkulatkę.

    W Salander wszystko jest wyolbrzymione, podobnie też jej seksualność. Z jednej strony wygląda niedbale, spotyka się z odrzuceniem przez odważny makijaż, kolczyki w nosie i wardze. A jednak przyciąga uwagę mężczyzn, w toku narracji nieraz znajdziemy komentarz, że ten czy ów uznał ją za atrakcyjną. Ale ona jest, oczywiście, biseksualna, bardzo lubi uprawiać seks z kobietami. Poza tym nie szuka stałego związku, jedynie przelotnych, intensywnych romansów. Typowa kobieca uczuciowość, czyż nie?

    Lisbeth Salander przeżyła tyle, że można by tym obdzielić co najmniej kilka dość interesujących bohaterek. Różnica jednak polega na tym, że tradycyjna kobieca postać literacka, nawet nie reprezentująca typu ofiary, przedstawiona byłaby wyłącznie poprzez pryzmat danego traumatycznego wydarzenia: przeżywałaby je bardzo intensywnie, spowodowałoby to w niej pewne zmiany. Możliwe, że różne dalsze działania w opowieści spowodowane byłyby właśnie tym wydarzeniem. U bohaterki „Millennium” główną reakcją na krzywdę jest paląca chęć, a wręcz potrzeba zemsty. Najlepiej do tego, żeby z zemsty wynikały też dodatkowe, rzeczywiste korzyści. Kiedy ten warunek zostaje spełniony, znikają emocje, gdyż zło zostało naprawione. Żadnych „zepchniętych” do podświadomości wspomnień, które pojawią się w najmniej oczekiwanym momencie powieści, aby przez emocje skierować bohaterkę w jakimś kierunku. Nienawiść u Salander wynika z pamięci, nie ze wspomnień – wie, że ten, kto ją skrzywdził, może skrzywdzić ją ponownie, a kto stanowił zagrożenie, może być zagrożeniem większym. Oczywistym wnioskiem jest stwierdzenie, że najlepiej aby obiekt stanowiący zagrożenie wyeliminować.

    Tutaj nie chodzi nawet o to, że umysł góruje nad sercem. Tutaj nie ma rywalizacji.
    Serce Salander bije. To wszystko.

  147. Natalia Meder pisze:

    Jest wiele postaci detektywów w literaturze, które lubię i podziwiam od Herkulesa Poirot, przez pannę Marple po Sherlocka Holmesa. Jednak jest również jeden detektyw, który potrafi wkurzyć wszystkie osoby z nim pracujące, a mnie jako osobę czytającą czasami rozśmiesza do łez. W domu tego człowieka musi być zachowany idealny porządek i ład, a każda rzecz ma swoje miejsce. Nie ważcie się przesunąć jakiegoś przedmiotu choćby o milimetr bo on od razu to zauważy. Nadal nie wiecie o kim mowa w moim tekście? Podpowiem, że poszukuje on człowieka z sześcioma palcami, zabójcy swojej ukochanej żony. Tak, to właśnie jest Adrian Monk, były policjant wydziału zabójstw, a obecnie prywatny konsultant policji San Francisco. Adrian cierpi na poważne zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne, a na domiar złego ma wiele fobii, które spisuje na swojej wielkiej liście. Mimo to dzięki pomocy Natalie, swojej asystentki, a zarazem przyjaciółki, stara się przezwyciężać swoje lęki i rozwiązywać kolejne zagadkowe morderstwa. Gdy rozpoczyna oględziny miejsca zbrodni, wykonuje dziwne jednak charakterystyczne dla niego ruchy, nazywane przez Natalie „tańcem Monka”. Właśnie te ruchy pozwalają Monkowi zauważyć szczegóły, które umykają policji.
    Detektywa Monka lubię właśnie za jego charakterystyczny sposób bycia. Jednak to co mnie w nim urzekło, i za co go uwielbiam to jego wierność do zmarłej żony. Mimo, że Trudy nie żyje od kilku lat nie umawia się z kobietami i ciągle nosi obrączkę.

  148. Vulturus D. Arc pisze:

    Czwartą kroplę krwi odnalazł w progu salonu. Szedł wolno; stary, zeschnięty parkiet z niesmakiem skrzypiał pod jego ciężkimi krokami. Oparł się o framugę drzwi, by odpocząć. Czas nie był dla niego łaskawy, choć całe życie spędził tropiąc prawdę. Dla niej się zmienił. Zalegający kurz wzlatywał w powietrze w miarę posuwania się dalej, zasłaniając znaczną część pokoju. Zachodzące słońce ledwo przebijało się przez brudne szyby niczym jednobarwne witraże.
    Sprawną ręką poprawił kołnierz płaszcza. Denerwował go nieład.
    Brodząc we wzbitych tumanach przeszedł obok rzeźbionego zwierciadła, wyjątkowo czystego, jednak nie zauważył swojego odbicia. Zakasłał. Parę kroków dalej, pod ścianą stare pianino oddychało ostatnimi minutami istnienia, będąc ostatnią podporą wazonu, wazonu świeżych czarnych róż. Obite bordowo-złotym suknem fotele ustawione były tyłem do instrumentu, nieopodal. Jeden z nich był zajęty.
    - Zagraj.
    Philip Marlove podszedł i pogładził perłowe klawisze.
    - Czy poznam prawdę..?
    - …
    Pierwsze dźwięki niepewnie opuściły schronienie. Kolejne, coraz śmielsze, wybiegały naprzeciw ciszy w morderczej symfonii śmierci. Zmienne tempo i dynamika gry odpowiadały kolejnym myślom wirtuoza, niby nie wiedząc jak wielki grzech popełniają układając się zgodnie z tym wzorem.
    - CZY JĄ POZNAM?! – ostatni akord wydarł się niespodziewanie, w połowie taktu, tak gwałtownie, wraz z wyrażającą go myślą. Obrócił się. Nikogo nie było. Wstał, podpierając się o żywe jeszcze klawisze. Obrał drogę wiodącą miękkim po bokach dywanem, przez środek salonu, tam, gdzie zobaczył piątą kroplę krwi.
    Czerwone niebo niebawem zwróciło się ku głębszym barwom ciemności, oddając się ostatecznie pod opiekę Księżyca. Przez chwilę mogło się wydawać, że jego morza rzeczywiście pełne były oczyszczającej wody.
    Mijając kolejne meble, tak samo wystawne, wiekowe żyrandole i dziesiątki portretów dotarł do końca pokoju. Drzwi wejściowe były solidne, jednak niewielkie. Choć przyniszczone, otwarły się bez spodziewanego, nieprzyjemnego dźwięku. Chłodny powiew wieczornego wiatru orzeźwiał, wręcz przywracał do życia.
    W cieniu brzozy zobaczył zarys siedzącej postaci, opartej o drzewo. Podszedł, dokładnie po linii wytyczonej wypływającą z jej ciała krwią. Czyżby zadała sobie kolejną ranę?
    - To.. to ja. – Głos mówiącej załamywał się w drgawkach.
    Usiadł obok. Spojrzał jej w oczy, niepewnie. Nie chciał domyślać się, o czym mówi. Mimo to, jego głowa roiła się od domysłów, które nigdy nie powinny były tam dotrzeć. Przypomniał sobie ranny telefon, sprawcę całego tego zamętu. Wtedy, gdy już prawie zapomniał, w trzydzieści trzy lata po.. ‘Prawda leży w rezydencji Harlettów, na południe od miasta. Jeśli nie poznasz jej dziś, zabiorę ją do grobu.’ Teraz patrzył na nią. Starczymi rękami próbowała zatrzymać coraz szybciej wyciekające życie. Zalana łzami, już niczym nie przypominała tej Vanessy, którą znał.
    - TO JA!..
    - NIE! – Philip zerwał się z miejsca. Przed jego oczyma znów rozgrywał się dramat tamtych dni. Kobieta w białej sukni, leżąca na wielkim kamieniu, nieprzytomna. Próby reanimacji, przywrócenia. Kobieta w czerwono-białej sukni, drący się kogut pogotowia, krzyki, kobieta w czerwonej sukni.. – Scarlett spadła z wzgórza!
    - Scarlett nie spadła z wzgórza!
    Philip złapał kołnierz, próbując ustawić go w odpowiedniej pozycji, przeciwnie wiatrowi, prącemu coraz silniej, nieudolnie studzącemu rozpalone emocje mężczyzny. Chodził dookoła brzozy, szarpiąc co chwila liście, walcząc z jakimś niewidzialnym demonem, atakującym go ze wszystkich stron, policzkując się. Vanessa nie mogła już dłużej tłumić tego okropnego krzyku, który rozrywał jej sumienie.
    – Byłeś moim światłem na drodze życia, moją słodyczą w smutku, moim celem, moim westchnieniem.. miałeś moją duszę w posiadaniu, ale wybrałeś ją!.. Przeklęta dziwka, która zabrała mi największy skarb! Niech smaży się w piekle!
    Cały świat pogrążył się w bieli. Philip nie widział nic poza ogromną śnieżnobiałą przestrzenią wokół siebie. Czas przesłaniała mu biel. Biały Księżyc wisiał nieruchomo nad jego głową. To on pierwszy poczuł smak krwi. Obrazy wyobraźni wreszcie ukształtowały się w rzeczywistość. Wirujący świat zatrzymał się. W głowie miał pustkę. Bezsensowną nienawiść, pragnienie mordu. Ciągnąc za trzymany wciąż kołnierz zdjął, rozrywając, płaszcz, nagle tak lichy pod napływem jego brutalnej siły ze źródeł odwiecznego świata. Zza lewego skrzydła marynarki wydobył zdobiony rewolwer, prezent ślubny od żony.
    - Acta est fabula.

  149. andersa pisze:

    Uwielbiam kryminały, i ze zgrozą patrzę na ich ewolucję.
    Strasznie przytyły. Książeczki królowej Agathy “ważyły” jakieś 150 – 200 stron, i miały wszystko co niezbędne by sprawić przyjemność czytelnikowi – ciekawą zagadkę, inetersujace postaci i nastrój. Współczesne modne kryminały to opasłe tomiska godne rozpraw filozoficznych , i równie trudne jak one w odbiorze. Zagadka nieciekawa, główny bohater bardziej popaprany psychicznie od “czarnego charakteru” a nastrój i miejsce akcji odpychajace. I wszystko to robione jest w imie jakiegoś “realizmu”.
    A do d… z tym. Nie wierzę w “realizm” w kryminale. Głównym zadaniem tych powieści jest bawić czytelnika. Nikt o zdrowycgh zmysłach nie oczekuje, że nauczy sie kryminalistyki z lektóry kryminałów.
    Dlatego wolę lekturę F.Durbridge’a od S.Larssona.
    I dlatego z utęsknieniem wyczekuję kolejnych powieści A.Camilleri czy M. Grimes

  150. Małgorzata Bartyzel pisze:

    W małej miejscowości nad Soliną co roku giną młode dziewczęta. Można by powiedzieć nic nadzwyczajnego, lecz zwłoki kobiet znajdowane są zawsze na początku lipca, a zbrodnia popełniania jest w ten sam sposób. Zabójca podrzyna gardła swoim ofiarom. Na zwłokach zawsze widać ślady walki i pobicia, co oznacza, że kat przed śmiercią “bawi się” z kobietami i nie chodzi tu jedynie o śmierć, ale patrzenie na strach i ich cierpienie. Dziewczęta, to zawsze turystki, które przyjeżdżają na wakacje, a zbrodnia jest o tyle ułatwiona, że ukryta wśród bieszczadzkich lasów. Zabójca zawsze wiesza zwłoki na gałęzi głowami w dół, aby szybciej się wykrwawiały.
    Śledztwo od kilku lat nieudolnie prowadzi leciwy już komendant miejscowej policji. Jednak zniecierpliwiona szefowa komendy wojewódzkiej przysyła na miejsce do pomocy świeżo upieczoną absolwentkę szkoły oficerskiej. Podkomisarz Orzechowska niechętnie udaje się w Bieszczady. Jako absolwentka ekonomii chciała pracować badając sprawy gospodarcze, jednak jej rodzina z wieloletnimi tradycjami milicyjnymi i policyjnymi niechętnie patrzy na jej wybór, przez co pani podkomisarz inaczej kieruję swoją karierą.
    Wkrótce okaże się, że współpraca z komendantem nie jest prosta, a wręcz nie wiadomo dlaczego zależy mu na zamknięciu śledztwa.

  151. Michał pisze:

    W zasadzie od zawsze fascynowało mnie rozwiązywanie zagadek, od wczesnych lat dzieciństwa dużo czytałem książek przygodowych. Moim idolem był Tomasz NN, czyli Pan Samochodzik, z biegiem lat moja miłość do książek przygodowych przekształciła się w książki sensacyjne i kryminały. Jest bardzo wiele postaci literackim które cenie i podziwiam wśród nich oczywiście jest Sherlock Holmes, Mikael Blomkvist czy tez Eberhard Mock ale nie o nich dzisiaj będzie mowa, moim typem jest Hubert Meyer. Postać Huberta Meyera stworzyła Katarzyna Bonda, w 2007 roku wydała “Sprawę Niny Frank” która była pierwszą na polskim rynku powieścią kryminalna, której bohaterem jest tzw. profiler, czyli psycholog wykonujący portrety psychologiczne nieznanych sprawców. Druga powieść opowiadającą dalsze losy Meyera ukazała się w 2010 roku pod tytułem “Tylko martwi nie kłamią”. Przyglądają się postaci Meyera można powiedzieć że to typowy bohater kryminałów. Przystojny, zaniedbuje rodzinę często wdaje się w romanse. Ktoś powie drań, być może ale drań w którym zakochuje się każda czytelniczka i podziwia każdy czytelnik. Meyer jak każdy prawdziwy policjant ludzi działać w samotnie a jego romanse wynikają z poczucia samotności a nie . Tak naprawdę bardzo potrzebuje bliskości drugiej osoby tylko nie chce się do tego przyznać przed samym sobą. Czytając powieści Bondy czytelnik nie może wyjść z podziwu jak za pomocą śladów na miejscu zbrodni czy tez pozycji ofiary można stwierdzić kim jest sprawca. Postać Meyera dała mi o wiele więcej niż tylko kilka wieczorów z dobra lekturą, dzięki tym książka odkryłem że istnieje w ogóle cos takiego jak profilowanie. Postać Huberta Meyera jest wzorowana na realnej postaci, na komisarzu Bogdanie Lachu który jest jedynym profilerem w Polsce i pracuje w Komendzie Policji w Katowicach tak samo jak powieściowy Hubert Meyer. Jedyna różnica jaka jest miedzy tymi panami to fakt ze Bogdan Lach w przeciwieństwie do Huberta Meyera ma udane i szczęśliwe życie osobiste. Bogdan Lach pomagał Katarzynie Bondzie tworzyć portrety pamięciowe zarówno do “Sprawy Niny Frank” jak i “Tylko martwi nie kłamią”. Bogdan Lach w raz z Katarzyną Bondą napisali również książkę “Zbrodnia nie doskonała” która jest lekturą obowiązkowa dla nas miłośników kryminałów. Wiele osób uważa że polskie kryminały są na niskim poziomie, ja tak nie uważam a powieści Katarzyny Bondy są tego najlepszym przykładem. Szczególnie polecam “Tylko martwi nie kłamią” która zdobędzie w tym roku nagrodę Wielkiego Kalibru. Innej możliwości nie biorę pod uwagę.

  152. Bart pisze:

    Jeśli morderca to tylko… nigdy nie schwytany; jeśli zbrodnia, to niewykryta; jeśli stróż prawa – to wyłącznie bezradny wobec zdarzeń. Tak wygląda idealna zbrodnia literacka. Każda inna nie przynależy bowiem do świata powieściowej fikcji, a do prozy życia codziennego i jest niczym więcej jak schematem, wciąż powielaną kliszą. Istnieje powieść, która nie dość, że spełnia powyższe warunki to jeszcze w niekonwencjonalny sposób traktuje problem zła. Oto otrzymujemy moralne przewartościowanie: zbrodnia jest dobra, a śledztwo złe. Morderca sympatyczny – prawo okrutne. Morderstwo ciekawe – śledztwo nudne. Istnieje taka powieść. Co więcej, świat w niej niczym nie różni się od tego, który widzimy za oknem, niczym poza „zbrodnią doskonałą” – obcą porządkowi naszego idealnie poukładanego świata, gdzie dobro zawsze zwycięża (i jest dobre) a (złe) zło przegrywa i zostaje ukarane. W tej powieści nic nie jest jednoznaczne, poza tym, że ktoś zostaje zabity a ktoś zabija. Nie wiemy czy to dobrze czy źle. Nic nie wiemy. Zatem… jaka to powieść? Istnieje taka powieść?

  153. pieknahela pisze:

    Sherlock Holmes

    Choć już trochę jest passe
    Ja go ciągle czytać chcę
    Chcę znów wpaść na Baker street
    Był przed chwilą, znowu znikł
    Idzie przez londyńską mgłę
    Dedukował, teraz wie
    Jak mordercy spojrzeć w duszę
    Za nim wraz z Watsonem ruszę
    Chuda postać w pelerynie
    Gra na skrzypcach go nie minie
    Gdy wieczorem już po sprawie
    Fotel służy mu na jawie
    Choć już postać jego blednie
    Ja u boku trwam wciąż wiernie
    On w zagadce kryminalnej
    Dzisiaj śmiesznej, ciut banalnej
    Skrył się znów w londyńskiej mgle
    Chcecie czytać, bo ja chcę.

  154. Kama pisze:

    Morderstwo w trzech zabawach

    1. Puzzle
    “Klasyka, to to, co wszyscy chcieliby przeczytać i czego nikt nie czyta” – stwierdził Mark Twain. W takim razie najbardziej klasyczny z klasycznych styl kryminału, reprezentowany przez dzieła Agathy Christie, nie byłby tak naprawdę klasyką! Powieści o losach Poirota czy panny Marple mają rzesze fanów i wciąż zyskują nowych. Bo kto nie lubi dobrej łamigłówki. Takiej, w której każdy kawałek kartki, każda zapałka, każdy ślad ma znacznie. I w której ludzi kierują się prostymi motywacjami – zazdrością i chciwością. Zło jest tu nieskomplikowane i oswojone, to tylko element układanki. Nie bój się – myśl.

    2. W kotka i myszkę
    Chandler, czyli: jak nie ty ich zastrzelisz, to oni zastrzelą ciebie. Marlowe żalący się w “Wielkim śnie”, ze w mieście jest za dużo broni, a za mało rozsądku. Mroczne ulicy, nieprzyjemne dla oka speluny i przyjemne dla oka – aczkolwiek krwiożercze i niebezpieczne – kobiety fatalne. Kartki powieści tak ociekające cynizmem, że można sobie pobrudzić palce. Brudna robota. Ale, jak powiedział Zbigniew Hołdiuk, “nierzadko czysty zysk pochodzi z brudnej roboty”. W tym wypadku – zysk czytelnika.

    3. W chowanego
    Kamieńska, czyli detektyw-analityk. Znajdzie każdego przestępcę, chyba że ktoś ważny jej to uniemożliwi. Świat ukrywających się bandytów, polityków, ukrywających swoje grzechy, naukowców ukrywających szemraną przeszłość. Tłumy porządnych obywateli, z których po bliższej obserwacji niewielu okazuje się naprawdę chociaż odrobinę moralnych. Brzydki, smutny świat kryminałów Marininej. Świat, w którym ani rozwiązywanie łamigłówek, ani celne oko plus dłoń ze spluwą nie rozwiązują wszystkich problemów. Przykre, ale przez to dość prawdziwe. A przez to – jeszcze bardziej przykre.

  155. kamiko pisze:

    Wakacje… ach wakacje… To one powinny być na piedestale. Morderstwo w powieści można wpleść w taki sposób, że stanowić będzie jedynie tło akcji.

    Wakacje to czas podróży. Lądem, wodą i w powietrzu. Dlatego też z przyjemnością czytałam opowieść o dwunastowiecznym rejsie normańskiego statku, zmierzającego ku słonecznej Sycylii… Viviane Moore stworzyła doskonałą powieść historyczną, opisującą życie portowe oraz jego tryb na pokładzie statku. Śledzimy więc akcję wraz z bohaterami powieści, a ponieważ nie skupia się ona wyłącznie na jednej osobie, podróż ukazana jest z perspektywy grupki ludzi. I gdzie tu miejsce na morderstwo? Na początku książki opisana jest zbrodnia, lecz wątek ten otacza ją, by wybiec w zupełnie innym kierunku. Skutkiem tego, nawet posiadając wiedzę, iż na pokładzie statku jest morderca, nie przejmujemy się tym, dryfując wraz z autorką w innym kierunku. Barwne opisy miast portowych, morza i wyspy, ku której zmierzają dostarczają przyjemnych wrażeń. Stopniowo jednak wykrycie mordercy staje się głównym wątkiem, lecz opisanym jedynie na około 70 stronach, z czego połowa to opis chwytania zbrodniarza. Spodziewałam się, że nie będzie to żadna z osób, które o to podejrzewałam, natomiast wynik śledztwa totalnie mnie zaskoczył.
    Opisy zbrodni nie były szczególnie okrutne, dzięki temu mamy wrażenie, iż czytamy powieść sensacyjną, a nie typowy kryminał. Zabieg ten bardzo mi się spodobał.
    Tym sposobem książka Dzicy wojownicy autorstwa Viviane Moore, będącą w zasadzie drugą księgą cyklu kryminalnego o Normanach, stała się moją wakacyjną opowiastką o morderstwie.

  156. Michał Bydzicki pisze:

    Tomek zawsze był ciekawskim chłopakiem, w końcu jest moim wnukiem. Dobrze pamiętam tamten wieczór, kiedy jego rodzice wyszli do teatru, a ten energiczny dwunastolatek został pod moją opieką. Uwielbiał słuchać moich opowieści, co oczywiście bardzo mi schlebiało. Czasami przyznam szczerze, bywałem wręcz zmęczony ciągłym opowiadaniem. W końcu praca w policji przez te wszystkie lata zaowocowała wieloma bardziej i mniej ciekawymi historiami, niestety z dominującą przewagą tych smutnych, czy przerażających. Starałem się chronić Tomka przed tymi mrocznymi i ciężkimi aspektami pracy w policji, modyfikując swoje historie tak, aby nadawały się do opowiedzenia młodemu chłopcu. Jednak on był naprawdę ciekawski. Pewnego razu gdy wyczuł, że nie mówię mu wszystkiego, powiedział:

    - Dziadku, może i jestem dopiero nastolatkiem, ale swoje wiem i rozumiem, że musiałeś się zajmować morderstwami, nie robi to na mnie wrażenia. To ja mógłbym Cię przestraszyć historiami z gier, w które gram.

    Miał racje. Historie z gier były często jeszcze brutalniejsze niż to, z czym ja spotykałem się w swojej pracy. Z tą różnicą, że moje historie są prawdziwe. Tomek poprosił mnie tego wieczoru, żebym mu opowiedział najbardziej zagadkową historię. Zacząłem sobie przypominać sprawę z początków mojej kariery śledczego.

    Byłem wtedy przepełniony ambicją i absurdem. Z jednej strony byłem idealistą, chciałem rozwiązywać sprawy, dbać o to, aby obywatele czuli się bezpiecznie. Z drugiej strony musiałem podporządkować się wszechobecnej paranoi i systemowi. Czułem się rozdarty.

    Lipcowy upał dawał się we znaki. Słońce chyliło się ku zachodowi, jednak ten dzień wcale nie miał się skończyć szybko. Siedziałem w zadymionej stołówce, gdy przybiegł do mnie Malinowski, w swoim już przyciasnym garniturze, ze spoconą twarzą i krawatem ściskającym jego wylewającą się szyję. Był jednym z tych, z którymi, aż nadto się nie lubiliśmy. To jemu dawali śledztwa, w których wychodziło, że działacze opozycji okazywali się zdrajcami, mordercami, oszustami, zboczeńcami. Pupilek partii, zawsze dziwnym zbiegiem okoliczności miał dolary.

    - To za Twoich czasów dziadku, dolarów nie było? – zapytał Tomek z ciekawości.

    - Ależ były, ale mieli je głównie Ci, którzy lubili tamtą władzę…

    - Rozumiem, że Ty za tą „władzą” nie przepadałeś? – zauważył słusznie.

    - Nie inaczej wnuczku.

    - Ale ci opozycjoniści to rzeczywiście tacy byli?

    - Oczywiście, że nie! To były inne czasy, wtedy nie liczyła się prawda. Liczyła się partia.

    - A co to za partia? Co z nią?

    - Wiesz Tomek, myślę, że o „starych czasach” będę musiał opowiedzieć ci kiedyś indziej.

    Wracając do Malinowskiego. Przybiegł wtedy z wyrazem twarzy, jakby Amerykanie zrobili inwazje na Rosję, lub na odwrót. Już wtedy wiedziałem, że to poważna sprawa. Zgasiłem w połowie wypalonego papierosa, a on rzucił na starą dziurawą ceratę depeszę:

    “Towarzysz Machnacki nie żyje. Najprawdopodobniej został zamordowany. Sprawą mają zająć się Malinowski i…” i ja miałem się zająć tą sprawą.

    Sprawa wtedy mnie przerastała. Machnacki był dygnitarzem partyjnym – ważniakiem, szychą. Miał szansę zostać następnym sekretarzem KC PZPR.

    - A co to jest KC PZPR?

    - To była taka zbrodnicza organizacja, opowiem ci o tym kiedy indziej. – odparłem, lekko niezadowolony niemożnością płynnego opowiadania. Choć cieszyło mnie, że Tomka to interesuje.

    - A sekretarz?

    - To był taki szef państwa.

    - Aha. – odpowiedział krótko i wróciliśmy do opowieści.

    Pojechaliśmy do jego mieszkania. Było to wtedy jedno z najelegantszych miejsc, jakie wtedy znałem. Dostojne skórzane fotele w salonie, masywne regały z drewna, zdobiony przepiękny dywan. A na dywanie nie żywy Machnacki, z nożem wbitym w plecy. Choć nawet wtedy był eleganckim wyższym panem, z kruczoczarnymi włosami i chytrym wyrazem twarzy.

    Od dawna było wiadomo, że atmosfera na szczytach władzy jest napięta. Dygnitarze, co było dla nich szokiem, dostawali pogróżki. Jednak to nie ktoś z niezadowolonych obywateli był głównym podejrzanym. To w partii można było szukać autorów tych gróźb. Dotychczasowy I sekretarz był draniem, jakich mało, ale sprytnym. Narobił sobie mnóstwo wrogów w partii tym, że bardzo duży majątek przywłaszczał sobie i swojej rodzinie, często podróżował do zagranicznych kurortów, a jego współpracownicy oficjalnie podejmowali ciężkie decyzje za niego. Wszyscy wiedzieli, że to on inspirował wszystkie morderstwa polityczne. Wytworzyły się wtedy różne grupy w obrębie komunistów, które chciały przejąć po nim władze. A Machnacki był przez niego namaszczony. Sam potrafił dobrze się ustawić i był człowiekiem zamożnym. Został zabity przed tym, jak przejęcie przez niego władzy było kwestią czasu.

    Oczywiście zaczęliśmy przesłuchiwać najbliższe mu osoby. Jego ochroniarzy. Ludzi, których podejrzewaliśmy, że mogli stać za jego śmiercią – wrogów politycznych. Przeszukaliśmy całe mieszkanie. Wszystko wskazywało, że morderca musiał go znać. Machnacki tamtego dnia cały czas był w swoim mieszkaniu. Dopiero co wrócił z podróży z Jugosławii.

    Najpierw przesłuchiwaliśmy jego żonę. Odpalała papierosa za papierosem. Ona – tak jak jej mąż – ubierała się ekskluzywnie. Miała prostą, ale elegancką czerwoną sukienkę. Była ładną kobietą, miała rude kręcone włosy, które były teraz w nieładzie. Głos drżał jej. Nie do końca dochodziło do niej co się stało. Wróciła z mężem do mieszkania rano, rozpakowała swój bagaż i wyszła na zakupy. Następnie spotkała się z siostrą, aby opowiedzieć jej o wyjeździe. Machnacki podobno nie był jej zbyt wierny.

    - Wyszła Pani z domu o 10 rano, wtedy mąż jeszcze żył, zgadza się?

    - Tak – odpowiedziała wydmuchując dym z papierosa.

    - Czyli morderstwa dokonano między 10:00 a 17:30, kiedy przyjaciel pani męża przyszedł do waszego mieszkania i zobaczył otwarte drzwi. Następnie wszedł do środka, chcąc sprawdzić co się stało. Zobaczył ciało i wezwał milicję. – stwierdziłem chcąc uporządkować fakty.

    - Do prawdy, bystrzak z Pana! Mogę spać spokojnie, jeżeli wiem, że policjant z tak przenikliwym zmysłem detektywistycznym prowadzi to śledztwo. – odparła nie bez złośliwości.

    - Szanowna pani, zrobimy wszystko, aby wyjaśnić tę sprawę.

    - Jasne. Już ci, którzy zabili mojego męża najprawdopodobniej obdarowali premiami pana zwierzchnika. Ta sprawa nigdy nie zostanie wyjaśniona, a ja do końca życia będę się bała, że i po mnie ktoś się upomni.

    Choć trudno mi to przyznać, jej wizja wcale nie była dla mnie niemożliwa. Takie były czasy.

    Następnego dnia przesłuchaliśmy Jarosława Czapiszyńskiego. To on znalazł Machnackiego. Wydawał się bardzo zdołowany całą sprawą. Sekcja wykazała, że ofiara została zabita około godziny 16.00. Krew w pokoju była jeszcze świeża. W końcu znał Machnackiego od bardzo dawna. Tamtego popołudnia przyszedł do starego przyjaciela, aby opowiedział mu o wczasach. Jednak było w nim coś, co mnie niepokoiło w tym drobnym mężczyźnie o bladej cerze i nijakim kolorze włosów. Alibi miał mocne – cały dzień był w pracy, co potwierdzili jego współpracownicy.

    Po przesłuchaniu zaprosiłem go na papierosa na parking przed komendą. Wiedziałem, że on może wiedzieć coś więcej. Tam, bez świadków i nagrywania rozmowy, opowiedział mi o pogróżkach, które dostawał jego przyjaciel – niestety żadnej kartki z nimi nie znaleźliśmy w mieszkaniu. Zasugerował mi, abyśmy się przyjrzeli Dariuszowi Kowalskiemu. Zrobiło mi się wtedy gorąco, choć dzień i tak był upalny. Kowalski to była szycha pokroju Machnackiego. Tylko, że z innej frakcji. On również miał ambicje zostać pierwszym sekretarzem.

    Następnie zaczęliśmy śledztwo na dobre. Malinowski ciągle upierał się, że ta sprawa jest nie do rozwiązania i najlepiej będzie – zarówno dla nas jak i wszystkich innych, wyciszyć ją i zostawić w spokoju, zrzucając winę na włamywaczy. Zaproponował nawet, że zajmie się raportami, aby był w nich wykaz rzeczy, które zniknęły z mieszkania.

    Kowalski bardzo szybko zorientował się, że obserwuję go. Toteż zaczął rzucać nam kłody pod nogi. Siedział bezpiecznie w swoim dostojnym gabinecie, paląc tytoń z fajki, a jego łysina idealnie tam pasowała. Świat garniturów, wszyscy dygnitarze ubierali się w garnitury. Mieli nadzieje, że one ukryją ich potworności. Jednak ja wiedziałem swoje, a Kowalski wspaniale odgrywał swoją rolę. Nie mieliśmy dostępu do wszystkich osób, które chcieliśmy przesłuchać. Zwykli milicjanci traktowali nas z dystansem. Wszyscy zaczęli coś ukrywać. Nikt nikomu nie ufał. Sprawa kompletnie nie poruszała się z miejsca.

    Ostatecznie, nie mówiąc nic przełożonym, wytypowałem trzech głównych kandydatów na mordercę, a przynajmniej tych, którzy mogli za tym stać. Pierwsze miejsce przypadło Kowalskiemu. Jego frakcja od dawna wyrażała swoje niezadowolenie ze zbyt dużej roli Machnackiego. Nie podobał im się, uważali, że robi ze spraw państwa swój prywatny folwark – tak jakby oni sami tego nie planowali.

    W toku śledztwa wyszło, że Machnacki miał również gigantyczny konflikt z Konstantym Jerzowskim. Razem wdrażali się w partię, razem przechodzili poszczególne etapy po drabinie stanowisk. Był on wykształcony i oczytany, nie pasował do partii. Zawsze uprzejmy, pomocny, jak wchodził do pokoju z każdym z osobna się witał. Jednak była to maska, bardzo skuteczna i myląca przeciwników. Wyścig ten bezwątpienia wygrała ofiara tego morderstwa. Jerzowski nie był dość bezwzględny, a poza tym zabrakło mu szczęścia. Chciał być protegowanym pierwszego sekretarza, ale nie mógł. Na drodze stał mu Machnacki.

    Trzecim moim podejrzanym był… Malinowski. W moim prywatnym śledztwie okazało się, że to on chciał tę sprawę. Poprosił również o to, bym ja mu pomagał. Wychodził z założenia, że jestem jeszcze nowy i niedoświadczony. Zakładał, że łatwo podporządkuje mnie sobie. Oczywiście starał się jak tyko mógł. Podnosił głos gdy zadawałem trudne pytania wymachując rękoma. Czasami nawet zarzucał mi, że mieszam się w sprawy, które mnie przerastają i nie rozumiem tego co się dzieje wokół mnie. Kiedy zorientował się, że to kompletnie na mnie nie działa, próbował inaczej. Proponował te nieszczęsne dolary. Mówił, że załatwi mi wyjazd na zachód, a w tamtych czasach to było naprawdę coś. Nie do końca rozumiałem dlaczego mu tak bardzo zależy, aby ta sprawa nie została rozwiązana. W końcu uświadomiłem sobie, że przecież on znał Machnackiego. Dużo mu zawdzięczał i chciał jeszcze więcej. Machnacki mógł nie być zainteresowany pomocą mu, miał innych, lepszych ludzi w milicji. Mogli się pokłócić, Malinowski nie wytrzymał, on też był przeżarty ambicją i chęcią awansu.

    - Jak myślisz Tomek, kto okazał się mordercą? – zapytałem zmierzając do sedna historii, którą mocno spłaszczyłem, jednak wiedziałem, że mój wnuk łatwo się nudzi i nie chciałem zamęczać go klimatem tamtych lat. Choć jednak słuchał z uwagą i bardzo mnie to cieszyło.

    - Nie wiem, dziadku. Jednak powiem ci, że ten cały Malinowski najmniej mi się z tej całej historii podoba. Czy to był on?

    - Już ci mówię jak to było z mordercą.

    Przez całe śledztwo coś mi nie dawało spokoju. Ciało Machnackiego, jego wyraz twarzy po śmierci, napięte mięśnie, wszystko to wskazywało, że tuż przed śmiercią był zdenerwowany. Jednak odwrócił się plecami do mordercy – znał go. Kompletnie nie spodziewał się swojej śmierci.

    I wtedy mnie olśniło. Kto miał najlepszy motyw? Kto miał najlepsze do niego dojście? Kto mógł być na tyle zdeterminowany, aby posunąć się do morderstwa? Odpowiedzi te mogłem uzyskać od osoby, która spędzała z nim najwięcej czasu. Postanowiłem porozmawiać z jego żoną.

    Odwiedziłem ją w domu jej siostry. Była tam sama. Nie zastałem zrozpaczonej wdowy, której normalnie bym się spodziewał, wiedziałem, że tak naprawdę nie byli ze sobą zbyt blisko. Nie miała powodów by za nim tęsknić.

    - Czy może mi pani jeszcze raz opowiedzieć to wszystko, co przychodzi pani do głowy, na temat morderstwa pani męża?

    Zaczęła opowiadać, ze szczegółami. Snuła różne tezy, kim mógł być morderca. Kto mógł być jego zleceniodawcą. Starała się motywować swoje wizje. Opowiadała o brudnych sprawach jej męża. Nie wiem, być może przeczuwała kogo podejrzewam, bo zaczęła skłaniać się ku Kowalskiemu, jako jej głównemu podejrzanemu.

    - Tak tylko spekuluje, ale wie pan dobrze, że Kowalski nie przepadał za moim mężem.

    - Dlaczego dopiero teraz pani mi o tym wszystkim mówi? – zapytałem lekko poirytowany.

    - Widzę, że jest pan szczerze zainteresowany rozwiązaniem tej sprawy…

    I szczerze bardzo zależało mi na odkryciu prawdy, nawet jeśli miałoby to poważne konsekwencje. Gdyby mordercą okazał się ktoś z dygnitarzy i frakcja tej osoby zdobyłaby władzę, sprawie ukręcono by łeb.Potrafiliby jeszcze tak wszystko opowiedzieć w prasie, że ja stałbym się mordercą w oczach opinii publicznej. Choć naród o tym morderstwie miał się dopiero dowiedzieć.

    - Kowalski… to wybuchowy człowiek. Zdaje sobie pan z tego sprawę? – nie bez powodu podkreśliła tę jego cechę.

    - Zdaje sobie sprawę. – odparłem krótko.

    - A co, jeśli przyszedł do mojego męża, żeby wytłumaczyć sobie parę kwestii. Nie wytrzymał. Gdy mój mąż powiedział mu, żeby wyszedł i odwrócił się po szklankę, tamten wbił mu nóż. Mogło tak być?

    - Mogło. Jest to bardzo realna wersja wydarzeń. Wręcz zgodziłbym się z panią.

    - Ale się pan boi, że ta sprawa jest za duża. Zbyt ważna. I choć zna pan prawdę – stwierdziła, myśląc, że jestem przekonany o winie Kowalskiego – zachowa ją pan dla siebie.

    - Prawdę znam, zgadza się jak najbardziej. Jednak jest ona zupełnie inne, niż pani wersja. – spojrzała na mnie zaciekawiona.

    - To pani zabiła męża – spiorunowała mnie zaskoczonym spojrzeniem. Cofnęła się na krześle i z kpiną odparła:

    - Co pan wygaduje? Po co miałabym zabijać męża?– oburzona zapytała i spojrzała na mnie przeszywająco.

    - Od dawna nie żyła pani dobrze z mężem. To małżeństwo to była fikcja. Mąż często jeździł w delegacje. Zdradzał panią – o czym pani dobrze wiedziała. Jednak najgorsze dla pani było to, że pani nie szanował. Nawet nie starał się ukrywać zdrad. Do tego pił. I wiem, że panią bił – wiele osób o tym mówiło – a i sam widziałem panią z pudrem maskującym siniaki. Nienawidziła go pani. A teraz po śmierci, odziedziczy pani wszystko, co zgromadził. Nie jest to porządny motyw? – zignorowała moje pytanie i powiedziała:

    - Mam alibi. Byłam na zakupach, jak już mówiłam wcześniej. Potem spotkałam się z siostrą. Są świadkowie, siostra może potwierdzić moją wersję.

    - Niestety to nie jest prawda. Ja już wiem wszystko – blefowałem, nie miałem stuprocentowej pewności. Po prostu moja wizja tego morderstwa lepiej mi pasowała, niż każda inna – owszem, spotkała się pani tamtego dnia z siostrą, ale w zupełnie innym miejscu i czasie. Dała pani przed wyjazdem siostrze klucze. Ona weszła do mieszkania dzień wcześniej.
    Nikogo by to nie zdziwiło, jest pani siostrą, mogła przyjść podlać kwiatki. Została na noc w mieszkaniu. Z rana wróciliście z mężem do mieszkania. Widok pani siostry nie zaskoczył męża. Następnie siostra założyła pani rzeczy i kapelusz. Jesteście do siebie bardzo podobne. Macie te same figury. A obszerny kapelusz skutecznie zmylił świadków. Siostra pojechała na zakupy, jako pani. Sprzedawcy potwierdzili, że panią widzieli, jednak na zdjęciach jest pani jeszcze bardziej do niej podobna. Siostra pojechała do siebie. W tym czasie pani cały czas przebywała z mężem. Nie był zadowolony z pani towarzystwa. W końcu około godziny 16 zabiła go pani, gdy był odwrócony plecami. Przebrała się pani w nieswoje rzeczy. Obserwowała pani otoczenie, mieszkaliście na parterze, co ułatwiało sprawę. Gdy wiedziała pani, że nikt nie patrzy – a sąsiadów z naprzeciwka nie ma, wyszła na klatkę schodową, a następnie zeszła do piwnicy i korytarzem wyszła zupełnie inną klatką. Następnie udała się pani do siostry. – spojrzała przerażona.

    - Zbierałem wszystkie elementy układanki krok po kroku. Pewna osoba widziała obcą kobietę wychodzącą z bloku. Jeden ze sprzedawców nie był pewien, czy na zdjęciu to pani, czy siostra, gdy go o to zapytałem. Powiedział, że w zasadzie mogła to być równie dobrze pani jak i siostra. Tutaj, u pani siostry, sąsiedzi nie byli wstanie powiedzieć, kto i kiedy przyszedł do domu. Nie było potwierdzenia, o której pani przyjechała, ani czy pani siostra była w domu od rana.

    - Nie ma pan żadnych dowodów, to tylko spekulacje.

    - Ależ mam! Zeznanie pani siostry – skłamałem, choć nie powinienem. Ogromnie mi zależało na rozwiązaniu tej sprawy – rozmawiałem z nią. Przyznała się. Jest pod pani wpływem, lecz walczyła ze sobą. Dostrzegłem to i wykorzystałem. Przycisnąłem ją podczas rozmowy i w końcu się przyznała – dobrze wiedziałem, że jej siostra jest osobą uległą i że pani Machnowska jest w stanie uwierzyć, że siostra ją wydała.

    - Nie doceniałam pana. – odparła zdruzgotana i przerażona.

    - Zawieziemy panią na komendę, tam opowie pani wszystko od początku. Tym razem powie pani prawdę.

    Pojechaliśmy. Gdy złożyła zeznanie, była spokojna, ale widać było po niej ciężar przegranej. Było jej już wszystko jedno. Trafiła do więzienia, jej siostra również. Miały nadzieje, że winę uda się zrzucić na kogoś z partii. Planowały przejąć majątek Machnowskiego i wyjechać za granicę.

    Dzięki tej sprawie zaczęto inaczej traktować wydział kryminalny. Politycy już tak bardzo nie mieszali się w śledztwa, wiedząc, że podobny los może spotkać ich i lepiej zostawić milicjantów w spokoju, aby ci rozwiązywali takie sprawy. Kowalski, jak się później okazało, sam nie był pewien, czy ktoś z jego ludzi tego nie zrobił. Później już nikt nie mieszał się w moje sprawy.

    - Dziadku! A ja myślałem, że to Malinowski! Co było z nim później?! – Tomek zapytał rozemocjonowany.

    - Nie awansował i ostatecznie odszedł do pracy za biurkiem. Miał nadzieje, że jeżeli ta sprawa ucichnie, wkupi się w łaski tego komu na tym zależało.

    - A ten Kowalski? Został tym sekretarzem?

    - Nie. Los chciał, że zupełnie inna intryga wtedy zadecydowała o tym, kto został szefem kraju.

    - Opowiesz mi kiedyś?

    - Jeśli będziesz grzeczny.

    - Dziadku te twoje historie trochę jak z tego starego serialu 07 zgłoś się.

    - A skąd wiesz, że historie w serialu nie są moje?

  157. Anna Brzezińska pisze:

    Detektyw idealny? Młody, wysportowany, wykształcony, uczciwy, szlachetny, prawy, zna ludzkie problemy, rzuca wszystko, aby pomóc innym – takie osoby lubimy i chcemy, by to one ratowały nas z opresji. Gdzie w tym wszystkim miejsce dla policjanta, który pierwszą młodość ma już za sobą, a o sporcie, być może, czytał jedynie w gazetach? Jest oczytany, gra w szachy, zna klasykę, łacinę, ale nie ukończył studiów. O uczciwości, szlachetności i prawości zapomniał już na początku kariery policyjnej, przyjmując ogromną łapówkę z rąk dwóch bandytów poszukiwanych w całej Europie. Tym samym zapewnił sobie ich dozgonną wdzięczność, co miało niemały wpływ na jego sukcesy zawodowe. Zaciska swoje imadło i wszelkie tajemnice stają otworem. Nikt niczego przed nim nie ukryje. Ten cyniczny, brutalny detektyw nie ma złudzeń co do świata. Zdradza swoje żony, jest miłośnikiem pań lekkich obyczajów, które odwzajemniają jego sympatię. Nadużywa alkoholu, uwielbia dobrą kuchnię, jednocześnie dba o swój wygląd, nawet przesadnie. W swoich lśniących butach przemierza ulice mrocznego Breslau, zanurza się w najciemniejsze zakątki tego miasta, zna jego ponure sekrety. Dlaczego z zapartym tchem śledzę losy Eberharda Mocka? Dlaczego fascynuje i intryguje mnie ten radca kryminalny, który przecież nie jest ani kryształowy, ani szlachetny, ani bezinteresowny? Po prostu wiem, że kiedy on jest w Breslau, zbrodniarza spotka zasłużona kara. Wiem, że złoczyńca nigdy nie zazna spokoju, nie ucieknie przed Eberhardem Mockiem, który wszędzie wymierzy sprawiedliwość i wróci do swojego przedwojennego Wrocławia. Odwiedzi madame le Goef, zajrzy do Dworu Węgierskiego przy Bischofstrasse, by nasycić podniebienie, zrobi okazjonalne zakupy w domu handlowym Juliusa Sckeyde…

  158. Róża Bukała pisze:

    “Kim Novak nigdy nie wykąpała się w jeziorze Genezaret” Håkan Nesser

    Zbrodnia doskonała. Po 25 latach uległa przedawnieniu, ale ostrym rysem swej Potworności wpisała się w pamięć wszystkich, którzy zostali dotknięci przez nią pośrednio lub zupełnie dosłownie. Wspomina ją nastolatek, którego poznawanie gorzkiego świata dodatkowo potęguje doznawane przez niego wrażenia i obraz morderstwa, który widzi. Motyw zabójstwa jest prosty – to rzecz jasna kobieta, ale zapomnijcie o najprostszych skojarzeniach. Albo nie. Utwierdźcie się w nich. Wtedy mimo usilnego bronienia się przez zaskoczeniem przeżyjecie to, co z kryminałem przeżyć warto – nie będziecie czytać książki, będziecie żyć książką. Zaufajcie jej.

    Nie napiszę nic więcej, żadnych imion, żadnych opisów, które zdradzą wszystko, ani o żadnym kilofie, który miękko opadł na kark, o żadnym parkingu, na którym się to wydarzyło, ani też o pięknej kobiecie, dla której na owym parkingu chwyta się za owy kilof. Nie będę nikogo zachęcać, bo zakładam, że kogokolwiek kto się tu znalazł, do czytania zachęcać nie trzeba. Niech jeszcze tylko znajdzie się tu miejsce na ukłon dla ostatnich dwóch stron powieści. I szczere uznanie dla pozostałych 201.

  159. Adas pisze:

    Profesor – Historyk
    Specjalizacja – Ikonografia
    Strój – Tweedowa Marynarka
    Fobia – Klaustrofobia
    Religia – Ateista

    Kto to taki? Robert Langdon. Niesamowity człowiek: poważny, ale i zabawny. Można o nim powiedzieć, że porywa się z motyką na księżyc, że walczy z wiatrakami… W końcu ściganie nieistniejącego już bractwa Illuminatów trudno nazwać racjonalnym i uzasadnionym przedsięwzięciem. Widząc jednak enigmatyczny wzór, wypalony na ciele człowieka, pozostawia wiele do życzenia w kwestii racjonalności.
    Robercie Langdon. Do dzieła!

  160. Karolka pisze:

    Lesio- nietypowy czarny charakter

    Witam.
    Nazywam się Lesio Kubajek. Z zawodu jestem architektem i pracuję w warszawskim biurze projektów. Z pozoru niczym się nie wyróżniam. A jednak jestem mordercą… Jakiś czas temu postanowiłem, że zamorduję personalną. Nie dla pieniędzy czy też z zazdrości. Nie. Zamorduję dla odzyskania świętego spokoju. Personalna, czyli pani Matylda codziennie uprzykrza mi życie. Nie dość, że wyłapuje wszystkie moje spóźnienia to dodatkowo każe mi podawać ich powody! A ja już przecież wpisełem chyba wszelkie możliwe usprawiedliwienia. Dziesiątki razy gubiłem klucze, setki odczuwałem poranne dolegliwości. Zdarzało się mi również gasić pożary czy też uczestniczył w awanturze ulicznej dotyczącej wycinania zieleni. Jednakże pani Matylda jest nieugięta. Ona i jej książka spóźnień są moim prawdziwym koszmarem.
    Rozpatrywałem różne opcje popełnienia morderstwa: uduszenie, dziabnięcie nożem (najlepiej marki Gerlach), upozorowanie samobójstwa. Stanęło jednak na tym że BĘDĘ TRUŁ! Postanowiłem, że rozmrożę i później ponownie zamrożę lody- wtedy rozwinął się w nich gronkowce. Kupiłem nawet lody Calypso i rozpocząłem wprowadzanie mojego misternie uknutego planu w życie. Zdałem sobie wtedy sprawę, że nie jestem okrutny jak królowa Bona, Brunhilda czy też Lukrecja Borgia. Nie mam w sobie ani krzty natury mordercy. Jednak za późno przyszło otrzeźwienie. Z powodu nieporozumienia lody zostały skonsumowane nie tylko przez moich kolegów z pracy lecz także przez piękną Barbarę-mojej niespełnionej miłości…

    Więcej o tej i ich „zbrodniach” popełnianych przez Lesia możesz przeczytać w powieści kryminalno-humorystycznej „Lesio” Joanny Chmielewskiej.

  161. Anna Lorenc pisze:

    Noc, miasto gdzieś w środkowej Anglii, niemałe, ale też żadna metropolia. Cisza, taka jak zawsze wieczorem w angielskich miastach z powieści. Oczywiście, spokój ten jest tylko pozorny – za murami toczy się wojna domowa, a w obrębie murów ktoś właśnie został zamordowany, ktoś inny ukradnie skarb, jakiś grób zostanie zbezczeszczony. Taka tradycja sennych angielskich miast. Główny Bohater śpi w swojej celi, jeszcze o niczym nie wie, ale być może coś przeczuwa(w końcu jest głównym bohaterem).
    Intrygujący facet z tego detektywa. Niby wiek i wygląd przeciętne, nie odbiega zainteresowaniami od swoich towarzyszy, a jednak jest w nim coś dziwnego i zawsze znajduje się w centrum osobliwych wydarzeń. Imię też ma niezwykłe – Cadfael, jest walijskim średniowiecznym mnichem i wiemy o nim tylko tyle, ile sam zgodzi się nam powiedzieć. Podobno był kiedyś żołnierzem. Podobno sam zabił wielu ludzi. Podobno nie stronił od kobiet. Nie ma jednak potwierdzenia dla tych mniej lub bardziej fantastycznych domysłów, a sam Główny Bohater jest raczej powściągliwy w kwestii swojej przeszłości i stara się nie dawać podstaw plotkom. Wśród jego zajęć znajduje się banalne zielarstwo i mało interesująca pomoc chorym z okolicznych miejscowości. Czasem zdumiewa swoją precyzją i logiką myślenia, ale wszystko to rozpływa się w codziennej monotonii.
    Wiemy na pewno jedno – w tej chwili śpi. Nie wie, że jest prekursorem(w końcu żyje w średniowieczu) lub kontynuatorem(bo powieści o nim powstawały w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku) chwalebnej tradycji brytyjskich detektywów. Jeszcze nie zdaje sobie sprawy, co czeka go rano. Ale chyba przeczuwa, że znowu trzeba będzie wyjaśnić kolejną zagadkę, następną krwawą zbrodnię, która dotknęła, jak zwykle, przeciętne angielskie miasto.

  162. MK pisze:

    Perdido Beach. Chaos i zamęt. Młodzi ludzie, którzy poczuli wolność podczas nieobecności dorosłych nie zastanawiają się nad tym co robią – korzystają póki mogą. Jednak wśród nich znajduje się Sam. W ciągu chwili poczuł się odpowiedzialny za całe tłumy młodzieży i dzieci. Wykazał cechy naturalnego lidera, podjął stosowne kroki w celu stabilizacji sytuacji.
    Ilu dorosłych wykazałoby się w takiej sytuacji choćby częścią odwagi jaką prezentował Sam? Ośmielę się o stwierdzenie, iż byłby to bardzo niewielki procent…
    Sam pokazał również nieprawdopodobną odwagę wyciągając małą dziewczynkę z płonącego budynku. Czuł się również odpowiedzialny za małego Pete’a – autystycznego brata jego (wtedy jeszcze przyszłej) dziewczyny. Nie bał się przeciwstawić Caine’owi, tak samo jak i nie bał się wypowiadać swojego zdania. Nawet nie chciał krzywdzić swoich wrogów, zależało mu wyłącznie na spokoju… Chodzący ideał lidera!

  163. madame pisze:

    - Słyszeliście o niej? Podobno jest nowa na Pietrowce. „Pączek” Gordiejew ściągnął ją z jakiegoś komisariatu na obrzeżach Moskwy. Plotkuje się, że z szefem łączą ją, hmmm, co najmniej nieoficjalne stosunki…
    - Kochanka?
    - Tak mówią, chociaż to nie pasuje do tego, co mi o niej opowiadano. Do Gordiejewa zresztą też nie. Chyba jest po prostu jego protegowaną.
    - Skąd więc przypuszczenia o romansie?
    - Z powodu tego, czym Kamieńska zajmuje się na Pietrowce. Jest wyróżniana. Słyszałem, że chociaż młoda, dostała własny gabinet. Całą brudną robotę odwalają za nią koledzy z wydziału, ona ma zajmować się wyłącznie analityką.
    - Czym?
    - Inni oficerowie dostarczają jej dane, a ona analizuje i wyciąga wnioski. Przynajmniej tak to oficjalnie wygląda. Czysta dedukcja. Opracowuje także raporty dla swojego szefa. Podobno ma znakomitą pamięć i świetnie kojarzy fakty. Na początku oficerów na Pietrowce niesłychanie bawiła ta jej „praca analityczna”, ale podobno wszyscy zamilkli, kiedy zaczęła przynosić efekty.
    - Chyba nie jest jej łatwo w takim typowo męskim towarzystwie.
    - Jak ona się właściwie nazywa?
    - Anastazja Kamieńska. Jej ojczym przez całe życie był związany z moskiewską policją, teraz jest już na emeryturze. Matka tworzy programy do nauki jezyków obcych. Przebywa na kontrakcie w Sztokholmie. Kamieńska skonczyła wydział prawa, biegle zna kilka języków europejskich. Związana z Aloszą Czistiakowem, matematykiem. Są razem już od kilkunastu lat, ale nie zdecydowali się na małżeństwo. Właściwie nikt nie wie, dlaczego.
    - Interesująca kobieta. Taki rodzynek w męskim towarzystwie…
    - Powinniście uważać na jeszcze jedną rzecz. Jeśli chodzi o wygląd, Kamieńska niczym specjalnym się nie wyróżnia. Ot, szczupła, chociaż zgrabna blondynka. Ma mało charakterystyczną twarz, trudno ją zapamiętać. W dodatku wygląda na zdecydowanie młodszą niż jest. Podobno niejednemu oficerowi, który nie potraktował jej poważnie, zdążyła już utrzeć nosa. Ta nijaka uroda jest jej atutem. Do perfekcji opanowała sztukę kamuflażu. Znakomicie się charakteryzuje – makijaż, fryzura, ubranie, te sprawy. Ma też duże zdolności aktorskie. Kiedy zdecyduje się zmienić, nie ma siły, żeby ją rozpoznać.
    - Czy ona ma w ogóle jakieś wady? Bo z twojego opisu wynika, że nasza pani oficer jest idealna.
    - Na Pietrowce śmieją się z jej patologicznego lenistwa. Podobno przybiera ono niesamowite rozmaiary. Mówi się, że gotowa jest zagłodzić się na śmierć zamiast wejść do kuchni i coś sobie przygotować. Dlatego właśnie Kamieńskiej tak bardzo odpowiada praca analityka. Zamiast włóczyć się po ciemnych spelunach i brudnych stacjach metra, wysłuchuje sprawozdań kolegów.
    Słyszałem też, że Kamieńska jest podobno słabego zdrowia. Ma problemy z kręgosłupem, nadciśnieniem, ogólnie jest w marnej kondycji. Jakikolwiek wysiłek fizyczny to dla niej ogromny problem.
    Poza tym, ma problemy finansowe. Na Pietrowce nie płacą zbyt wiele, a ona, chociaż dorabia sobie tłumaczeniami, nie może sobie pozwolić na szastanie pieniędzmi.
    - Mamy więc jakiś punkt zaczepienia.
    - Nie sądzę. Podobno jest bardzo lojalna i do bólu oddana Gordiejewowi. Pozostaje nam tylko czekać i obserwować, jak poradzi sobie z łamigłówką, którą jej zaserwujemy…

  164. Sysydlaczek pisze:

    Komisarz Gała był zmęczony, nawet bardzo zmęczony. Nad sprawą siedział już druga dobę a nadal nie potrafił powiązać faktów. Kim był zbrodniarz, terroryzujący całe miasto. Na miejscu każdego zdarzenia zostawial znak, swoją wizytówkę. Raz były to rajstopy- czarne, kryjące 60 DEN (o czym komisarz jeszcze nie wiedział), innym razem dziennik szkolny klasy 2 B. Ostatnio na miejscu przestępstwa odkryto okropne okulary typu kujonki (komisarz nie znał się na modzie). Kim był sprawca. Czy będą następne ofiary? I jak podwyższyć do cholery wykrywalność? Te i inne pytania chodziły Galę po głowie…

  165. rudaroksa pisze:

    kiedy będą wyniki konkursu miały być już wczoraj

  166. [...] Polecamy przeczytanie wszystkich prac na stronie konkursowej matras.pl [...]

  167. knlvaobee pisze:

    OChwsZ vwzjohevmast, [url=http://wuhynceglcac.com/]wuhynceglcac[/url], [link=http://xryqbcgywtey.com/]xryqbcgywtey[/link], http://bdiyebgijyrx.com/

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>